„Jestem idealistycznym cynikiem” – wywiad z Ville

Witajcie,
Ehhh znów miałam przyjemność posiedzieć trochę nad tłumaczeniem wywiadu. Jak ja uwielbiam te filozoficzne wywody pana Valo, jego rozległe wypowiedzi i słowa, o których pojęcia nie mam, jak je przetłumaczyć 😀

Ale ostatecznie zawsze jednak stwierdzam, że inteligentny z niego facet i czasem tak sobie myślę – jak ja bym chciała sobie z nim pogadać o jego filozofii życia i poglądach na pewne sprawy 🙂

Tymczasem poniżej możecie poczytać, co Ville sądzi o… miłości (jakżeby inaczej :P), o tym czy się kiedykolwiek nawróci oraz kim tak naprawdę jest, kiedy schodzi ze sceny.

396

W czasach pozbawionych wielkich miłości trudno zbudować artystyczny wszechświat oparty na uczuciu, które – wydawałoby się – wyszło z mody. Na zawsze minęły dni Romea i Julii, Lancelota i Ginewry, a nawet Ricka i Ilsy („Casablanca”) czy Jaya i Daisy („Wielki Gatsby”).
W naszym stuleciu brakuje jednej wielkiej historii definiującej miłość. Dla sentymentalnych serc ostatnie 100 lat były nudne, jeśli chodzi o delektowanie się sztuką skoncentrowaną na pasji, pożądaniu i ludzkich uniesieniach. Najbliżej znaczącego romansu była interpretacja relacji księcia Vlada i Miny autorstwa Francisa Forda Coppoli w filmie „Dracula”.

Jest jeszcze HIM. Fiński zespół zrekonstruował dawno utracone tropy wspaniałej starożytnej miłości i zawarł je w piosenkach, tworząc niepowtarzalny muzyczny idiom, który łączy cechy gotyckiej ballady i metalowego lamentu. Panowie z zespołu nazywają to love metalem – nie bez powodu. W czasach, które pozwoliły umrzeć wielkiej miłości, Finowie umieszczają serce we Frankensteinie współczesnego rocka, dając mu życie oraz solidny dźwiękowy szkielet.

Mieliśmy szansę porozmawiać o esencji miłości, absolutach, idealizmie i mandalach ze Świętym Patronem Love Metalu we własnej osobie – Villem Valo – wokalistą i głównym kompozytorem fińskiej formacji HIM. Zespół obecnie koncertuje po Europie, mając za sobą pierwszą część trasy, która obejmowała kraje takie jak Niemcy, Polska, Rumunia czy Węgry, a teraz jest gotowy dać kilka lokalnych show w rodzimej Finlandii, uprzednio zahaczając o Rosję.

433

Co wspólnego mają metody dedukcji Sherlocka Holmesa z cynizmem noszącym ślady egzorcyzmów? Jak będzie brzmieć nowa płyta po odejściu Gasa Karppinena z zespołu? W jaki sposób brak wiary prowadzi do pięknych metafor na temat świętego porządku, i dlaczego Ville postrzega siebie poza sceną jako obcego? Odpowiedzi na te i inne pytania otrzymacie w naszym nowym wywiadzie z jednym z najbardziej czarujących i inteligentnych frontmenów świata rocka.

457

W 2006 roku graliście po raz pierwszy w Rumunii i krótko po tym w 2007 ukazała się najmroczniejsza jak do tej pory płyta “Venus Doom”. Można odnieść wrażenie, że od tamtego czasu HIM znalazł światełko na końcu tunelu, estetycznie mówiąc. Wasza muzyka stała się bardziej „optymistyczna”, bardziej świetlista. Jak doszło do tej zmiany?

To bardzo dobre pytanie. Jeśli mam być z tobą szczery, myślę, że każdy następny album jest kamieniem milowym. Nagranie czegoś optymistycznego kończy się przeważnie stworzeniem czegoś smutnego, ponieważ powtarzanie tych samych kroków, tego, co właśnie zrobiłeś, jest nudne. Dorastałem pośród różnej muzyki, tak jak reszta chłopaków. Album „Venus Doom” skupia w sobie oldschoolową estetykę My Dying Bride oraz innych zespołów, które wciąż należą do moich faworytów, tworząc moje top 20. Nie sądzę, aby istniał dokładny powód czy decyzja, dlaczego zrobiliśmy to czy owo w taki, a nie inny sposób. Myślę, że fajne w HIM jest to, że ciągle próbujemy odnaleźć balans pomiędzy rzeczami podnoszącymi na duchu a ich przeciwieństwem.

Każda z waszych płyt ma odrębną tożsamość. „Tears On Tape” wydaje się najbardziej elektryzująca, złożona z poprzednich elementów. Jak myślisz, jak będzie wyglądała jej następczyni? Co ją zdefiniuje?

Nie da się ukryć, że teraz wielką zmianą w zespole jest nowy perkusista. Dzisiaj (31.07.15) zagramy z nim drugi koncert, więc ciągle jesteśmy w fazie „miesiąca miodowego”. Jestem pewien, że ta zmiana wpłynie na wszystko. [Kosma] ukształtowały zupełnie inne wpływy niż Gasa, nawet jeśli pochodzą one z tego samego świata muzyki metalowej. Perkusista jest wspaniałym gościem i zaraża nas nowo znalezionym, większym – czy jakkolwiek chcesz to nazwać – optymizmem. Reszta okaże się z czasem. Zacząłem składać ze sobą to i owo będąc w domu, coś jakby szkielet pomysłów, które nie zostały jeszcze zrealizowane. Trudno powiedzieć, jak zabrzmi nowy krążek, ponieważ budząc się w poniedziałkowy ranek chodzi mi po głowie coś w stylu Type O Negative, a następnego ranka we wtorek już chciałbym nagrać coś w stylu Turbonegro. To ciągły proces i sądzę, że to wspaniałe i ważne, ponieważ oznacza jednocześnie, że nigdy nie jesteśmy pewni, jak wszystko będzie brzmiało, dopóki album nie będzie ukończony. To nas trzyma w ryzach – ciągła walka… ale bardzo wyrozumiała.

Czy z nowym perkusistą, Jukką Kosmo Krögerem, czujecie się, jakbyście rozpoczęli nowy związek po zakończeniu długiego romansu? Czy czujesz ukłucie żalu, stojąc na scenie z Kosmem bez Gasa? Jakie to uczucie?
Myślę, że to wyzwanie. Jesteśmy za starzy, by odczuwać smutek (śmiech). Ostatecznie Gas był z zespołem przez dobre 15 lat i miał swoje powody, aby odejść. Przyznanie, że nie potrafisz włożyć już w coś całego serca, wymaga sporej odwagi. W pewnym sensie jego decyzja nie złamała nam serca, choć może była nieco smutna. Gratuluję mu jej, ponieważ nie została podjęta z miejsca, nie była kaprysem, a i tak zmieniła jego życie o 180 stopni. To wymaga odwagi. Ostatecznie to powiew świeżego powietrza, który niesie za sobą natychmiastowe zmiany i będzie miał wpływ na przyszłość. Sądzę, że do przeszkód trzeba podejść z pozytywnym nastawieniem. Jeśli miałbyś mieć złamane serce za każdym razem, gdy natrafisz nawet na małe utrudnienie, nie mógłbyś opuścić swojego mieszkania. Wierzę, że przeciwności pojawiają się na naszej drodze, abyśmy byli zmuszeni je rozwiązać – to ważne dla rozwoju zespołu i każdego człowieka. Więc tak, uważam, że to wciąż rozwijający się proces.

446

HIM jest zespołem przez jednych uwielbianym, przez innych ostro krytykowanym, z jednej strony czczonym, ale z drugiej bardzo źle rozumianym. Jak myślisz, dlaczego reakcja na waszą sztukę jest tak spolaryzowana?

Pochodzimy ze zwariowanego kraju… Dziwnego miejsca zwanego Finlandią. Nigdy nie daliśmy się skłonić nikomu do niczego, Finowie słyną ze swojego uporu. Zrobią dokładnie tak, jak chcą – bez kompromisów. Mogą jednakże być także uparci w swych wadach i to jest niekoniecznie dobre. Myślę, że ludzie mogą uznać to za piękne, wspaniałe lub idiotyczne. Poza tym, królestwo hard rocka jest wciąż bardzo silnie napiętnowane – może nie mizoginią – ale pierwiastkiem bardzo, bardzo męskim – a my nie jesteśmy Manowarem, który posiada najszybszego basistę świata. Zawsze będzie coś, czego ludzie będą od nas oczekiwać. Postrzeganie muzyki jako sportu to domena metalowców – ten, kto gra najszybciej i najgłośniej, jest najbardziej cool, co – szczerze – nie ma za wiele sensu.

 

Czy to zbyt daleko idące stwierdzenie, że wielu krytyków potajemnie słucha twojej muzyki w piwnicy i roni przy niej łzy?

Trudno powiedzieć. Wielu metalowców kocha pop, ale to właśnie metal jest psychicznym katharsis. Granie czy słuchanie czegoś, co sprawia, że dzwoni ci w uszach, jest naprawdę piękne samo w sobie, ale ostatecznie to tylko jedna część muzycznego świata. Wielu ludzi zawsze powtarza, że dobrze jest znać swojego wroga; dobrze jest studiować muzykę w całej jej różnorodności, studiować życie w ogóle, aby wybrać dla siebie to, co najlepsze, a nie zamykać się w politycznej, muzycznej czy innej światopoglądowej szufladce.

Skoro wspomniałeś wcześniej o rockowej męskości, pomówmy trochę o miłosnym aspekcie w love metalu. Miłość, jaką spotykamy w twojej muzyce, jest swego rodzaju absolutem – wyidealizowana i bardzo głęboka. To miłość z „Romea i Julii”, „Tristana i Izoldy” i wielu innych klasycznych opowieści. Czy ta perfekcja znajduje odzwierciedlenie w twoim życiu czy jesteś raczej bardziej cyniczny?

Jedno i drugie. Jestem idealistycznym cynikiem (śmiech). Myślę, że każdy powinien mieć w sobie odrobinę cynizmu i sarkazmu, czy jakkolwiek to nazwać. Odrobina samokrytycznego humoru jest konieczna, ponieważ życie samo w sobie jest poza kontrolą kogokolwiek. Musisz po prostu z tym żyć. Jednocześnie nie oznacza to, że nie możesz mieć ideałów albo czegoś, do czego zmierzasz… Wiesz, to długa podróż, która składa się z wielu mniejszych etapów; zmierzanie do celu jest znacznie ważniejsze niż samo jego osiągnięcie. Tak samo jest z miłością, bólem, cierpieniem czy czymkolwiek. Mam coś takiego, co lubię nazywać „sherlockową metodą wykluczania”. Bierzesz miłość, a idealistyczna wersja miłości jest miłością pozbawioną całego tego gówna, które ją otacza. Więc zasadniczo starasz się oddzielić wszystko, co nieistotne, pozbyć się tych śmieci dookoła, aby zobaczyć czystą formę czegoś, co dodaje otuchy w trudnych chwilach, oraz aby następnym razem docenić samą esencję – czy jakkolwiek chcecie to nazwać. To brzmi trochę zakręcenie i dziwnie, wiem, ale dlaczego nie śpiewać o czystej miłości i jej esencji. Dlaczego miałbym śpiewać o każdym innym rodzaju miłości. To jak medytacja. Moją mandalą jest miłość, że tak powiem. To coś na czym możesz się skoncentrować. Koncentrujesz się na czystej formie, aby zapomnieć o sobie i otaczającym świecie, co doprowadza cię do eskapizmu, czym muzyka jest w jej najczystszej postaci. Zapominasz o problemach codzienności słuchając jakiejkolwiek muzyki, co w moim przypadku zawsze było oczyszczające. Słuchanie ostrej muzyki lub muzyki postrzeganej jako smutna zawsze było oczyszczające. To dziwne, ale na tym polega magia muzyki. Nie wiem dlaczego Black Sabbath sprawia, że ludzie są szczęśliwi, przecież ich piosenki są smutne, fatalistyczne i mroczne. Logicznie biorąc, powinno być na odwrót.

Jeśli chodzi o „sakraln454e” elementy w twoich piosenkach – całkiem sporo nawiązań do religii znajdziemy w takich utworach, jak “The Sacrament”, “In The Nightside of Eden” czy “Heartkiller”. To dość ciekawe, zważywszy na to, że jesteś ateistą. Skąd się wzięła fascynacja taką symboliką skoro jesteś „abstynentem wiary”?

Cóż, koncepcja „aktu wiary” czy koncepcja samej „wiary” jest w zasadzie piękną rzeczą, a nie posiadanie jej sprawia, że pragnę jej jeszcze bardziej. To nie jest coś, co się dostaje, z czym się rodzisz. Ludzie pełni wiary oraz znajdujący pociechę w czymś, czego nie rozumiem – to w moich oczach coś cudownego. Przez wieki, wspierani wiarą, tworzyli piękną sztukę. To dla mnie fascynujące, wymagające uznania. Uważam, że to wspaniałe, ale postrzegam siebie jako przybysza z zewnątrz, który zerka do środka. Zgaduję, że podobnie rzecz się ma z wieloma innymi tematami. Patrząc z boku, jestem zdolny do wnikliwszej analizy, ponieważ nie jestem mocno zaangażowany – przynajmniej na tyle, na ile mi wiadomo. Wszystko się okaże. Nie jestem antyreligijny, jestem przeciwny dupkom, a niestety w świecie religijnym jest ich sporo. Ale znów, jest ich przecież wielu wszędzie, więc bycie przeciwko dupkom dobrze podsumowuje moją postawę.

 

Czy rozważałeś kiedyś, że mógłbyś przestać być „przybyszem z zewnątrz”, doznać wielkiego objawienia i podążyć śladem – powiedzmy – Alice Coopera czy innych artystów, którzy po wielu latach powrócili do wiary?

Wiesz… nigdy nie mów nigdy. Kiedy byłem młodszy, byłem stanowczo przeciwny temu pomysłowi. Jeśli mam być szczery, nie jest to dla mnie ważne, nie jest ważne w moim życiu, teraz, w tej chwili. To nie jest coś, nad czym powinienem teraz się skupić. Spekulowanie nad czymś, czego teraz nie rozumiem, kosztuje wiele energii. Zbyt dużo czasu zajmuje zastanawianie się nad czymś, czego nie mogę teraz zrozumieć. To trochę absurdalne. Jedna z tych sytuacji, kiedy ludzie mówią, że na przykład nie jesteś w stanie wiedzieć, jak to jest mieć dzieci, dopóki sam ich nie masz. Nieważne, ile historii usłyszysz o tym, jak to jest i jakie to uczucie – i tak nie będziesz „wiedział”. Podobnie jest z wiarą – ponieważ nie jestem w nią zaangażowany, nie wiem jakie to uczucie, ani co dla mnie znaczy. To coś w rodzaju wirusa skażonego politycznymi wpływami, o których nie wiesz, dopóki w tym nie siedzisz. A mnie się to nie podoba, ponieważ brzmi jak groźba.

Moje ostatnie pytanie brzmi: kim jest osoba patrząca na ciebie z lustra, kiedy twoja sceniczna osobowość odchodzi i jesteś pozbawiony otoczki gwiazdy rocka, splendoru i całego tego repertuaru osobowości?

Myślę, że najlepszą i najkrótszą odpowiedzią na to pytanie jest: obcy. Ten świat wydrze z ciebie poczucie własnego „ja”, ponieważ budowanie tej osoby jest niezbędne. Stoisz na piedestale, musisz siebie tam postawić – to jest część rock and rollowego świata. Performer musi być „wszystkim tym”, więc zazwyczaj jesteś podzielony – normalny ty, to ten, który zbiera całe to gówno, i drugi, który wychodzi na scenę – obydwoje stają się coraz bardziej oddzielni. Zazwyczaj w życiu takie rzeczy są bardziej splecione – dobre rzeczy ze złymi rzeczami, twoje działania itp. Ale w świecie rocka są one bardziej oddzielne. Masz mroczną stronę i jasną stronę – mroczna to oczywiście strona rocka. To trochę tak, jak z tymi kawałkami lustra w filmie Romana Polańskiego „Wstręt” . Załamuje cię do pewnego stopnia, sprawia, że czasem zastanawiasz się, kim jesteś. Naprawdę tak czuję, ale jednocześnie sądzę, że skoro jesteś w stanie myśleć w takich warunkach, to nie jest z tobą źle, ponieważ zastanawiasz się nad tym i starasz się dowiedzieć czegoś o świecie i sobie – co stanowi przeciwieństwo kompletnego mentalnego załamania. W najlepszym wypadku nie wpływa to na postrzeganie siebie – ale to także zależy od części cyklu, w której aktualnie się znajdujesz – czy koncertujesz, piszesz itp. Teraz zastanawiamy się, co zrobić dalej, myślę, że logicznie rzecz biorąc, doprowadzi to do samoodkrycia. Starasz się dowiedzieć, dlaczego robisz to, co robisz, jaki krok będzie następny, jak stać się lepszą osobą czy muzykiem, lub obydwoma jednocześnie, i to stwarza chwile autoinspekcji. To skomplikowane, ale jednocześnie jest wyzwaniem, które zawsze tworzyły pozytywne rozdziały w mojej książce.

 

305

Po kilku nieśmiałych i pośpiesznych podziękowaniach, pożegnaniach i życzeniach wszystkiego dobrego, opanowany przerywany głos, płynący z telefonu milknie, a odpowiedzi Villego stają się własnością przeszłości, utrwaloną na taśmie i zachowaną w pamięci. Na szczęście, HIM jest daleki od zakończenia zgłębiania muzycznych odmętów emocji i kart osobliwego bestiariusza. Pracowity duch, bawiący się demonami frontmana – miłością, metalem i absolutem -powrócił do żywych i zadomowił się na nowo w twórczości jednej z najbardziej fascynujących kapel rockowych naszych czasów. Nie możemy się doczekać najnowszego albumu!

Źródło: Maximum Rock Magazine

Tak więc jak powiedziałam, pan Valo nieco skomplikowanie ale i ciekawie gada 🙂

 

Aby pan Valo po polsku zabrzmiał w pełnej krasie a tekst był wygładzony i bez moich stylistycznych błędów, korektą wywiadów zajmie się Mel 🙂

Powyższy wywiad został właśnie przez nią poprawiony i skorygowany tak, byście w pełni mogli się cieszyć filozoficznymi wypowiedziami naszego ulubionego muzyka.

Witamy na pokładzie i życzymy wytrwałości przy kolejnych tekstach a mogą one być naprawdę dłuuugie….

388

Ehehehe 😀

(Jeśli ktoś miałby ochotę napisać artykuł np. wszystkie fryzury Valosa  😛 albo o gitarach Lindego czy też przewodnik po miejscach w Helsinkach śladami HIM itp. to zapraszam serdecznie 🙂 )

Na zakończenie krótki filmik z wywiadu:

 

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

331

 

Reklamy

3 thoughts on “„Jestem idealistycznym cynikiem” – wywiad z Ville

  1. Hej! Chciałabym ogromnie podziękować za tłumaczenia, które tutaj dodajesz. Faktycznie, czytając wywiady Valo po angielsku, często sama zachodzę w głowę co dane słownictwo znaczy, chociaż w angielskim się orientuję. Dużo pracy wkładasz w tego bloga, widać to od razu, bardzo przyjemnie się tu „bywa”. 🙂 Jeszcze raz dziękuję i czekam na kolejne newsy.

    Pozdrawiam! 🙂

    • Z jednej strony robię coś co lubię więc nie jest źle 😀 Dodatkowo takie komentarze jak Twoje sprawiają, że jest warto więc dziękuuuuję 🙂
      I naprawdę kurdee Valos powinien używać najpopularniejszych angielskich słów a nie jakichś dziwnych zamienników, nerwy mam czasem jak postronki kiedy go czytam tym bardziej, że nie jestem przecież tłumaczem 😛 No ale to przecież mroczny Valo, jemu wolno wszystko 😛

      • Nie ma za co! :3 Znalazłam tego bloga po koncercie w Warszawie, kiedy to zdecydowałam się trochę pokopać w internecie i zobaczyć, czy są jakieś ojczyste strony o HIM (wcześniej wszystkie wywiady czy newsy brałam ze stron angielskojęzycznych), a tu proszę, taki rarytas! Chyba się przez Ciebie rozleniwię 😀
        Valo to w ogóle skomplikowany człowiek z nietuzinkowymi przekonaniami. Obserwuję już trochę jego poczynania i tylko się w tym upewniam. Przy okazji potrafi być niezłym słodziakiem 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s