«Bez syndromu sztokholmskiego» – część pierwsza

Dzień Dobry!

Wyobrażaliście sobie kiedyś że poznaliście Ville Valo? Albo że dostajecie taką możliwość aby z nim porozmawiać, ale nie szybko i tylko 5 minut a potem fotka na pamiątkę i tyle…

Lecz że macie z nim nieograniczony czas (no prawie 😛 W każdym bądź razie tyle ile potrzebujecie) i możecie z nim porozmawiać o wszystkim o czym chcecie, że możecie przeprowadzić z nim wywiad i zadać pytania które zawsze chcieliście… Brzmi obiecująco?

A od czego mamy wyobraźnię? 🙂

Dwie dziewczyny: Ewa, której teksty już mogliście przeczytać wcześniej na blogu, oraz Paulina, która prowadzi stronkę na FB Rambo Rimbaud Polish Fansite, przeprowadziły wyimaginowany wywiad z Ville Valo. Chcecie wiedzieć jak potoczyła się ta „rozmowa”? Przeczytajcie sami 🙂


« Bez syndromu sztokholmskiego»

(absolutnie fikcyjny wywiad z Ville Valo)

    Udało się! Po kilku latach prób i starań przeprowadziłyśmy wywiad z Ville Valo. Przyleciałyśmy z Pauliną do Helsinek tego samego lipcowego dnia, ale z dwóch rożnych krajów. Ona z Polski, ja z Francji.  Byłyśmy już tu razem rok wcześniej, aby wręczyć Kariemu Valo, tacie Ville, prezenty dla jego syna oraz list opisujący nasze marzenie  i nakreślajaąy temat wywiadu. Nie miałyśmy zbyt dużej nadziei, ale po prostu musiałyśmy spróbować. Ten ostatni raz. Po około miesiącu, kiedy już wróciłam do Giromagny, odebrałam maila od Ville, w którym podziękował za książki i napisał, że byłoby świetnie porozmawiać o nich przy okazji wywiadu. Myślałam, że spadnę z krzesła! Natychmiast napisałam do Pauliny. Na finalizację musiałyśmy poczekać jeszcze rok, ale to nie miało znaczenia. Miałyśmy rok na ostateczne przygotowania i dopięcie wszystkiego na ostatni guzik.

Na pierwsze spotkanie z Ville umówiliśmy się przy pomniku Trzech Kowali naprzeciwko galerii handlowej Stockmann. Żartując, napisałam, że go rozpoznamy. Serca waliły mam obu jak młotem. Podszedł do nas, ubrany w swoją nieśmiertelną bluzę z logo sex shopu ojca, uśmiechnął się, uścisnął nam dłonie i zaprosił do jednej z pobliskich kawiarni na omówienie szczegółów. To spotkanie trwało krótko. Powiedział, że może nam  poświęcić jeden wieczór i że najlepiej będzie, jeżeli ten wywiad przeprowadzimy u niego w domu. Umówiliśmy się więc na następny dzień. Punktualnie o 17.00 zadzwoniłyśmy do jego drzwi. Otworzył uśmiechnięty i zaprosił nas do rozległego, jasnego salonu, w którym królowały wysokie segmenty z książkami. Przygotował coś do picia i usiadł na fotelu. Ja siedziałam na sąsiednim fotelu, trochę po przekątnej, więc niski stolik, na którym stały filiżanki, niezupełnie nas oddzielał. Zapytałyśmy, czy zgadza się, by – podczas gdy będę z nim rozmawiać – Paulina robiła zdjęcia. Zgodził się bez problemu. Denerwowałam się, ale jednocześnie, paradoksalnie, czułam się dziwnie pewna siebie. Towarzyszyła mi myśl, że skoro cały ciąg wydarzeń – od poznania Pauliny, po prace nad koncepcją wywiadu, aż do napisania naszego listu – doprowadził nas do tego momentu, to to spotkanie po prostu nie może się nie udać. Od tego, w pewnym sensie oczywiście, zaczęłam mój wywiad.

Przede wszystkim chcę Ci bardzo podziękować za to spotkanie. Za to, że nasze marzenie może się spełnić. Pamiętam, że jedna z moich koleżanek, której opowiedziałam o moim projekcie, miała bardzo zabawne rozwiązanie, by ten wywiad mógł się odbyć: porwanie Cię i poczekanie, aż rozwiniesz w sobie syndrom sztokholmski. (śmiech)

 (śmiech) Oj, to nie byłby dobry pomysł! Nie cierpię być zamknięty, a tym bardziej związany. Na pewno bym cię nie polubił. Raczej znienawidził. A tak to, jak widzisz, wszystko dobrze się skończyło.

Ten wywiad był pomyślany jako rozmowa dla miesięcznika kobiecego, co jednak się nie udało. Niemniej, chciałabym Ci zadać pytanie związane z czasopismami. Mianowicie, jakie magazyny czytasz? Lifestylowe? Psychologiczne? A może śledzisz to, co o Tobie piszą tabloidy?

Nie lubię plotek i plotkarstwa, więc do tabloidów zaglądam rzadko. Jedynie wtedy, gdy wiem, że znajdę tam swoją twarz (śmiech). Lubię czytać magazyny muzyczne i przeglądać katalogi z instrumentami. Jednak zdecydowanie bardziej lubię czytać książki.

Tak, Twoi fani wiedzą, że dużo czytasz. Portrety swoich ulubionych autorów masz nawet wytatuowane na prawym przedramieniu. Ciekawi mnie w związku z tym jedna rzecz. Czego poszukujesz w książkach? Jakie są Twoje powody i motywacje do czytania?

 Te powody są rozmaite. Uwielbiam ciekawe i wzruszające historie. Lubię uciekać w inne światy, różniące się od rzeczywistości, która mnie otacza i którą znam. Lubię książki dla dzieci, mam całkiem niezłą kolekcję komiksów i jestem wielkim fanem “Muminków”. Uwielbiam też czytać poezję, bo rozkoszuję się tym, w jaki sposób pojedyncze słowo, użyte w odpowiednim kontekście, potrafi stymulować wyobraźnię, a nawet zmieniać nasz punkt widzenia. Jest jeszcze motywacja do zdobywania i pogłębiania wiedzy na tematy, które mnie interesują. Jestem typem szperacza.

Czy istnieje książka, o której uważasz, że każdy powinien ją przeczytać i którą bez wahania poleciłbyś swoim fanom?

 Nie chciałbym nic sugerować. To byłoby zbyt proste. Z czytaniem jest tak, jak z zakochiwaniem się. To bardzo indywidualna sprawa i też bardzo tajemnicza. Każdy ma swój gust, coś, co go porusza i pociąga, czasem nie potrafi nawet powiedzieć, dlaczego. Tak więc fakt, że lubię wysokie, szczupłe brunetki w niczym nie pomoże innym mężczyznom (śmiech). Ważne jest, żeby szukać, oraz iść za tym, co nas pociąga.

 553A mogłabym się dowiedzieć, co obecnie czytasz? 

 Zawsze czytam kilka książek jednocześnie. Po daną książkę sięgam w zależności od nastroju. Tak jest też teraz. Powróciłem między innymi do “Psychonauty” Petera J. Carrolla. Magia chaosu i wszystko, co związane z kontrolowaniem naszego własnego umysłu bardzo mnie interesuje, bo umysł potrafi być naszym największym wrogiem.

W książce Carrolla jest między innymi mowa o sygilach, dzięki którym możemy zakotwiczyć swoje pragnienia w podświadomości. Wiesz, pomyślałam, że heartagram, który narysowałeś w swoje dwudzieste urodziny, był dla Ciebie takim, pewnego rodzaju, sygilem.

 To ciekawe, co mówisz. Nigdy tak o tym nie myślałem. Ale fakt, że identyfikuję się z heartagramem dość mocno. To nie tylko logo. On odzwierciedla to, w co wierzę. Tak więc, owszem, można powiedzieć, że jest dla mnie sygilem. Tylko nie wprowadziłem go do podświadomości podczas orgazmu, tak jak radzą adepci magii sygilii (śmiech).

 Domyślam się, że inne symbole, które znajdujemy na okładkach albumów HIM, takie jak Ouroboros czy kaduceusz, też nie są dla Ciebie jedynie ciekawymi piktogramami.

 To prawda. Ich graficzna strona nie jest bez znaczenia, ale to przede wszystkim skrótowy zapis pewnej filozofii, pewnych idei, które do mnie przemawiają. Lubię zarówno ich estetyczną stronę, jak i przesłanie, które niosą. Lubię, jak coś ładnie wygląda, ale nie lubię formy wyzutej z treści.

 Wielokrotnie mówiłeś, że nie jesteś przywiązany do żadnej religii. Jednak, wnioskując po Twoich wypowiedziach i tekstach, jesteś przywiązany do duchowości. Czy jesteś zwolennikiem jakiegoś nurtu lub trendu czy jesteś raczej wiecznym poszukiwaczem?

 Pytasz, czy płacę składki jakiejś sekcie? (śmiech) Nie, nigdzie nie należę i za nikim nie podążam, a w swoich poszukiwaniach jestem bardzo eklektyczny. Jeśli chodzi o religię to lubi buddyzm, bo to religia bez boga, która kładzie nacisk na współodczuwanie. Interesuje mnie wszystko, co dotyczy naszej ludzkiej kondycji oraz tego, co nas warunkuje. Od zawsze zadaję sobie pytania «Dlaczego?», «Z jakiego powodu?» oraz «Po co?».  Te pytania zawodzą mnie na różne ciekawe ścieżki i z każdej biorę coś dla siebie. I moją drogą podążam sam. Fascynują mnie przeróżne osobowości, ale nie na tyle, by im ślepo wierzyć. Wszystko, czego się dowiaduję, filtruję poprzez własne doświadczenie. Liczy się dla mnie to, jak to się ma do mojego życia oraz do sytuacji, w które się pakuję (śmiech).

 W duchowości istnieje pojęcie «dziecka indygo». Kiedy zetknęłam się z Twoją twórczością i gdy zaczęłam przeglądać różne wywiady, natychmiast pomyślałam, że masz wiele cech człowieka, którego nazywamy «dzieckiem indygo». Czy spotkałeś się z tym konceptem?

 Moja mama interesuje się takimi rzeczami i coś mi kiedyś o tym wspominała, ale nie mam na ten temat wyrobionego zdania. Czy możesz mi powiedzieć, jakie moje cechy masz na myśli w tym kontekście?

Mam na myśli przede wszystkim to, że dla «dzieci indygo» najważniejsza jest miłość, i że rodzą się z poczuciem określonej misji, z pasją, która staje się dominującą częścią ich życia.

 Tak więc jestem dzieckiem indygo! (śmiech) Nawet, jeśli nigdy nie myślałem o swoim śpiewaniu i graniu jako o misji.  Robię to, bo tylko to chcę i potrafię robić. I chcę i potrafię śpiewać tylko o miłości, o relacjach międzyludzkich i o wszystkim, co się z nimi wiąże. A jeśli to do kogoś przemawia, jeśli słuchacze się w tym odnajdują, to tylko mogę się z tego powodu cieszyć i być wdzięczny… Ale zaintrygowałaś mnie. Czy są jeszcze jakieś inne cechy „dziecka indygo“?

Tak, jest ich trochę. Na przykład wyróżniający się wygląd, posiadanie swojego, bardzo określonego, stylu. I w tym przypadku myślę przede wszystkim o Twoich tatuażach. Masz między innymi wytatuowanego Klausa Kinskiego, który zwinięty jak embrion, ssie własny palec i leży na nagiej kobiecie. Czy mógłbyś zdradzić, co oznacza dla Ciebie ten tatuaż?

 To świetna metafora artysty, bezbronnego i zagubionego jak dziecko, oraz w ciągłym kontakcie ze swoją kobiecą, intuicyjną stroną. Artysta musi być otwarty na swoją bezbronność, nie może bać się bólu i porażek, które są nieodłączną częścią procesu tworzenia. Tyle razy coś nie wychodzi, że gdybym za każdym razem z tym walczył, to bym zwariował. Robię, co w mojej mocy, ale jest tyle czynników, na które nie mam wpływu! Wsiadłem do tej kolejki górskiej i staram się cieszyć jazdą.

Jedna z piosenek HIM, która bardzo mnie porusza, „In the Night Side of Eden“, przedstawia życie jako „ciemną stronę Raju“, gdzie jesteśmy „ukrzyżowani do marzeń“, które nigdy się nie spełniają, i gdzie dręczy nas przeczucie Raju, którego nie dosięgamy. Czy według Ciebie taki jest rys naszej ludzkiej kondycji: ciągłe aspirowanie do czegoś, czego nigdy nie osiągniemy?

Uważam, że jedną z ważniejszych cech człowieka jest to, że ciągle chce więcej. Kiedy już coś osiągnie, zaraz wyszukuje sobie coś innego, rzadko zadowala się tym, co dotychczas osiągnął i zdobył. Z jednej strony to może być stymulujące, bo dzięki temu się rozwija, ale z drugiej strony to przekleństwo. Znalezienie złotego środka byłoby zbawienne. I tu zaczyna być pod górkę.

Kiedy zagłębimy się w Twoje teksty, odkrywamy, że dopełnianie się przeciwieństw stanowi klucz do Twojej twórczości. Także nazwa „love metal“ zawiera w sobie pewne przeciwieństwo. Chciałabym zatrzymać się przy jednej z tych opozycji: „szczęście-nieszczęście“. Sądząc po tekstach, szczęście jest dla Ciebie podejrzane. Nie można mu ufać i trzeba wystawiać je na ciągłe próby. Odnajdujemy tu także poczucie niezasługiwania na szczęście oraz poczucie, że szczęście nie może trwać. Ciekawi mnie, skąd ten Twój pesymizm w stosunku do szczęścia?

 Pesymizm… Ja bym tego tak nie nazwał, ale fakt, że fascynuje mnie dualizm życia. Wiesz, nie ma szczęścia bez nieszczęścia, dobra bez zła, miłości bez nienawiści. Zupełnie tak, jak w symbolu Yin-Yang. Tylko dzięki istnieniu tych opozycji możemy konfrontować się sami ze sobą, możemy się czegoś uczyć i możemy siebie przekraczać. Gdybym był nieustannie szczęśliwy, to chyba bym sobie strzelił w łeb z tego szczęścia. Nie mówię, że jestem masochistą i szukam sytuacji, które skopią mi tyłek, ale kiedy patrzę wstecz, to właśnie z tych sytuacji wyniosłem najwięcej. Poza tym rodzi się pytanie: Co to jest szczęście? Dla każdego ma ono inne znaczenie.

A jakie ma dla Ciebie?

 Dla mnie szczęście to odnalezienie wewnętrznej równowagi. Zaprzyjaźnienie się ze swoimi demonami.

396

Koniec części pierwszej

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

Reklamy

13 thoughts on “«Bez syndromu sztokholmskiego» – część pierwsza

  1. Wiecie co, tak się zastanawiam… Jak na ateistę to on strasznie dużo używa religijnych symboli i odniesień w piosenkach. Jak myślicie czemu? Skoro ateista to ateista co go tam Bóg obchodzi… mam swoją teorię ale jestem ciekawa waszej ehehe Poza tym, marzy mi się zobaczenie biblioteczki Valosa 😛

  2. Moja teoria jest taka, że albo x czasu temu szukał ukojenia w różnych rzeczach i przy tym szukał w religii, albo po prostu interesuje się tym. Ja sama nadużywam pewnych słów i kiedyś interesowałam się historią stworzenia świata, znałam na pamięć Biblię dla najmłodszych, a jestem na etapie lubienia satanizmu (nie mylić z jakimś pseudosatanizmem gdzie palą koty itp).
    Generalnie podoba mi się to u niego, że się w to wgłębił i ma pewne pojęcie. No bo skoro ktoś wierzy bądź nie, powinien wiedzieć w co dokładnie. A nie jak duża część katolików, która kompletnie nie zna Pisma Świętego i nawet nie wie, jak coś w nim odszukać, ale sądzi, że coniedzielne msze wystarczą.

  3. Osobscie mysle, ze z Valo moze byc tak, jak to napisalam w artykule o „dziecku indygo”. A mianowicie, ze religiami interesuje sie od intelektualnej i artystycznej strony, ale szuka „uniwersalnego boga”, ponad religiami, do kontaktu z ktorym czlowiek nie potrzebuje posrednikow. A moze troche projektuje na niego swoje podejscie do sprawy. Pochodze z katolickiej rodziny, takiej „klasycznie polskiej”, troche takiej, jak napisala Vixen, gdzie w temacie religii forma dominuje nad trescia. W wieku okolo 24 lat stwierdzilam ostateczenie, ze nie potrzebuje dluzej posrednikow w moich kontaktach z Sila Sprawcza i zaczelam moja przygode z tym, co najogolniej nazywamy „duchowoscia”. Nie dokonalam apostazji, ale oddalilam sie od Kosciola. To, jak postrzegam i podchodze do Boga przez katolicyzm uwazane jest za bluznierstwo, no bo jak ja „marny pyl” moge sama zalatwiac swoje sprawy z bogiem bez jego „urzednikow”. I tu wlasnie jest najwiekszy rozlam… bo ja nie uwazam czlowieka za marny pyl, wrecz przeciwnie, no a „urzednicy” bez marnego pylu nie mieliby „pracy”, wiec usiluja przekonac wiernych, ze ci ich potrzebuja i sila rzeczy wspanialosc i mozliwosci czlowieka sa przez nich dobrze kamuflowane. Czuje, ze Valo moze miec podobne podejscie do sprawy… ale to tylko moje przeczucie.

  4. Gdyby nie adnotacja na początku, pomyślałabym, że to prawdziwy wywiad z Ville. Gorzej jak ktoś wyczai i pójdzie w świat jako prawdziwy 😛
    Nawet w wyimaginowanym wywiadzie jest tajemniczy i nie zdradza zbyt wiele o sobie! To niesprawiedliwe, bo wyobrażam go sobie jako straszną gadułę w prywatnym życiu 😀

    • Bardzo dziekuje „headspace”. 🙂 Jesli masz na mysli, ze ktos podbierze pytania i majac dojscie do Ville, uzyje ich w prawdziwym wywiadzie, to tak, zawsze jest takie ryzyko. No ale mam w zanadrzu jeszcze troche pytan i tematow, ktore chcialabym poruszyc z Ville, gdybym dostala rzeczywista szanse. No i pocieszam sie tez, ze wiesz, nie wystarczy zadac pytania, trzeba tez wiedziec, o czym sie rozmawia. 😉 Te same pytania zadane przez dwie rozne osoby moga dac dwa rozne wywiady. Serdecznosci. ♥

      • O tak…. Jak czasami słucham tych nieprzygotowanych dziennikarek, które nawet nie potrafią prawidłowo wymówić „Ville Valo” to nawet najciekawsze pytania im nie pomogą bo nie mają pojęcia o czym Ville do nich mówi. Nie zadają sobie prawdopodobnie trudu by dowiedzieć się przed wywiadem czegokolwiek o rozmówcy, o zespole… Ville wyraźnie wyczuwa tą ignorancję, a ja go podziwiam za cierpliwość w takich sytuacjach. To jest chyba nr 1 w polskim wydaniu STAROĆ

      • RAnitka, jesli o mnie chodzi, to zupelnie nie wiem jak bym wypadla, a na wizji to juz w ogole (mowy nie ma!)! 😀 Wiesz, nerwy, emocje, lamana angielszczyzna… ale tak, mysle, ze sekret dobrego wywiadu to przygotowanie merytoryczne i pasja, prawdziwe zaintersowanie rozmowca, tym, co ma do powiedzenia, by podchwycic watek i pociagnac go dalej, a nie mechaniczne odbebnianie listy pytan i modlenie sie w duchu, zeby jak najszybciej skonczyc. Na pewno znasz wywiady z Valo, ktore robila Charlotte Roche w „Fast Forward”. To moje ulubione. 🙂 Jest miedzy nimi ta niesamowita chamia i sympatia, ktora natychmiast udziela sie odbiorcy, w kazdym razie mnie sie udziela. 😉 Pozdrawiam. ♥

  5. Ależ Charlotte jest świetna… To nie wywiady to towarzyskie spotkania (świetnie się razem czują) A w sprawie wywiadów. Ty jak się domyślam profesjonalną dziennikarka nie jesteś no to jasne, że człowiek gubi rozum w takich sytuacjach, ale jak ktoś ma taki zawód, jest dziennikarzem muzycznym -dodam, no to już się od takiej osoby czegoś wymaga.
    Miłego dnia 😉

    • Jestem dziennikarka z wyksztalcenia, ale obecnie niepraktykujaca. 😀 Ville obudzil we mnie tesknote za pisaniem. No i jestem kims bardzo emocjonalnym. Juz jest lepiej niz na przyklad piec lat temu, bo zycie uczy nas rozych rzeczy, ale emocjonalna pozostane juz do konca. Jeden z moich kolegow mawial, ze to nie musi byc ciezar, ze moge to zamienic w moj atut, jesli tylko dobrze tym pokieruje. A przed wywiadem z Valo: mala joga, relaksacja, wizualizacja i do przodu, ha ha ha! 😀 Milego dnia! 🙂

  6. Łaaa co tu się stało 😀 Człowieka nie było chwilę a tu proszę… 😛 W kwestii wywiadów już poruszyłam ten temat na prywatnej konwersacji, że jakby co, to ja wysyłam delegacje bo nie jestem w tym dobra, choć co innego rozmowa jak się oczywiście ma pojęcie i odpowiedniego kompana do rozmowy i myślę, że z Valosem by jakoś poszło ale nieoficjalnie bo oficjalny wywiad to nie dla mnie… Poza tym Ewa ja też byłam na magisterce (bo licencjata mam z politologii- taaak, przydatne w uj… XD) z dziennikarstwa ale nie skończyłam bo rzuciłam wszystko pracę, studia i wyjechałam hehehe
    A co do wywiadu: https://www.youtube.com/watch?v=3zcRRd0dNfQ
    Vilej Valo XD Noż to zakrawa o profanacje….
    „Mówimy na to sex shop…”- to pojechał hahaha

    • Catherine, moje podyplomowe dziennikarstwo to bylo tylko poltora roku… po prostu po dyplomie dalam sobie jeszcze czas na zastanowienie, co dalej, bo w tamtym czasie bylam w czarnej… dziurze. 😀 Nie ma ono tego samego ciezaru i renomy, co magisterskie, ale dalo mi pewna swiadomosc profesjonalna, swiadomosc, w czym jestem lepsza, a w czym gorsza, jesli chodzi o gatunki, i w czym czuje sie najlepiej. Wywiad okazal sie moim faworytem. A komplement od znanej krytyk filmowej, ze „czuje rozmowce” i daje mu duzo przestrzeni, stal sie moja „kotwica”, niesamowicie pozytywnym i wzruszajcym wspomnieniem, ktore przywoluje, kiedy sie gubie. Wiesz, kulturoznawstwo tez na nic sie nie przydaje :D… ale widze, ze obie siedzialysmy w „naukach spolecznych”. 🙂 Buzka! ♥

      • Acha… bo za moich czasow 😀 nie bylo jeszcze licencjatow. Zrobilam wiec piec lat kuturoznawstawa zakonczonego magisterka i poltora roku dzinnikarstwa podyplomowego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s