W radości i smutku – HIM łamie serca… RELACJE Z KONCERTU WARSZAWA 2017

Dobry wieczór!

Pojawiają się już pierwsze relacje, wspomnienia i recenzję warszawskiego koncertu w Stodole. A zatem, bez zbędnego gadania oddaję głos tym, którzy chcą się z nami podzielić swoimi wrażeniami 🙂

Wspomnę jeszcze tylko, że wszystkie relację z tego koncertu umieszczę w osobnej karcie, jak to zrobiłam z poprzednimi, ale najpierw będą one publikowane normalnie w postach 🙂

Dzisiaj prezentuję wam dwie relacje. Życzę miłego czytania z herbatką pod ręką 🙂 Wiem, że jeszcze macie depresję pokoncertową i myślami wciąż błądzicie w magicznym świecie HIM, wiedzeni przez hipnotyzujący głos V.V. 🙂


Kokieteryjnie zdobywał serca, których nie musi, bo już należą do niego.

Czekałam na ten koncert z niecierpliwością i pewnymi obawami – jak Ville da sobie radę wokalnie. Myślałam też dużo o tym, że niezależnie od wszystkiego Polska powinna pożegnać HIM jakoś wyjątkowo i pięknie. Nie wiem kto z PoValonej ekipy rzucił pomysł, by napisać coś na fladze. Później były propozycje co to powinno być dokładnie. Milena zaproponowała dłuższą wersję, ale ja uznałam, że musi być krótko, zwięźle, czytelnie oraz tylko na białym tle. Myślałam też o tym , że moglibyśmy zaśpiewać „Please don’t let it go”, ale ludzie są jacyś nieśmiali i odzew był słaby. Więc tworzyłam ten szyld z nadzieją, że go chociaż Ville zobaczy, nie mając bladego pojęcia co się jeszcze wydarzy.

Kilka dni przed koncertem emocje zaczęły poważnie narastać. W necie zrobiło się gorąco. Planowanie dojazdu, zgranie się w czasie, hotel i to miłe napięcie, bo przecież po raz pierwszy miałam zobaczyć „moje PoValonki” na żywo. No i się zaczęło: Jak dojedziemy? Kto, kogo skąd odbiera i o której godzinie? Czy do hotelu, czy może od razu pod Stodołę?

Ja nie miałam dylematów, bo wiedziałam że jadę pod klub o 11.00 i twardo czekam na koncert, zajmując kolejkę dziewczynom oraz mężowi, którego wsparcie, jak się okazało, było nieocenione.          O 11.00 znalazłam się pod Stodołą, gdzie na schodkach czekały już 4 osoby. Po ok. 30 minutach okazało się, że należy się ponumerować i zgodnie z numerkiem wchodzić na koncert. No cóż, dałam się ostemplować, ale i tak podczas ustawiania barierek wejściowych Rosjanie stanęli sobie jak im pasowało, a ja wylądowałam nieco dalej wraz z Mileną, która w końcu dotarła ( ooooj… późnooo po 16.30 OCZYWIŚCIE 😉 ) A w kolejeczce, po wstępnych przepychankach zrobiło się ciepło i miło, zwłaszcza gdy już prawie wszystkie PoValonki dotarły.

Okazało się, że ludzie znają bloga Cat, ale jakoś się nie udzielają. Poznałyśmy Klaudię, która wybiera się do Helsinek na koncert 27.12. Poczęstowała nas takimi fajnymi cukierkami lukrecjowymi, które najbardziej smakowały Oli i Milenie (trzeba je zapytać o wrażenia, koniecznie 😀 ).

A gdy już zaczęli nas wpuszczać do klubu to pierwszy wlazł kto…? PLUSZ (mąż autorki relacji – C.N.). I stanął od razu przy barierkach po prawej stronie sceny, tam gdzie zawsze stoi Linde. Boszsze… jak ja marzyłam o kostce do gitary od Linde, ale bardzo cicho marzyłam. Miałam nawet plan by go o nią poprosić. A teraz byłam tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki… Stałyśmy tam z dziewczynami ściśnięte jak sardynki w puszce obmyślając taktykę: czy flagę rzucamy na ostatniej piosence, czy wcześniej? Czy ją w rulon zwinąć, czy w kulkę? Rozejrzałyśmy się nieco, dostrzegając wywieszoną na balkonie polską flagę, właściwie dwie, a my na dole zaprzyjaźniałyśmy się z miłym panem z ochrony, co się bardzo przydało pod koniec  koncertu.

Wszedł suport. Mili chłopcy, chudzi jak Ville lub Mick Jagger i bardzo do niego wszyscy byli podobni. Fajne, wesołe kawałki, no lekko, łatwo i przyjemnie rzekłabym.

Aż w końcu pojawili się ONI.

I tu zaczynają się schody, bo chyba niewiele pamiętam… Chociaż… Chyba przy drugiej piosence Ville spojrzał na naszą flagę, błysk w oku… położył rękę na piersi i ukłonił się nam. I wszystko się zaczęło.

Ville zachwycił nas głosem, było czysto, mocno, z fantazją, zabawnie, lekko i (jak to określił Tymek/Plusz)  kokieteryjnie. Zerkał na nas, Milena posłała mu całusa ,którego „złapał”.

Panowie wyglądali świetnie, wszyscy chyba trochę schudli i kondycja Valo też się wyraźnie poprawiła od koncertu w Barcelonie (na którym również byłam, więc mam porównanie).

Potem, gdy zachwycałyśmy się otwarcie solówką Linde – Milena wskazywała paluchem w jego stronę wołając do mnie: „No patrz, patrz” -Ville pozwolił sobie zażartować i pokazać nam gestem, że „słaaabo gra”. Było dużo krzyku, wspólnego śpiewania, publiczność taka, jakiej każdy muzyk by sobie życzył. Było dobrze.

Nagle Linde rzuca kostkę…Kostka spada na podłogę , gdzieś pod nasze stopy… Nurkuję po nią… Ktoś poświecił mi latarką i znalazłam ją! Nie wierzyłam! Już chyba nie mogło być lepiej (ale teraz to nawet nie wiem czy to było przed, czy po TEJ CHWILI)

Nagle Ville zapowiada ostatni utwór, myślę sobie: „Już? Tak szybko?” I co… Rzucam flagę zwiniętą w rulon, flaga ląduje wprost pod stopami Linde. On tak dziwnie zerka ale … cholera nie podnosi.

Kończą grać, schodzą ze sceny, włażą techniczni i jeden z nich rzuca flagę tuż na skraj sceny. Proszę miłego ochroniarza by mi ją podał. Tak łatwo nie damy się zbyć drodzy Panowie. Ochroniarz podaje nam flagę. Tym razem przesuwam się bliżej Ville, zwijam flagę w kłębek. Ville wychodzi na scenę na bis. „Jak chusteczkę haftowaną rzucę mu pod nogi” – myślę sobie. Milena Mnie wspiera:

-Teraz?

-Nie czekaj, jeszcze nie… no rzucaj!

I zanim zaczął śpiewać… Ale to już wiecie. Rozdarłam się „Thank You” ,bo Ville chyba chciał minąć tego intruza- kawałek szmaty. Bo to nie raz coś fruwało po scenie? Ale chyba usłyszał moje darcie się (no ja na filmie słyszę wyraźnie) i ją podniósł. A potem ludzie skandowali już „dziękujemy”.

Mi się płakać chce, że tak to wyszło i mój plan się powiódł. Właściwie wyszło to nadspodziewanie dobrze. Ale czy to koniec? Otóż nie. Chłopaki zeszli ze sceny, a my rozpoczęłyśmy polowanie na setlistę, w czym pomógł nam „zaprzyjaźniony” już ochroniarz. No i się udało oczywiście – bo nam się wszystko udawało tego wieczoru (no może poza kupieniem czegoś do jedzenia po koncercie, bo okazuje się, że w Warszawie, w środku tygodnia, po 23.00 to już prawie niemożliwe. Na szczęście zawsze jest Orlen).

A potem poszłyśmy do hotelu omawiać, dyskutować, zachwycać się i wzdychać. Co poniektóre osoby biły się w piersi i klękały na grochu, ale to też już pewnie same napiszą. I jeszcze słowo bardzo osobiste. HIM zrobił dużo dobrego w moim życiu (i nie mówię o konieczności obsługi srajfoników, które jak wiecie kocham) nie będę jednak wszystkiego wymieniała, bo to długa historia, a już o tym wspominałam.

Przede wszystkim jednak poznałam Was moje kochane PoValonk  i gdyby nie Wy… no cóż. Oczywiście pojechałabym na ten koncert, może nawet stałabym przy barierkach, ale nie miałabym odwagi wyskoczyć z flagą i rzucić ją na scenę. Myślę, że nie tylko ja jestem Wam wdzięczna, ale wszyscy, którzy byli w Stodole tego niezapomnianego wieczoru, a także Ci, którym nie udało się tam przyjechać. Dziękuję całej publiczności, że tak wspaniale podchwyciliście temat i spełniliście tym samym moje (i może nie tylko moje) marzenie pożegnania panów z HIM tak wspaniale.

DZIĘKUJĘ i ŻYCZĘ POWODZENIA.

Tekst: Roxy


In Joy And Sorrow

Mogłabym cały dzień pisać o uczuciach, które wiążą mnie z HIM i o tym jak bardzo NIE chciałam iść na koncert w warszawskiej Stodole. Wiedziałam, że ten koncert będzie inny, wyjątkowy i że wyrwie mi nadzieję z moich pokrwawionych już rąk.

Głęboki wdech i wszystko po kolei jak na zeznaniu, chociaż wciąż borykam się z promieniującą depresją pokoncertową. Jestem z południa Polski więc w jedną stronę wychodzi 6h beznamiętnej jazdy autobusem. Później witam Warszawę szybkim spacerem, pod Stodołą już mały tłum. Więc ja wraz ze swoją siostrą zaliczam szybki obiad i ustawiam się w kolejce która trwa 4h. W końcu docieram do wejścia, oddaję kurtkę, biegnę na salę koncertową i kończę całkiem blisko sceny, co możecie zobaczyć na zdjęciach.
Zacznijmy od supportu. Ukłon w stronę chłopaków z BITERS, gdyż wyszli wcześniej na scenę niż było ustalone. To był świetny energiczny rocknroll’owy gig. Wręcz powiem dziękuję, że na krótką chwilę przenieśliście mnie do 1975. (przy okazji zielona gitara Cara, którą wymachiwał wokalista, zupełnie mnie oczarowała)
Jednak oni wiedzą, że ludzie nie dla nich tu są więc oczekują w napięciu. Tłum napiera, ostatnie kubki z wodą podawane przez techników już opróżnione (co pokazuje ich ogromną kulturę- dziękuję za to). Atmosfera robi się ciężka, żeby mogła wyładować się niczym burza, gdy na scenę wchodzą wreszcie Ci wyczekiwani.
W kolejności przypuszczam przypadkowej, ale nie on. On wchodzi ostatni. I wywołuje tyle emocji, krzyków, pisków. Już są gotowi i wszystkie ręce wyciągnięte w jego stronę tyle, że w zaciśniętych dłoniach… telefony… ale o tym później.
Ville zaczyna śpiewać a cała sala razem z nim i tak to wygląda już do końca. Sam wokalista ma świetny humor jest, aż dziwnie nazbyt reaktywny i rozmowny. Śpiewa całkiem nieźle, chociaż unika gór lub maskuje je krzykiem. Zresztą sam mówi pół żartem pół serio, że trochę fałszuje w wysokim H. Nieustannie macha też rękoma w kierunku technicznych i gestami pokazuje żeby nie spluwali w jego stronę, bo to oni ustawiają mu źle odsłuch 🙂 Ville robi wszystko, żeby skupić całą uwagę tłumu na sobie (chociaż nie musiał). Pomimo blasku wokalisty ja poświęciłam swoją uwagę również reszcie chłopaków.
Linde trzymał się trochę na uboczu, regulując klucze gitarowe i wzmacniacze. Solówki były czyste i dokładnie takie jak być powinny. Zmęczenie przebijało się przez jego słaby uśmiech. Nie dawał się również sprowokować zaczepkom Villego i Mige 😉 A jakiś szczęściarz miał okazję złapać jego kostkę. (patrz relacja wyżej XD – C.N)
Mige skupiał się na grze i nieustannych wygłupach z Valo. Przedrzeźnianiem gitarzysty i niekończących się głupich spojrzeniach wymienianych z frontmanem. W bardzo romantycznym geście otrzymał również różę z przypiętą karteczką od Valo, który wcześniej otrzymał ją od fanki. (czy ktoś złapał tę różę na filmiku lub zdjęciu??? – C.N.)
Burton świetnie bawił się na „zapleczu” obserwując wszystko i wszystkich. Jednak i on nie umknął uwadze wokalisty, który zaczepiał go mówiąc coś o prędkości jego klawiszowych popisów. Zresztą to nie pierwszy raz.
W 2001 podczas koncertu Rock Am Ring wytykał Burtonowi jego braki 🙂 (również za tą bezczelność lubię Villego)
Kosmo szczerze powiedziawszy nie był bardzo ważnym elementem mojej obserwacji. Jednak nie mogę pominąć faktu, że dobrze odnalazł się wśród chłopaków i trzymał rytm jak należy. Oczywiście wokalista nie mógł pominąć tak ważnego członka zespołu, który odpowiada za prędkość i rytm więc, wprawdzie nie wprost ale wspomniał o zupełnie zwolnionym tempie w jednym utworze, mówiąc, że to wolniejsza wersja 😉
Z moich bardziej OSOBISTYCH przeżyć z tego wieczoru mogę podzielić się informacją, że mój banner dotarł do rąk Villego. Wprawdzie ostatni, ale chyba nie najgorszy, skoro wywołam szczery śmiech wokalisty, który dość ospale próbował go rozprostować i rozczytać. Rozbawiony napisem, który zostanie moja małą tajemnicą zwrócił się do tłumu z pytaniem” Where did it come from?”. Nie spodziewałam się, że MÓJ własny baner zostanie w jakiś sposób dostrzeżony (w szczególności że nie wyszedł mi tak jak chciałam).
Koncert jako całość był wspaniały. Panowie stanęli na wysokości zadania i przy okazji świetnie się bawili, nawet jeśli Ville musiał przerwać „Right here in my arms” by upomnieć fanów i stwierdzić, że bójki nie są „cool”.
Mam jeszcze małą prośbę dotyczącą wszystkich fanów, nie tylko fanów HIM.
Proszę was ograniczcie UŻYWANIE TELEFONÓW KOMÓRKOWYCH podczas koncertów, przedstawień teatralnych etc., gdyż niektórzy z was nagrywali dosłownie cały koncert zasłaniając mi widok i utrudniając mi aplauzowanie czy poruszanie się, ponieważ byłam otoczona srajfonami, szajsungami i hujawejami z każdej możliwej strony. To przerażające jak przez takie zachowania atmosfera koncertowa robi się nieprzyjemna, wręcz odrażająca. Mam wrażenie, że razem z takim zachowaniem umiera również rockNroll. Zdaję sobie sprawę, że każdy chce mieć pamiątkę, ale wszystko z umiarem ja również zrobiłam kilka zdjęć. Przemyślcie to.
Kończąc, chociaż większość z was nie dotarła pewnie do połowy – Dziękuje HIM za wspaniałe 26 lat nigdy nie gasnących emocji i liczę, że chłopaków zobaczę jeszcze kiedyś – razem lub oddzielnie 🙂
BANG & WHIMPER 2017
Tekst i zdjęcia: GunsOblivion

Thank You Guys and Good Luck! – Farewell Tour Poland 2017

Hello Sweethears!

Na pewno już przebieracie niecierpliwie nóżkami czekając na relacje z koncertu… 😀 Nooo cóż, musicie jeszcze trochę poczekać, bo dziewczyny nie dość że zakochane w Valosie, nadal są pod urokiem, to w dodatku rozemocjonowane. Poganiam je batem ale no… Bądźmy ludzikami, niech trochę odpoczną i zbiorą myśli 🙂

Ja tymczasem przygotowałam dla was skrót z wydarzeń, które miały miejsce wczoraj. Niech to będzie taki wstęp dla tych, których tam nie było i nie mogli śledzić relacji na FB – gdzie wczoraj było moje centrum dowodzenia światem 😀

Wczoraj Stodoła przeżyła małe oblężenie – no ale któż nie chciał zobaczyć chłopaków ostatni raz 😀

Dziwna to była trasa… można się było obawiać o kondycję chłopaków – ich chciejstwo lub niechciejstwo grania i bycia w ogóle w tej trasie. Były wątpliwości co do tego, jak zagrają w Polsce, zważywszy na to, że nie było wielką tajemnicą, iż panowie traktują nasz kraj raczej z rezerwą. Ale wiecie co?

Wczorajszy wieczór był po prostu niesamowity!

Ja tylko mogę teraz pacnąć sama siebie, że nie zrobiłam tego co trzeba aby tam być, no ale…

PoValona ekipa ze znajomymi stawiła się oczywiście na koncercie i jakby było tego mało, to zrobiła o wiele więcej 😀

Trzeba przyznać, że już w Rosji Valo z chłopakami pozytywnie wszystkich zaskoczył. Wokalnie stanął na wysokości zadania. Myślicie, że w Polsce było tak samo? Błąd.

Było lepiej 😀

Filmik autorstwa Marty Kownackiej (LilithVampiriozah)

Powrócił także metalowy Heartagram, co również było zaskoczeniem 😀

Były piski, krzyki, wzruszenia (o tym największym za chwilę), śmiechy i niedowierzania 😀 Cóż za magiczne chwile dla tych, którzy tam byli!

(Pozdrawiam biedną Karolinę, która wylądowała z bandą dziwnych ludzi w samym środku tego szaleństwa XD)

Miałam to szczęście, że moje Himstery zadzwoniły do mnie z koncertu – jeszcze przed występem HIM. Cudownie było zobaczyć ich ryjki oraz scenę – nawet jeśli tylko wirtualnie przez ekran smartfona, ale przez ten moment mogłam poczuć odrobinę tej niesamowitej atmosfery ❤

Filmik autorstwa Marty Kownackiej (LilithVampiriozah)

Piękną niespodzianką było nowe intro do piosenki „It’s All Tears” – niech mi ktoś spróbuje powiedzieć, że to nie było magnetyzujące 🙂

Filmik autorstwa Marty Kownackiej (LilithVampiriozah)


„Dzień dobry Wszystkim,
Chciałabym podziękować za wspólną zabawę. Dziękuję, bo dzięki Wam zrozumiałam, że nie może mnie tam zabraknąć. Z napięciem obserwowałam każdy post, aż wreszcie w poniedziałek cudem udało mi się dorwać bilet. To było jak na razie najwspanialsze doświadczenie w moim 25 letnim życiu.
Koncert rozpierdolił mnie, rozkruszył w proch. Słucham HIMa od ponad 14 lat, jednak teraz można uznać, że jestem słuchaczem spełnionym.
Jeśli chodzi o samego ”Księcia”, to moja miłość do niego nie zna granic. To jest kosmita, nie człowiek, a jego ”doły” wciskały mnie w podłogę. Jeśli głos mógłby zapładniać, to z pewnością spodziewałabym się przynajmniej bliźniaków. 😉
I teraz apel: pomóżcie mi. Nie potrafię się ogarnąć, wrócić do normalności. Od rana płaczę co kilka minut, ale nie, że malutko – to jest szloch!
Jak zaakceptować ziemskie życie, skoro przez dwie godziny byłam w niebie?”


 


„Nie mam słów, żeby opisać to, co się tam wydarzyło 😵


„To był piękny wieczór. Każda piosenka wzbudzała mój zachwyt. Starałam się wszystko śpiewać, choć nie umiem. Ville, szczególnie gdy ,,wył”, ,,wydzierał się” to wywoływał uśmiech na mojej twarzy. Myślałam, co sobie myślą panowie ochroniarze. Czy im się podoba? Ale wow? Ale utalentowani ludzie? No i oczywiście popłakałam się na solówkach przy FUNERAL OF HEARTS i GONE WITH THE SIN. Pierwszy raz byłam w Stodole, ale jestem bardzo zadowolona. Z taką kochaną ekipą chętnie wybrałabym się jeszcze nieraz na koncert. Cały zespół dał z siebie wszystko. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszego eventu.”


„W życiu nie myślałam, że będzie aż tak dobrze. Ville cudownie śpiewał, był kontakt z widownią, były żarty, było cudownie. 💖💖💖💖”


„Koncert nie do opisania BYŁO MEGA MEGA… Najlepszy koncert jego na którym byłam. SZKODA ŻE JUŻ SIĘ NIE POWTÓRZY, ŻE JUŻ GO NIE ZOBACZĘ – NIE USŁYSZĘ. Sądzę, że reszty fanów to się też tyczy. DALI Z SIEBIE WSZYSTKO, JEST WIELKI, JEDYNY W SWOIM RODZAJU KOFFANYM 💖 💖 💖 


„Było pięknie. Ja chcę jeszcze raz 


„No jestem ogólnie zachwycona koncertem😍😍😍😍😍 Buźka dla każdego chłopaka.”


„Kuźwa, jaki on jest atrakcyjny na żywo 😍 Normalnie dopiero teraz tak popatrzałam, że no ma ten urok kuźwa…”


„Niesamowity wieczór. Naładowany emocjami, śmiechem, łzami i przede wszystkim świetną muzyką w niepowtarzalnym gronie. Coś o czym trudno będzie zapomnieć w najbliższej przyszłości”


„Valo był gorący jak kaloryfer w środku zimy i nie mam tu tylko na myśli wyglądu. Był jak miód na serce, poszarpane struny głosowe. I miło mi było jak parę razy odwrócił się w naszą stronę. Chłopaki także dawali z siebie wszystko, nawet niektórzy więcej (Linde) i niestety nie mogłam dojrzeć, czy Mige był w japonkach, czy jak cywilizowany człowiek w butach…Warto było zedrzeć gardło tego wieczoru i prawie zgubić spodnie, bo nie noszę paska” XD


Nie obeszło się też bez jakiegoś ekscesu, na szczęście niezbyt groźnego i sam Valos zainterweniował w tej sytuacji:

To wszystko to jeszcze nic. Chcieliście się wzruszyć? Myśleliście, że nie uronicie łezki a wasze serce nie drgnie widząc ich ostatni raz?

Taki oto zacny transparent przygotowała PoValona Anetka ale chwileeeczkę, to jeszcze nie koniec 😀 Patrzcie na to:

I poleciała flaga od naszej PoValonej Anety wprost w ręce Valosa 😁 Piękna chwila, piękne podziękowanie, nie da się nie wzruszyć 😭
Chciałam podziękować – Anetce –> za przygotowanie tej flagi oraz przejęcie szefostwa pod moją nieobecność 😀 Podziwiam wytrwałość jeśli chodzi o kolejkę i oczekiwanie pod Stodołą 🙂 Marcie  –> za relację na żywo i focisze specjalnie dla mnie 😛 Mel, , Oli, Annie i Milenie czyli moim robaczkom z ekipy (dzięki, że zadzwoniliście do mnie z koncertu 🤗😘) oraz Ewie za wsparcie no i tajemniczej Paulinie XD
ORAZ WAM WSZYSTKIM – ZA TO ŻE JESTEŚCIE I KOCHACIE NASZ ZESPÓŁ! ❣️❣️❣️

Cóż, być może ktoś tam przeczytał panom naszego bloga i w końcu wzięli się za siebie 😀 Patrząc na to, jak się dzisiaj zaprezentowali – choć mnie tam nie było – jestem bardzo zadowolona z formy zespołu oraz jeszcze bardziej z zachowania fanów  Pożegnaliście zespół w sposób godny zapamiętania i myślę, że panowie tak właśnie to odbiorą. Mam nadzieję, że dobrze się bawiliście i teraz czekam na wasze relacje – filmiki, selfiki, zdjęcia i opisy wrażeń 😏😉

Ale to jeszcze nie koniec!

A kto ma setlistę? No kto? I kościcho gitarowe? 🤘😏😎❣️
Dziewczyny nasze PoValone oczywiścieeeee 
Fuck Yeahhh!

 

To by było na tyle z mojej strony – na większą relację musicie poczekać 🙂 Cieszę się, że jesteście z nami tutaj i byliście na FB Wydarzeniu. Teraz poza relacjami, czekamy na kolejne koncert – będzie Praga, będzie Szwajcaria… No i ja… Na szarym końcu, podreptam na koncert w Londynie, pożegnać panów nie z pierwszego rzędu lecz z oddali, rzewnie kiwając głową i myśląc:

Dlatego spędziłam z nimi te wszystkie lata. Było warto. 

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

And Tomorrow… We Bleed Well :)

Moi Drodzy PoValeni!

Koncert jest jutro, ale ja już dzisiaj chciałam napisać wam parę słów, bo:
-niektórzy już są w Warszawie
-niektórzy są już w drodze
-niektórzy jadą jutro i nie będą mieli czasu tu zajrzeć


Ale… Na początku chciałam wam podziękować za spędzony czas tutaj na blogu oraz naszej grupie na FB 🙂 Fajnie, że doceniacie to co robię/robimy i nie pozostawiacie postów bez echa. W końcu to dla was poświęcamy czas i cieszymy się, że jesteście razem z nami 🤗
Dużo z was, jedzie na koncert z daleka – życzę wam abyście bezpiecznie dojechali, bezpiecznie się bawili i bezpiecznie wrócili. Mam również nadzieję, że HIM z panem V. staną na wysokości zadania i dzięki temu ten koncert będzie dla was niezapomniany, a po wielu, wielu latach, będziecie opowiadać o nim wnukom 😀


Życzę wam także tego, abyście spędzili ten czas miło, sentymentalnie i totalnie oczarowani tym (a przede wszystkim kim 😏) co zobaczycie na scenie 😍😈


Jest mi niezmiernie przykro, że nie mogę tam być z wami – z moją PoValoną ekipą, która pomaga mi w tworzeniu bloga, z tymi komentującymi, których znam tylko z internetu i tymi wszystkimi cichymi obserwatorami 🙂 Wszystkich was tam chciałabym zobaczyć no ale niestety… 😭
Wszystkich was za to proszę, abyście podzielili się ze mną swoimi wrażeniami, zdjęciami, filmikami z koncertu – chcę z tego stworzyć specjalną notkę na blogu, żeby każdy kto tam był lub też nie, mógł przeżyć te szczególne dla nas – HIMowej rodziny -chwile 
Swoje wrażenia (Nawet jeśli tylko opisane w dwóch zdaniach), którymi macie ochotę się podzielić możecie przesyłać do mnie:

CatherineNoir666@gmail.com

Take Care Sweethearts!

 

„To świętowanie tego, co zrobiliśmy i tego, co ludzie zrobili dla nas aby to się mogło stać, muzyka natomiast jest soundtrackiem do tego wszystkiego.”

Dobry wieczór 🙂

Ja wspominałam w poprzednim poście, wywiad Ville Valo był w przygotowaniu. Jest zrobiony na szybko, więc proszę wybaczcie mi wszelkie błędy. Dla angielskojęzycznych fanów pozostaje przeczytać oryginał, lecz blog jest dla polskich fanów i tłumaczenie robimy, by także ci, którzy nie znają angielskiego, mogli wiedzieć co też tam w głowie pana Valo siedzi 🙂

A muszę przyznać, że czytając/tłumacząc ten wywiad – moje serce drgnęło… Ale ciii… Nie mówcie nikomu, bo jeszcze będzie, że jednak jestem uczuciowa 😛

 


„Nie było tej iskry. Zaczęliśmy pracować nad nowym materiałem. Moim uszom nie brzmiało to doskonale, brzmiało tak samo staro i znajomo, tak samo staro” – mówi po prostu Ville Valo – frontman HIM, o powodzie zakończenia kariery fińskiej grupy, po ćwierć wieku grania razem.

Jesteśmy na symbolicznym Synset Marquis rankiem tuż po tym, jak zespół zagrał pierwszy z dwóch wyprzedanych koncertów w Wiltern. Trasa, nazwana z typową dla HIM fantazją „Bang&Whimper” jest zdecydowanie bardziej Bang (uderzenie, huknięcie itp.) niż Whimper (chlipanie, skomlenie). Od momentu kiedy światła zgasły, a utwór otwierający „Buried Alive By Love” wprowadził tłum w istne szaleństwo.

Kiedy mówię Valo o kobiecie przy barze, która zbyt entuzjastycznie podeszła do koncertu i rzucała się po całej podłodze, uśmiecha się: „Nie wiedziałem, że ludzie jak ona nadal istnieją” – mówi śmiejąc się. Ale potem dodaje jeszcze właściwie „To jak jakiś rodzaj maszyny do podróży w czasie”

Przez 25 lat, legendy „Love Metalu”, jak zostali nazwali przez ich bardzo unikalne, melodyjne i romantyczne piosenki, oraz znakomite pop/metalowe hooks (?) i riffy, zbudowali ogromny kult wyznawców, z których wielu poprzysięgało na HIM, aż od samego początku. Więc fani się żegnają, a emocje oraz energia podczas tej pożegnalnej trasy bierze nawet sam zespół z zaskoczenia.

Amerykańska trasa kończy się wraz z jutrzejszą nocą, 7 listopada, w Nowym Jorku. Można sobie tylko wyobrażać furię tłumów, gdy rozlegną się słowa finałowej, ostatniej piosenki „When Love And Death Embrance”, która to jest najbliższa tej trasie, wypełniającą Hammerstein Ballroom.

W tym ekskluzywnym, jedynym na Ameryką Północna wywiadzie, Valo mówi o przyszłości, dlaczego był to czas by się pożegnać i jak wyczekuje „chodzenia po cienkim lodzie” jako artysta.

 

Ostatnie show w Wiltern było szaleństwem. Jak tylko zgasły światła ludzie się po prostu zatracili.

Yeah, nie wiem co się stało, to jak jakiś rodzaj maszyny do podróżowania w czasie. I to znów się wydarzy dzisiejszego wieczoru. Jest to dość rzadkie dla zespołu rockowego by do tego dojść , nazywam to budowaniem światów. Zespoły jak Zeppelin, Type O Negative, Sisters Of Mercy, AC/DC, zostajesz wessany w ich świat, który ma własne zasady, własną geografię i to jest ekscytujące. Więc jeśli nawet na najmniejszym, mikroskopijnym poziomie się tam znajdujemy gdzieś w tym, to jest to wspaniałe. Mnóstwo nowych zespołów nie ma tego rodzaju rzeczy.

Więc spędziłeś prawie 25 lat budując tę wioskę. Czy stało się to przytłaczające albo smutne myśleć o tym, że trzeba zostawić ten świat za sobą? A może czujesz się na to gotowy?

Myślę, że wszystkie z powyższych jeśli mam być szczery. Ostatecznie na samym końcu musisz zaufać swoim wnętrznościom. To jest ciężka rzecz do zrobienia, kiedy jest pięciu ludzi znających się od momentu, kiedy byli dziećmi i którzy razem zbudowali ten świat, czy jakkolwiek chcesz to nazwać, przez ćwierć wieku. Nawet kiedy twoje wnętrzności mówią ci, że to jest najlepszy czas na wyskoczenie z tego pociągu, nie jest to najłatwiejsza rzecz do wykonania. Więc zajęło to dwa lata, aby ostatecznie rozwiązać ten problem i być pewnym, że wszyscy jesteśmy na tej samej stronie i w końcu musi to być zrobione. Koncertowanie jest nadal miłe, koncertowanie jest zabawne, bycie razem jest naprawdę dobre, ale to była też inna rzecz o której pomyślałem: miło jest zrobić tą ostatnią serię „hurra” w trasie.

Czy odpowiedź publiczności zainspirowała cię do rozważenia tego?

To zmotywowało mnie do napisania jeszcze lepszych piosenek do mojego kolejnego projektu, cokolwiek to może być. To jest, jak ja myślę. Niektóre z piosenek przebyły naprawdę dobrą drogę, gramy piosenki z późnych lat 90 i wszyscy ci ludzie, wliczających tych nowych, śpiewają te teksty, które napisałem gdy miałem 20 albo 19 lat, co jest ekscytujące. Więc nie widzę powodu dla którego miałby nie kontynuować, nieco inaczej prawdopodobnie, ale to jest ta emocjonująca część. Cieszę się ze skakania po cienkim lodzie. Myślę, że musi być ten element nieodzownego niebezpieczeństwa ale i niespodzianki oraz trzymania się w szachu. Jeśli rzeczy stają się zbyt łatwe lub wygodne, musisz coś z tym zrobić. I myślę, że to właśnie robimy.

Zgadzam się z tobą, ale jest dużo mentalności w rock and rollu, żeby grać bezpiecznie dla świata, który się zbudowało.

Wiem, lecz ostatecznie ten szczególny świat nie wybiera się donikąd. Doceniamy to co zrobiliśmy, jesteśmy naprawdę szczęśliwi, iż to wszystko naprawdę przemierzało tak dobrze i ciągle rozbrzmiewa, co jest naprawdę dziwne. Oczywiście jest to dziwne dla nas, na wszystkich możliwych poziomach. Byłoby łatwiej, gdyby był jakiś uraz. Pierwotnie nie mieliśmy robić tej trasy, ale pomyślałem że musimy zostawić za sobą dudnienie.

Przeskoczmy więc do stycznia 2018 roku. To będzie noc po ostatnim show HIM. Teraz, kiedy zaczęliście trasę możesz przewidzieć jak będziesz się czuł tego dnia?

Nie mam pojęcia, mamy ciągle do zagrania 43 koncerty zanim trasa się skończy. Zobaczymy więc jak bardzo będziemy po tym wyczerpani. Na ostatnich kilka koncertów, które będą miały miejsce w Finlandii, będzie wokół nas nasza rodzina, a także nasi starzy przyjaciele. Więc to będzie dla nas szczególne także z tego powodu i w tym sensie bardziej rytualne w przeciwieństwie do koncertu. Jestem pewien, że będzie dziwnie, jestem pewien, że będzie także fantastycznie. Ale będzie i niesamowicie, a moja technika przykrycia pustki i poczucia opuszczenia sprawi, że sięgnę po gitarę, ponieważ zawsze tak robię, gdy czuję się niekomfortowo. Będę więc pisał więcej piosenek. Mam już ich trochę napisanych. Część z nich miała być dla HIM, ale z racji tego że nie pracujemy nad kolejnym rozdziałem tej historii, muszę coś z nimi zrobić.

Czy wyobrażasz sobie swój solowy album, czy póki co nie masz jeszcze pojęcia co to będzie?

Jeśli mam być z Tobą szczery to nie wiem. Zabawne jest to, że pracowałem nad jakimiś piosenkami i ostatecznie, nawet nowe piosenki brzmią jak te zrobione dla HIM. Więc to nie jest moim celem, że teraz stanę się solowym przedsiębiorcą grającym cokolwiek z folku i stworzenie z tego czegoś rzadkiego, pozbywając się wszystkiego albo oblekając to w kwiaty makowe czy coś w tym stylu. Nie jestem tym zainteresowany. Jestem zainteresowany rock and rollem, lecz cesarz potrzebuje nowych szat.

Więc nie wydasz albumu tanecznego?

Kur… nie. Nie wiedziałbym nawet jak. Podoba mi się elektroniczna muzyka, zawsze tak było ale lubię głośne gitary i melancholię, toteż gdy zaczynam słuchać tych rzeczy, które lubię, to brzmią one bardzo jak HIM.

To będzie bardzo interesujące zobaczyć jak to wyewoluuje, ponieważ masz swój styl i głos.

To będzie interesujące, natomiast jest to też oczywiście trudne. Nie mam już 20 lat więc ta nagła zmiana, aby zrobić coś kompletnie nowego, jest wyzwaniem samym w sobie oraz trzeba mieć na uwadze czy to w ogóle spodoba się ludziom. Ale wolę raczej ponieść to ryzyko i zobaczyć resztę chłopaków idących własną ścieżką oraz również ponoszących ryzyko, niż stać się na wpół zepsutą szafą grającą, jak swój własny tribute band, jeśli mimo to moglibyśmy się sprzedać, jeśli można by dodać kilka zer na końcu – wtedy miałoby to jakiś sens. jak droga którą poszli The Rolling Stones.

Nadal możesz podjąć to wyzwanie bez żadnych animozji…

Wciąż mamy do zagrania 43 koncerty więc będzie animozja na samym końcu (śmieje się) Jeszcze raz, nigdy nie mów nigdy. Szczerze uwielbiam chłopaków więc nie miałbym nic przeciwko, aby znów zrobić coś razem. Ale teraz nie jest na to czas, więc nie wiem co przyniesie przyszłość, nie mam pojęcia. Myślę, że część chłopaków będzie pracowała nad wypuszczeniem swoich muzycznych rzeczy. Ale osoby w zespole są dość różne od siebie. Trudno powiedzieć, czy fizycznie będziemy w tym samym mieście przez najbliższe lata. Ale zobaczymy. Jest powód dla którego to się stało i nie wiemy jak na to wszystko zareagujemy. To jak szalka Petriego w akcji, to chemiczny proces albo test, czy jakkolwiek chcesz to nazwać, dzieje się właśnie teraz i wiemy, że pod koniec się to zmieni, mniej lub więcej. A wtedy będę potrzebował trochę czasu na regenerację.

Czy są piosenki, które mają dla ciebie szczególne znaczenie kiedy wiesz, że być może śpiewasz je ostatni raz z chłopakami?

To jest pierwsza trasa odkąd wiem, że nie nagramy już nic razem jako HIM w przyszłości. Mogę zobaczyć cały materiał, który gramy każdego wieczoru jako całość, ponieważ nie będzie już tego więcej. Po raz pierwszy raz słowa piosenki „Join Me” słyszę w inny sposób, może śpiewam także piosenki w inny sposób. Doceniam, że niekoniecznie jako outsider, lecz mogę dostrzec las za pojedynczymi drzewami. Jest inaczej. W końcu, taka też jest funkcja tej trasy, jest tak, że my też możemy być również fanami. Fanami niekoniecznie nas samych ale całego tego ruchu, który się wydarzył podczas tych 26 lat. To jest możliwość dla grupy losowych ludzi pochodzących z losowego kraju pośrodku niczego, mniej więcej, mających możliwość podróżowania po świecie i nadal być odpowiednim dla kilku osób. Więc to jest całkiem niesamowite. To świętowanie tego, co zrobiliśmy i tego, co ludzie zrobili dla nas aby to się mogło stać, muzyka natomiast jest soundtrackiem do tego wszystkiego.

Źródło: Forbes.com

Tłumaczenie: Catherine Noir

(Ville Valo po 43 koncertach :D)

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

 

Życie trwa, gitara gra dalej

Cześć!

Już coraz bliżej, już za parę dni, za chwilkę… 😛

No ale póki jeszcze mamy ciszę przed burzą, proponuję poczytać na rozluźnienie tym razem nie o frontmanie Ville Valo lecz o Bambi, czyli gitarzyście 🙂

Nie rozumiem ludzi, którzy nie mogą wytrzymać ciszy” – wywiad z Mikko „Linde” Lindström, gitarzystą HIM.

Linde stawia właśnie czoła nowym wyzwaniom. Jego przyszłość jest jasna i znana jednak tylko do końca ostatniej trasy zespołu, wszystko po niej jest zaciemnione – i pełne możliwości.

Urodzony w Kaukkala w sierpniu 1976, Mikko „Linde” Lindström jest najbardziej znany jako Milczący Gitarzysta HIM. Jednak, gdy bardziej wgłębimy się w jego życiorys,  możemy stwierdzić, że w momencie gdy wymaga tego sytuacja, jest on także zdolnym wokalistą i autorem piosenek.

W HIM to Ville Valo jest głównym tekściarzem, jednak od tej reguły zdarzają się wyjątki. Już na debiutanckiej płycie zespołu, którą jest Greatest Lovesongs Vol. 666 (1997) możemy znaleźć parę kawałków, które zostały napisane wspólnie przez Valo i Linde. Kilka kompozycji Mikko znalazło się także na pierwszym albumie Manny (jego pierwszej żony), Sister (2007).

Od momentu powstania w 1991r. HIM pracowało w taki sposób, że jego członkowie byli ciągle zajęci i skupieni tylko na zespole, wobec czego Linde nie miał zbyt dużo czasu na żadne poboczne projekty. Mimo to, sześciostrunowy czarodziej w dredach, zdołał w 2008 roku dołączyć do legendy „Carcass” – Jeff’a Walkera, który przebywał właśnie w Helsinkach nagrywając country-metalową płytę (zrobili covery starych piosenek country, oczywiście w metalowej aranżacji – przyp. autorka). Tak powstał album „Welcome to Carcass Cuntry” autorstwa Jeff Walker Und Die Flüffers, gdzie swoje trzy grosze dołożyło wielu znanych w Finlandii i nie tylko, artystów.*

Jednym z bardziej znanych projektów pobocznych Linde, jest też Who Cares – heavy rockowa supergrupa, która zbierała fundusze na wsparcie ormiańskiej szkoły muzycznej, zniszczonej podczas trzęsienia ziemi. W singlu charytatywnym „Out of My Mind” (2011) do Linde dołączyli perkusista Iron Maiden, Nicko McBrain, były basista Metalliki Jason Newsted i legendy Deep Purple: Ian Gillian i Jon Lord. Sam projekt został zainicjowany przez światowej sławy gitarzystę i jednocześnie ojca ówczesnej partnerki Linde, mistrza riffów Black Sabbath, Tony’ego Iommi.

Najbardziej osobistym projektem jest Daniel Lioneye – alter ego Linde, który ze zwariowanej i bluesowej ody do kobiet i alkoholu, przeistoczył się w prawdziwy i aktywny zespół, dzięki któremu Linde może wyrażać siebie. Dodatkowo stał się dla gitarzysty swoistą odskocznią od HIM. Zresztą nie tylko dla niego – jego koledzy z zespołu czasem pomagają mu w tworzeniu, dzięki czemu próbują nowych rzeczy i nie stoją w miejscu. Mimo to Daniel Lioneye to przede wszystkim zespół kierowany przez Linde, który osobiście komponuje i śpiewa wszystkie utwory.

Daniel Lioneye pierwotnie nie był przeznaczony do spełniania cudzych oczekiwań, ale z biegiem lat przewyższył je wszystkie. Debiutancki album grupy, zatytułowany „King of Rock’n’Roll wydany w 2001 roku, bardziej przypominał zabawny sposób na złagodzenie stresu i próbę relaksu, niż chęć zdobywania jakichkolwiek artystycznych osiągnięć.

Kolejny album musiał czekać prawie dziesięć lat na wydanie, ponieważ Linde był zajęty HIM. Wydany w kwietniu 2010r. Vol. II zawierał w sobie czarny, ciężki i awangardowy rock z wpływami black metalu. Tą płytą przed Daniel Lioneye otworzyły się drzwi do Stanów Zjednoczonych, gdzie odbyli ogromną trasę koncertową, supportując Cradle of Filth. Więcej na ten temat można znaleźć w książce „Jenkkirundi”autorstwa Kimmo Aroluoma – członka ekipy zespołu. Opierając się na prawdziwej historii, obejmuje wydarzenia zza kulis, życie w trasie w tym oczywisty brak luksusu, coś, do czego Daniel Lioneye i załoga tak naprawdę nie przywykli.

Vol III, opublikowany w sierpniu 2016r. przedstawia nam dojrzałego Daniela Lioneye. Zespół Linde w ambitny sposób połączył elementy z poprzednich wydawnictw. To także obiecująca przyszłość dla członków HIM, która obecnie jest całkowicie otwarta.

HIM i jego love metalowa saga zakończy się pod koniec tego roku w formie pożegnalnej trasy. Linde będzie wtedy musiał działać na własną rękę.

PO PROSTU MIŁY FACET

Obecnie Linde mieszka na wsi, około godziny jazdy od Helsinek. Człowiek, który spędził młodość w stolicy i wielokrotnie podróżował po całym świecie, nie tęskni za tętniącymi życiem miastami. Gitarzysta, który dzieli swój dom z psem i trzema kotami, mówi, że „stał się całkowicie rustykalny”. Ponieważ jego zawód sprawia, że podróżuje więcej, niż potrzebuje, Linde celebruje spokojne życie. Jego ulubioną czynnością są długie spacery z psem.

Jest także ojcem 14-letniej córki. Chociaż nie jest już żonaty z matką, jego relacje z nastolatką pozostają bliskie.

Spędzamy razem czas i naprawdę dobrze się bawimy. Cieszę się z tego faktu– mówi Linde –Mam też grupę świetnych przyjaciół, z którymi chciałbym spędzać więcej czasu w przyszłości. Jednak bardzo lubię być sam. Może trochę za bardzo-

Jest to całkowicie zgodne z wizerunkiem, który Linde wykreował przez te wszystkie lata. Kojarzony jest często z szarą eminencją HIM, mężczyzną z kluczową rolą w zespole, który nie chce znajdować się w centrum zainteresowania, nawet w imię międzynarodowej sławy rocka.

Nie jestem typem frontmana– przyznaje –Lubię mówić o właściwych rzeczach, ale te wszystkie „small talk” są do dupy, nigdy się tego nie nauczyłem. Nie rozumiem ludzi, którzy nie mogą wytrzymać ciszy

Z tego punktu widzenia, wybór kariery Mikko wydaje się nieco nie na miejscu. Praca performera nie jest idealna dla osoby, która nie lubi światła reflektorów. Mimo to, Linde nie może narzekać, ponieważ to Valo ponosi większość ciężaru, jakim jest rozgłos. Dzięki temu pozycja gitarzysty HIM jest dla Linde optymalna. Lubi swoją pracę tak bardzo, że czuje się uprzywilejowany.

Ten biznes nie jest dla wszystkich i uważam, że to jeden z powodów do picia, narkomanii, przedwczesnych zgonów i samobójstw. Staram się jednak pamiętać o tym, że mam ogromne szczęście, mogąc pracować w ten sposób przez tyle lat. Wszystkie zawody mają swoje cienie, w tym także i ten, ale najłatwiej jest narzekać –

Albumy i koncerty Daniela Lioneye udowodniły, że wyjście z zacienionego kąta na środek sceny, gdy wymaga tego sytuacja, nie stanowi dla Linde problemu. Ale jak on się z tym czuje?

Cóż, jest trochę inaczej, w zależności od dnia. Śpiewanie nie jest moim ulubionym zajęciem, szczególnie na żywo. W studiu, śpiewanie w samotności jest o wiele łatwiejsze. Jestem pogodzony z tym, że mam taki głos, a nie inny, ale nie kocham go. W końcu bardzo niewiele osób ma świetny głos do śpiewu i jest to coś, w czym jestem dość krytyczny-

POD WPŁYWEM GITARY

Kiedy Mikko Lindström był mały, jego ojciec słuchał wielu kaset w czasie samochodowych wycieczek. Ta sama miłość do muzyki została również pochłonięta przez dzieci na tylnym siedzeniu, Linde i jego młodszego o cztery lata, brata. Ojciec inżynier był wielkim fanem Elvisa Presleya, który nadal jest ulubieńcem Linde. Ten człowiek był bardzo dobry w śpiewaniu.

Dziesięcioletni Linde dostał swoją pierwszą gitarę, akustyczną mini Landolę, jako prezent na Boże Narodzenie.

Błagałem o nią przez jakiś czas– wspomina Linde –Zacząłem brać lekcje od razu i szybko się nauczyłem, ponieważ byłem tym tak podekscytowany. Mój pierwszy riff był prostą wersją „Heaven’s on Fire” KISS. Grałem to kciukiem jeden ton, na raz. To nie brzmiało tak samo, jak KISS, ale jakoś trzeba zacząć-

Kiedy Linde zaczynał swoją przygodę z gitarą, Duran Duran i KISS były wielkimi zespołami wśród młodszej młodzieży. Linde wybrał je, ponieważ rock był jego ulubionym gatunkiem.

W KISS gra na gitarze była bardziej widoczna, niż w Duran Duran, więc poszedł w tym kierunku. Gitara go zainteresowała, miała jakiś niewyjaśniony, magiczny urok.

Lata 80-te były złotym wiekiem gitarowych bohaterów. Ich królem był były gitarzysta Frank Zappa, Steve Vai. Co zaskakujące, Vai był przez jakiś czas wielkim bohaterem Linde.

W tym czasie grał z Davidem Lee Rothem, a ja byłem wielkim fanem Eat’em and Smile and Skycraper. Podobały mi się również jego solowe płyty „Flexable” oraz „Passion & Warfare”. Vai zainspirował mnie do spędzenia jednego lata w Bostonie w Berklee College of Music. Miałem wtedy 15 lat. Inspiracją było siedzenie przy tej samej szkolnej ławce, w której kiedyś siedział Vai –

Kiedy słuchasz gry Linde, nazwisko Steve Vai, nawet nie przychodzi do głowy. Jego Gibson brzmi bardziej bluesowo i dużo ciężej, niż Ibanez Vai. Są to dwie różne szkoły gry na gitarze.

Vai to jedyny gitarzysta tego rodzaju, którego jestem w stanie słuchać. Zawsze był w stanie zaoferować coś poruszającego emocjonalnie, a nie tylko czystą sprawność techniczną- tłumaczy Linde.

-Dzięki przyjaciołom poznałem Black Sabbath, Led Zeppelin, Jimiego Hendrixa i innych-

Te nazwy są łatwiejsze do skojarzenia z grą Linde, zwłaszcza Black Sabbath. Nawet jego ulubiona gitara to Gibson SG. Ta sama którą wybrał wcześniej, bo w latach 60-tych Tony Iommi. Komponując riffy dla Black Sabbath, rozpoczął pewnego rodzaju tradycję, którą HIM kontynuował i dopracowywał w swoim własnym, romantycznym stylu.

Kiedy grasz na gitarze długo i namiętnie, rozwijasz swój własny styl. Linde widzi swoje największe atuty w połączeniu improwizacji z precyzją i pewnością.

I poczucie smaku, mimo że to kwestia gustu. Dobry gitarzysta ma zarówno umiejętności techniczne, jak i nieubłaganą wizję. Ogólnie rzecz biorąc, wymaga to doświadczenia życiowego i odwagi, aby grać „źle”

UCZUCIA DOTYCZĄCE ODEJŚCIA

Mikko Lindström jest HIM’owym Linde już ponad ćwierć wieku, jednak wkrótce pozostawi to wszystko za sobą. Jeden z najpopularniejszych fińskich zespołów ogłosił wiosną, że koniec jest bliski. Według zespołu decyzja ta nie wiąże się z żadnym większym dramatem. Wszystkie dobre rzeczy kiedyś dobiegają końca i teraz przyszedł czas na HIM.

Będąc love metalowcem przez większą część życia, Linde ma pewne trudności z przyzwyczajeniem się do nowej rzeczywistości, chociaż miał kilka miesięcy na przygotowanie się do tego.

Zespół był tak wielką częścią naszego życia, że wciąż mam mieszane uczucia. Z jednej strony odczuwam ulgę, z drugiej jestem przerażony. To wielka zmiana i nie wiem, co o niej myśleć. Czas pokaże, co się potem wydarzy. Mam nadzieję, że coś dobrego– mówi.

Teraz mamy do czynienia z pożegnalną trasą HIM, która potrwa do końca roku.

Wspaniale jest dzielić się uczuciami z tłumem, po raz ostatni. Jestem pewien, że ta trasa będzie naprawdę dobra-

HIM przechodził od jednego zwycięstwa do drugiego, aż do 2010r. Sprzedał miliony płyt, wiele razy koncertował na świecie i zbudował solidną bazę fanów na wszystkich kontynentach. Te osiągnięcia nie były oczywiste dla zespołu, który miał sprawiedliwy udział w „co, do cholery, tutaj się dzieje”.

Kiedy „Join Me” stało się numerem jeden w Niemczech, na przełomie tysiącleci, moje oczy się rozszerzyły. To samo kilka lat później, kiedy „Dark Light” trafiło na 18 miejsce na liście Billboard w USA i pokryło się tam złotem. Potem pojawiło się uczucie, że ktoś musiał popełnić jakiś błąd-

HIM to nie tylko międzynarodowa historia sukcesu, ale także zespół rockowy założony przez przyjaciół, którzy znali się od dzieciństwa. Linde spotkał Ville i Mige w siódmej klasie i przez ponad 15 lat grał także z Burtonem. Linde mówi, że najbardziej tęskni za mrocznym poczuciem humoru grupy.

Jestem pewien, że pozostaniemy ze sobą w kontakcie. No chyba, że zostanę pustelnikiem na wsi. To także możliwy scenariusz-

ŻYCIE TRWA, GITARA GRA DALEJ

Rozpad HIM to sytuacja, w której Linde nie ma żadnego doświadczenia. Oczywiście nie musi zaczynać wszystkiego od początku, ale jeśli chce kontynuować działalność w branży muzycznej, musi znaleźć coś nowego i trwałego, a także nauczyć się czegoś innego, niż bycie Linde.

Świat muzyki jest teraz zupełnie inny, niż wtedy, kiedy zaczynał. Jaką radę dałby swojej córce, gdyby chciała zostać profesjonalnym muzykiem?

Odpowiedź jest tradycyjna i ojcowska, ale zupełnie nieoczekiwana od człowieka, który sam gra rocka.

Myślę, że zasugerowałbym jej, żeby nie wchodziła w ten świat, lub przynajmniej przygotowała jakiś plan awaryjny. Biznes muzyczny zmienił się tak bardzo, że obawiam się, że moje wskazówki mogą być przestarzałe. Jednak „nie byłoby rozsądne umieszczać twojego nazwiska na jakimkolwiek papierze, którego nie rozumiesz” jest chyba wciąż ważną radą

Sam Linde nie potrzebuje żadnej z nich, z wyjątkiem części dotyczącej umów. Jako absolwent liceum, Linde nigdy nie opracował planu awaryjnego.

Nigdy nie dostałem się do szkoły średniej Sibeliusa, więc uczyłem się w Käpylä. A właściwie podchodziłem tylko do obowiązkowych testów i prac, resztę olewając– wspomina –Rano wsiadałem do autobusu jadącego do centrum, żeby oszukać moją mamę. Będąc na miejscu, zamiast do szkoły kierowałem się do księgarni, żeby czytać erotyczne komiksy. Następnie z kawą w ręku szedłem do Stockmann (dom towarowy w Helsinkach), żeby się trochę rozejrzeć i wracałem do domu. Zmarnowałem na tym dwa i pół roku życia. Nie byłem największym molem książkowym, ale osiągnąłem dobre oceny, których nigdy nie potrzebowałem w całym moim życiu

I wątpliwe, że kiedyś mu się jeszcze przydadzą. Kiedy HIM przestanie istnieć, życie będzie toczyć się dalej, a gitara wciąż będzie grać. Linde niedawno przekroczył 40tkę, co oznacza, że nadal jest dość młodym człowiekiem w dzisiejszym biznesie rockowym.

Chcę dalej kontynuować projekt Daniel Lioneye, ale poza tym nie mam żadnych innych planów. Nie mam większych celów i marzeń, ale nadal zamierzam tworzyć muzykę. Praca nad nową piosenką lub riffem, to wciąż najlepsze uczucie na świecie-

Ale nie wyprzedzajmy przyszłości. HIM wciąż jest w pożegnalnej trasie.

Potem mogę skoncentrować się na przyszłości. Cokolwiek się stanie, chcę to przyjąć z pozytywnym i otwartym umysłem


*Nie byłabym naczelną researcherką, gdybym tego gruntownie nie sprawdziła. Oprócz Linde, obok pozycji „perkusja” znajduje się niejaki Pus Sypope. Jest to nikt inny, jak Gas Lipstick. Ville Valo także brał udział w nagrywaniu części basów („The End Of The World) i chórków (Keep On Rocking In The Free World), jednak nie jest w ogóle uwzględniony na płycie ani pod pseudonimem, ani pod własnym nazwiskiem. Dotarłam do wywiadu z Jeff’em, gdzie tłumaczy, że oni sami go o to poprosili. Powiedział coś w stylu, że nie sądzi, żeby Valo to przeszkadzało i myśli [Jeff], że to żart. Za to Gas nie chciał, żeby ktoś kupił ten album tylko ze względu na jego nazwisko (a spotkała go już taka sytuacja). Na albumie pojawili się też tacy muzycy jak m.in.: bracia Cavanagh i Les Smith (Anathema), Shane Embury i Bill Steer (Napalm Death), Niclas Etelävuori i Pasi Koskinen (Amorphis).

Źródło: inferno.fi

Tłumaczenie zostało dokonane z fińskiego na angielski przez „randomową osobę z netu” a potem na polski przez Vixen Black. Przyczyniła się do tego Anna, która wysłała mi maila z tym wywiadem, dając nam tym samym kopa do zakasania rękawów i zabrania się za niego 😀

W kolejce czeka wywiad z V.V – pamiętajcie –> My też mamy swoje życia 🙂

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

Prof. Miodek o HIM :) +PRZYGODNIK CZ.2

Heej!

Niestety jeszcze nie posiadam tekstu wywiadu i nie wiem czy jest tam coś wartego uwagi. Podejrzewam, że na pewno znajdzie się choć jedno zdanie, które nie jest kolejnym wyświechtanym frazesem od których więdną nam już uszy 😛 No ale jak będzie coś wiadomo to będziemy się dzielić z wszystkimi.

Tymczasem, w ostatniej notce zamieściłam relację Sary z jej wyjazdu do Finlandii 🙂 Jak się okazało, ktoś zwrócił uwagę na to, iż napisała ona „że słucha HIMu” – a powinno być „słucha HIMa”. No i się zaczęło 😀

Ja nie jestem grammar nazi, nie jestem też językoznawcą a i przecinki mi się czasem mieszają, z ortografią lepiej jednak czasem nad czymś się zawieszę XD No ale generalnie, nie jestem fanem takiego czepiania – to wasze teksty i ja raczej staram się mało w nie ingerować 🙂 No ale ta odmiana „Zrobiła nam dzień” 😀

A skoro nie wiadomo co i jak, to trzeba się zwrócić do kogoś, kto to co i jak wie 😀 Przeczytajcie co na ten temat powiedział prof. Miodek, którego Ola zapytała o zdanie 🙂

„Szanowny Panie Profesorze,

Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że jest Pan Profesor moim Autorytetem w dziedzinie poprawnej polszczyzny. Piszę do Pana Profesora, ponieważ mamy z koleżankami nie lada problem. Otóż jesteśmy fankami fińskiego zespołu metalowego o nazwie HIM. Jest to skrót od angielskiego wyrażenia His Infernal Majesty czyli Jego Piekielna Wysokość. Mamy wątpliwości dotyczące odmiany tej nazwy. Czy możemy mówić ,,Słuchamy HIM”, ,,Słuchamy HIM-u” czy może ,,Słuchamy HIM-a”?”

Bardzo proszę Pana Profesora o odpowiedź.

Serdecznie pozdrawiam w imieniu Heartagram Poland.

Aleksandra G.

Szanowna Pani!

Czasownik słuchać wchodzi w związki składniowe z dopełniaczem, więc „słuchamy zespołu HIM”. Gdy opuścimy człon „zespołu”, sprawa się skomplikuje, bo dystrybucja końcówek dopełniacza -a, -u nie rządzi się ścisłymi regułami i nawet tak popularne słowa, jak krawat czy filar, mają równorzędne warianty krawata//krawatu, filara//filaru. W moich uszach przyjemniej brzmi wariant HIM-u, ale końcówka -a jest dziś produktywniejsza i głowę daję, że większość wybierze wariant „słuchamy HIM-a”. Podkreślam jednak: oba warianty są poprawne.

Pozdrawiam serdecznie

Jan Miodek


DZIĘKUJEMY PANIE PROFESORZE 🙂

Być może profesor sprawdzi teraz, co to za zespół i zostanie nowym fanem XD Któż to wie 😛 Ale jak już wiemy, obie formy są poprawne, jeśli jednak nie jesteście pewni jak napisać odmianę HIM, najlepiej chyba tego nie robić 🙂

Oj, Sara – namieszałaś nam tutaj hehe


Następną w planie miałam wyspę Tervasaari (spodobało mi się, że wyspy i półwyspy miały w nazwie Saari – co brzmiało prawie jak moje imię tylko po Fińsku 🙂 ). Potem przeszłyśmy się wzdłuż portu do Soboru Uspieńskiego – gdzie również odbywał się ślub. Uciekając przed tłumem Chińczyków wyszłyśmy jakimś tylnym wyjściem i trafiłyśmy na dwie śliczne kamieniczki, które zgodnie ochrzciłyśmy mianem „Wyjętych z Harrego Pottera”.

Obok stało SkyWheel Helsinki i nowoczesna budowla widokowa w kształcie statku/parowca (tak przy okazji to dosłownie podobny zaprojektowałam na zajęciach rok wcześniej).

W porcie widziałam kilkoro osób kąpiących się w morzu! Owszem było bardzo ciepło, ale no… takie wrześniowe kąpiele nie są dla mnie. Zaraz obok znajduje się Kauppatori, na którym straciłyśmy strasznie mnóstwo czasu. Był to kiedyś targ rybny, a teraz głównie można kupić pamiątki. Zauważyłam tu, że Helsinki są architektonicznie strasznie podobne do Petersburga i ucieszyłam się, gdy mój przewodnik ilustrowany zgodził się ze mną, stwierdzając dokładnie: architektura rosyjska.

(Miałam na myśli te klasycystyczne pałace, które Piotr I Wielki kazał budować wzdłuż morza i rzeki, żeby zwiedzający z łodzi goście z Europy myśleli: jaki ten Petersburg jest piękny i bogaty!) W końcu dostałyśmy się na plac Senacki i tam powtórzyło się moje wrażenie rosyjskiej zabudowy. Wściekłam się, gdy się okazało, że nie można wejść do środka Katedry Ewangelickiej, bo bardzo ważna osobistość ma ślub! Obeszłam więc budynek dookoła i pooglądałam architekturę w uliczkach bocznych, gdzie nie docierały wycieczki. Następnie przeszłyśmy się ulicą Aleksanterinkatu, gdzie znowu wstąpiłyśmy do Mc’a (Zabijcie mnie, ale Happymeal był najtańszym posiłkiem jaki mogłyśmy znaleźć – nie licząc zupek chińskich z Polski i spaghetti domowej/hotelowej roboty). Przy jedzeniu złapałam darmowe wifi i kapnęłam się, że miałyśmy iść jeszcze do kościoła św. Jana. Musiałyśmy więc się troszkę „wrócić”. Opłacało się, bo kościół był pusty. Wesele już się odbyło, a młoda para robiła sobie zdjęcia przed. (Notka Architektoniczna: Adolf Emil Melander, zbudowany w latach 1888–1891, neogotyk). Tutaj natrafiłyśmy na kawiarnię Muminkową! A ponieważ pluszaki Muminki i breloczki Muminki były drogie, kupiłyśmy sobie po kawie w kubku Muminkowym.

 

 

Stąd miałyśmy się dostać do Riffu, ale w wyniku braku zmysłu orientacji i zażartej kłótni w jaki sposób obrócić mapę, nie doszłyśmy. Jak się później okazało, weszłyśmy w złą ulicę – dosłownie o ulicę niżej. Także zamiast Riffu, znalazłyśmy ładną „łatę urbanistyczną/architektoniczną”. Tiiaa. Whatever. Pewnie i tak bym się bała wejść, przez mój za bardzo rozwinięty Introwertyzm. Ulicą Annakantu doszłyśmy do jakiegoś kościółka Vanhakirkko, w którym też odbywał się ślub. Minęłyśmy go więc, bo miałyśmy mało czasu. Naszą następną stacją był dworzec główny w Helsinkach. (Notka Architektoniczna: Zaprojektowany przez Eliel’a Saarinen i ukończony w 1919, został wybrany jednym z najpiękniejszych dworców na świecie przez BBC w 2013 roku. Styl art nouveau). Potem spacerkiem minęłyśmy Helsinki Music Centre i budynek Parlametu, by zatrzymać się pod Muzeum Fińskiej Historii Naturalnej – zaciekawił mnie łoś przed budynkiem i żyrafy na balkonie.

(Ps. mieszkałyśmy z dziewczynami blisko tych żyrafek i zawsze miałyśmy polew z nich 😀 Ale był wyznacznikiem że do domu już rzut beretem ehehe -C.N.)

Później ruszyłyśmy w stronę Kościoła w Skale, ale natknęłyśmy się na jedynego Mustanga w Helsinkach, więc musiałam cyknąć fotki. Po tym jak odwiodłam Karolinę od pomysłu, by włączyć alarm w samochodzie (no przecież właściciel to mąż dla ciebie = nie dość, że jeździ Mustangiem to mieszka w Helsinkach), dostałyśmy się do kilku sklepików z pamiątkami, gdzie zakupiłyśmy bilety wstępu do kościoła. Przed samym wejściem okazało się, że skała w której wykuto kościół, to taki sam granitowy głaz jak w całych Helsinkach, a w Turku w sumie też (wspominałam o nich przy Lunapraku). Dla tych którzy nie wiedzą jak to sobie wyobrazić: są sobie wysokie kamienice mieszkalne, między nimi wielki plac z ogromnym głazem, a w tym głazie okrągły kościół z miedzianą kopułą (ma podobno 24 metry średnicy).

W sumie wygląda to jak Ufo które wbiło się w środek miasta w potężny głaz. Efekt ten nasilił się po wejściu do środka. Ściany są ze skały, więc wygląda to trochę klaustrofobicznie. Osobiście pobadała mi się wielka miedziana płyta służąca za sufit i 180 szklanych paneli, przez które wpadało światło dzienne. (Notka Architektoniczna: Kościół Temppeliaukio zaprojektowali bracia Timo i Tuomo Suomalainen, wybudowany w 1969 r., styl modernizm w nurcie brutalizmu.) Wychodząc z kościoła zauważyłyśmy mnóstwo karteczek wielkości dużej zakładki do książki. Były we wszystkich językach świata, a podpis obok głosił, by zabrać ze sobą słowo boże w ojczystym języku. Wzięłam sobie w japońskim – mimo że jestem niewierząca – bo ślicznie wyglądał 😀 Następnie przeszłyśmy obok Fińskiego Muzeum Narodowego, ale że było już koło 18, nie wchodziłyśmy do środka. Powiem tylko, że sam budynek wygląda jak kościół i bardzo mi się podobał.

(NA: zaprojektowany przez grupę fińskich architektów, otwarty w 1916, reprezentuje styl architektury muzealnej panujący na przełomie XIX i XX w.)  Na koniec doszłyśmy do Fińskiej Opery Narodowej, gdzie miałyśmy autobus do hotelu. Niestety zapomniałam, że autobus ten jeździ o innych godzinach w soboty. W związku z tym musiałyśmy wracać na piechotę jeszcze dwa kilometry – z górki a potem pod górę. Była to prawie droga pokutna, bo byłyśmy tak wykończone.

 

 

 

 

Niedziela była bardziej spokojna. Poszłyśmy na autobus i za darmo – bo kierowcy zepsuł się automat do biletów – dojechałyśmy na osiedle Munkkiniemen. Celem była oczywiście wizyta pod wieżą Valosa. Ponieważ panowała Złota Jesień, bluszcz, który porastał budynek był czerwono bordowy.

A słońce świeciło tak mocno, że żadne zdjęcie nie wyszło dobrze. Karolina próbowała zrobić sobie selfie, ale ja błagałam ją, żebyśmy uciekały, bo mieszkańcy na pewno gapią się na nas z okien. Czułam się tak cholernie niekomfortowo, że zadowolenie i zachwyt, poczułam dopiero, gdy uciekłyśmy i przeglądałyśmy zdjęcia w parku. O 13:00 miałyśmy zwiedzanie domu Alvara Aalto, najsławniejszego fińskiego architekta, o którym miałyśmy prawie półtora godzinny wykład na historii architektury. Aczkolwiek musiałyśmy zapłacić 18 euro za wejście i było to największe zdzierstwo wszechczasów. Miałam ochotę w ogóle nie wchodzić, no ale skoro już tam byłyśmy… Narobiłam mnóstwo zdjęć, żeby było warto, a Karolina nażarła się piankami i cukierkami, które leżały w misach jako poczęstunek. No skoro już wydałam tyle euro, to zeżrę wszystkie. (Dom i jednocześnie biuro architekta wybudowano w altach 1935-36 w stylu modernistycznym. Taka ciekawostka, to Alvar Allato z żoną zaprojektowali większość mebli, które obecnie sprzedaje IKEA. Więc jeśli macie coś w domu z IKEI, to na 90% zostało zaprojektowane przez nich.) Następnie miało miejsce wcześniej zaplanowane spotkanie z bratem-znajomego mojego taty z pracy – który ma żonę finkę i od ponad dwudziestu lat mieszka w Finlandii. Także fajnie było spotkać się z kimś z Polski w obcym kraju. Małżeństwo było jakieś dziesięć lat starsze od moich rodziców, ale bardzo sympatycznie się z nimi rozmawiało. Pan Mirek trochę kaleczył język polski, bo przestawił się już na Fiński, ale jego żona bardzo dobrze mówiła po angielsku. Zabrali nas swoim samochodem do muzeum w Domu Prezydenta Urho Kekkonena. Budynek – Villa Tamminiemi – ma dołączoną najdroższą saunę na świecie – o ile dobrze pamiętam jakieś 1500 euro za wieczór, ale chyba pomyliłam.

(NA: Villa wybudowana w 1903 roku, w stylu Art Nouveau, wnętrze utrzymane w wystroju na lata 60 i 70) Miałyśmy tam najfajniejszego przewodnika, który bardzo się przejął tym, że jesteśmy z polski i starał się mówić wyraźnie oraz opowiadać o sprawach fińskich-polskich, które by nas zainteresowały. Po skromnym lunchu w kawiarni – Karolina zjadła fińskiego pieroga karelskiego tzw. karjalanpiirakat. Ja zadowoliłam się szwedzką, zawijaną, bułeczką cynamonową. Wracając z powrotem autem pana Mirka, zobaczyłam z okna Pomnik Sibeliusa – te wielkie organy w parku dzielnicy Töölö. Pod hotelem wymieniliśmy się prezentami – my dostałyśmy fińskie czekolady, a podarowałyśmy polską żubrówkę, zakupioną na lotnisku. Wieczorem znowu wybrałyśmy się do  Linnanmäki.

 

W poniedziałek spakowane wsiadłyśmy do tramwaju i zrobiłyśmy sobie przesiadkę w dzielnicy Kalio, bo potrzebowałam wymienić koszulkę na inny rozmiar w sklepie Papy Valo. Miałam kilka minut do przybycia następnego tramwaju, więc zostawiłam Karolinę z walizka i naszym wielkim plecakiem, a sama pobiegłam wzdłuż ulicy. Także wpadłam do sklepu zdyszana, a Pan Valo zaczął się ze mnie śmiać. Wyjaśniłam mu mój problem i to, że dziś wracamy do Polski. A on z uśmiechem na twarzy wymienił mi koszulkę i życzył bezpiecznej podróży oraz szybkiego powrotu do Helsinek. Już bez większych przeszkód dotarłyśmy do Kamppi, gdzie Karolina zrobiła dla mnie kilka zdjęć Tavastia.

Ja za bardzo się wstydziłam wyciągać aparat w obecności tylu ludzi czekających w kolejce. Potem znowu błądziłyśmy po samym dworcu, ale w koniec końców wsiadłyśmy do OnniBusa i wróciłyśmy szczęśliwie do Turku. Udało nam się siąść w autobusie piętrowym na górze przed samą szybą.

Ostatnia przygoda, jaka na mnie czekała, to bieganie po Turku i szukanie kogoś, kto sprzeda mi znaczek pocztowy. Wcale nie było to takie proste jak się wydawało. Karolina czekała na mnie z walizkami w McDonaldzie, a ja biegałam to tu, to tam. Najpierw przez godzinę szukałam znaczka. A potem przez godzinę szukałam skrzynek pocztowych. Gdy w końcu je znalazłam, nie byłam pewna czy wyrzucić pocztówkę do niebieskiej czy pomarańczowej. Finowie powinni pokusić się o napisy po angielsku! Suma summarum moja pocztówka trafiła w ręce adresatki następnego dnia rano. Więc chyba mają Ghost Ridera w Poczcie Fińskiej, bo nie ma innego wyjaśnienia, chyba że teleportacja też wchodzi w grę.

Na lotnisku byłyśmy już koło 20 wieczorem mimo, że wylot był o 21:55, a o 22:20 miałyśmy być już w Polsce czasu Polskiego. Dopiero wtedy dotarło do nas jak bardzo małe jest lotnisko w Turku. Nie było żadnych sklepów oprócz dwóch kawiarni, do tego tylko jedna była czynna tak późno. Po odprawie biletowej miałyśmy do dyspozycji tylko automaty z przekąskami i napojami. Po czym razem z wszystkimi pasażerami naszego lotu ściskaliśmy się w małej poczekalni. Lot wydawał się jeszcze krótszy niż poprzedni. Ja spędziłam go obok starszych pań z Rosji, które uczyły się polskiego. Od czasu do czasu czytałam im jakieś słówko, a one bardzo się śmiały z tego jak brzmiało. Rodzice odebrali nas z Gdańska i koło czwartej rano byłam już w domu.

Później musiałam opowiadać wszystkim po kolei jak było: babciom i dziadkom, wszystkim koleżankom, dlatego mam wrażenie, że opowiadam to setny raz. Jestem bardzo zadowolona, choć przez cały pobyt w Finlandii strasznie się stresowałam. Był to pierwszy raz, kiedy sama musiałam wszystko zorganizować, więc była mała presja. Przyłapywałam się też czasami na sytuacjach, gdy trzymałam telefon z mapą w ręce, a z paniką macałam się po kieszeniach, będąc pewną, że go zgubiłam. Tiaaa… Blondynka. Mam nadzieję, że kiedyś znowu uda się tam wybrać. Na razie mam w planach oglądanie zorzy polarnych, więc jeszcze nie wiem czy Laponia czy Norwegia 😀

Tekst: Sara (Szarratu)

POZDRAWIAMY KAROLINĘ 🙂


Kochani! Taki wniosek wyciągam z waszych opowieści i zasłyszanych oraz zapisanych 😛

MUSIMY CHYBA POJECHAĆ WSZYSCY RAZEM DO „RIFFU” I ZROBIĆ TAM POPIJAWĘ 😀 Bo ja tak słucham o tych waszych problemach z nieśmiałością, introwertyzmem to aż chcę mi się was tam wszystkich opić i dobrze się bawić. Pamiętajcie – raz się żyje 😀

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

Ps. możemy też wszyscy razem pójść się nażreć pianek i cukierków za 18 euro 😛