That’s The Christmas Spirit! :)

Hello Sweethearts!

Ja tylko na chwilę, żeby życzyć wam Spokojnych Świąt w gronie rodziny oraz przyjaciół.

Nie ważne gdzie jesteście, nie ważne kim jesteście i nie ważne z kim je spędzacie, życzę wszystkim Wesołych Świąt! 😀

🎄😊🎄🎁 Dodam jeszcze, że mam przecieki od „reniferzy” Świętego, więc wiem, kto z was był 😇 a kto 😈 (wszyyystko mi wypeplały huehuehue 🤘)

Betty Bombka zdradziła mi także, który z chłopaków z HIM był grzeczny a który dostanie rózgę 😀

Poza tym, śniegu nie ma ale też jest zajeb..ście 😀

MERRY CHRISTMAS EVERYONE!

Tymczasem pan Valo, po ostatnim koncercie w Londynie, postanowił zostać jeszcze przez pewien czas w mieście i zapewne zrobić jakieś świąteczne zakupy 🙂

„Ja i mój brat dajemy sobie na Święta tylko coś małego, a moja mama daje mi skarpetki” – mówi – „To praktycznie nie rozbija twojego banku, a ja jestem zadowolony z każdego prezentu – nieważne co to może być. Prezent reprezentuje osobę, która cię obdarowała. Nawet jeśli jest to stosunkowo nieprzydatna rzecz, to cały czas będzie mi ona przypominała osobę, która mi ją dała. W każdym razie, ludzie mówią że i tak lepiej jest dawać niż otrzymywać.”

Co dziwniejsze (bo niektórym mogłoby się wydawać i wydaje się, że Ville i HIM nosi piętno satanizmu czy innych pierdół – C.N.), sam Ville nie jest przeciwny idei chodzenia do Kościoła, choć ma na to nieco inne, nietradycyjne podejście:

„Dla wielu ludzi chodzenie do Kościoła ma bardziej znaczenie rodzinne niż religijne i myślę, że to bardzo miłe. Ostatecznie, to przecież 30 minut siedzenia w jakimś miejscu i jeśli jesteś dostatecznie przebiegły, możesz podczas tego słuchać na swoim Ipadzie coś w stylu Deicide, kiedy tam jesteś. W ten sposób twoja mama będzie szczęśliwa, ty także będziesz szczęśliwy, bo potajemnie niszczysz to wszystko używając do tego celu Deicide.”

Źródło: Teamrock.com

Dobra, to kto się teraz wybiera na Pasterkę z Deicide w słuchawkach? XD

A kiedy rodzinne Święta już miną, to wtedy życzę wam spędzenia dalszego ciągu Świąąąt w iście rockowym styluu – Pamiętajcie —> Christmas „Spirit” musi być 😀 (tylko nie przesadzajcie XD)

A odliczanie do Helldone trwa…!

Take Care Sweethearts And Have A Nice Christmas!

Bye, Bye Love – Farewell Tour 2017 w Londynie

Cześć Kochani!

Jak wam mówiłam, ja na szarym końcu udałam się na koncert w Londynie. Chcecie wiedzieć jak było? Poniżej parę słów, a jeszcze poniżej wideorelacja 😀 Jednak zanim się za nią weźmiecie:

-Jeśli jesteś przeciwnikiem nagrywania na koncertach – NIE OGLĄDAJ.

-Jeśli jesteś przeciwnikiem mojego ryja – NIE OGLĄDAJ XD Bo się tam pojawiam 😛 A nie jestem ani Angeliną Jolie ani Scarlett Johansson 😀

 


Bye, Bye Love

Znowu zacznę od tego samego —> Jak mi się nie chciało tam jechać XD Naprawdę… Mokro, bo deszcz padał cały dzień (można by się pokusić o stwierdzenie, że Anglia płacze bo HIM kończy karierę.. Phiiii… 😀 ), zimno, no i oczywiście wiatr biednemu w oczy, czyli mnie, tak piz… wiał, że ledwo widziałam w którą stronę iść. Nauczona doświadczeniem –> nie próbuj nawet zrobić jakiejkolwiek fryzury i zapomnij o dotarciu w makijażu bez rozmazania się (tak… dokładnie tak traktuje mnie Londyn za każdym razem, kiedy wybieram się na ważną imprezę :D) to wszystko postanowiłam zrobić już w hotelu.

Także Londyn noo… Mokro, szaro i ponuro. Ale podobnie jak w przypadku wyjazdu do Helsinek, słowo się rzekło, bilety się kupiło. Od razu wzięłam taksówkę ze względu na pogodę, choć zazwyczaj uwielbiam spacerować po Londynie. Kiedy dotarłam do hotelu, zostało mi sporo czasu, jednak gdy już się przebrałam i poprawiłam makijaż, to nie mogłam usiedzieć w miejscu. Musiałam pospacerować po Camden, z którym mam bardzo miłe wspomnienia odnośnie poprzednich koncertów. No i ci ludzie tutaj! Nie można się na nich napatrzeć… Jak piękni potrafią być!

Idąc w deszczu przez Camden zostaję zaczepiona przez jednego konika tuż przy metrze, następny zaczepia mnie tuż przy klubie Roundhouse, gdzie kolejka przybiera rozmiar astronomiczny. Ale mnie to nie obchodzi 😀 Bo ja mam numerowany bilet, więc mogę wejść nawet ostatnia 😛 Dlatego mijam kolejkę i wyszukuję fanów HIM pośród przechodniów, a kiedy mi się to nudzi idę na kawę i frytki do Pakistańczyków 😀 Ale tu, znowu nie mogę usiedzieć, więc ostatecznie uderzam do kolejki, która tymczasem się podwoiła.

No więc – cierpliwości, powtarzam sobie, a w duchu klnę na wszystkie znane mi świętości po kiego grzyba ja stoję w tym zimnie 😀 Odpowiedź jest prosta, bo MUSZE tu być i kropka 🙂

Przy wejściu sprawdzają mi torbę. No i osobista kontrola, rozłożyłam więc ręce jak samolocik i dałam się opikać czy nie wnoszę nic nielegalnego. Ot, znak naszych czasów… Następnie kupuję piwo, do merchu się nie dostanę więc sobie daruję i idę na swoje miejsce.

Kiedy kupowałam bilet myślałam, że pewnie będę mieć jakieś totalnie złe miejsce, za filarem itp. Jako iż bilet kupowałam w ciemno, byleby tylko jakiś był 😀 Okazało się, że miejsce nad wyraz mi pasowało. Widziałam wyraźnie scenę, mogłam popijać piwo i obserwować… Ludzie byli naprawdę świetni – ubrani w HIMowe rzeczy, wszędzie Heartagramy, kolorowe włosy i przepiękna różnorodność osobowości połączona muzyką. Pamiętam jednego chłopaka w świetnym płaszczu z ogromnym Heartagramem na plecach, w spodniach z Heartagramem na lewej nogawce i w dodatku był w świetnym kapeluszu. Chciałam zrobić parę zdjęć, ale generalnie to byłam chora i zmęczona, więc wizja siedzenia na moim miejscu i popijania piwka była znacznie bardziej kusząca niż polowanie na fanów 😀

Ponieważ byłam sama, stworzyłam sobie towarzysza 😀 Możecie zobaczyć Heartagramika na filmiku, trochę rozmyty, bo nie wziął wiadomojakiejtabletki 😛

Kiedy na scenę weszli The Biters świetnie się bawiłam 😀 Lubię takie klimaty amerykańskiego rocka, gdzie można pośpiewać, potańczyć i się napić 😛 O tym zespole zostało już powiedziane wszystko – są dobrzy ale nie są wyjątkowi, wiedzą że ludzie przyszli dla HIM a nie dla nich, choć to nie przeszkadza im robić swego i widać, że chcą być na tej scenie i lubią tam być. Gdybym była w pierwszym rzędzie to pewnie bym skakała z nimi 😀

Po przerwie, na scenę wchodzą gwiazdy wieczoru – wszyscy razem, nie jak zazwyczaj Książe Valczak na samym końcu.

Kiedy zaczynają się pierwsze nuty, o dziwo, zaczynam śpiewać XD Ta ekscytacja utrzymała się krótko, lecz „Heartache Every Moment” prześpiewałam całe. Potem już coś pod nosem nuciłam, mając totalnie polew z „DancingNóżki” Valosa XD Tak się z tego śmiałam, że nie zauważyłam nawet, jak tłum ludzi rozkręcił się na maksa.

Pomijam kwestię śpiewu pana Villeła, było dobrze, bez wpadek lecz bez rewelacji, myślę że tak samo jak w Warszawie, no ale… Do Warszawy to było daleko… Widownia się bawiła, śpiewała jednak… nikt nic nie rzucał na scenę, nie było podziękowań, żadnego transparentu tylko jedna, smętna flaga gdzieś na płycie. Panowie grali taśmowo, piosenka za piosenką, praktycznie nie przerywając na żadne pogadanki. W pewnym momencie pan Villeł „DancingNóżka” Valczak zszedł ze sceny i zniknął na backstage’u – i tu wersje są dwie:

-że poszedł na fajkę XD,

-że poszedł siku XD.

Obie równie naprawdę interesujące i zabawne 😛

Zauważyłam jedynie jeden samotny jakiś prezencik świąteczny dla Valosa, podziękował i również życzył wesołych świąt, potem dodał, że jeszcze jedna piosenką i się stąd wynoszą. Na sam koniec pan Diva, ciepnął mikrofonem i chłopcy zeszli ze sceny. Trochę to trwało nim wyszli na bisa, ale gdyby tego nie zrobili to obawiam się, że Roundhous zostałby rozniesiony, gdyż tupanie fanów, mające na celu ich ponowne wywołanie, rozniosłoby klub. A ja osobiście zatłukłabym ich obcasem (nie miałam trampków :D) gdyby nie wyszli na bisa.

Generalnie koncert był dobry ale bez szału. Porcięta mi z wrażenia nie spadły, serce mi się nie roztopiło, świat nie zadrżał, a dusza moja nie rozpadła się z rozpaczy. Podczas koncertu dopadła mnie nawet senność, dlatego znów cieszyłam się ze swojego miejsca 🙂 Czy koncert był wart mojego przytaszczenia się tam? Hm… Nie straciłabym dużo, gdyby mnie tam nie było, ale dla swojego spokoju jednak cieszę się, że byłam oraz widziałam i słuchałam.

Kiedy wychodziłam z klubu, natknęłam się na chłopaków z The Biters. Nie wiedzieć czemu, nie zrobiłam sobie z nimi fotki (ojagłupiadotejporysiębijęwpierść :C), bo również chętnie postawiłabym im po drinku, fajne chłopaki są (byli akurat przy barze :P).

Opatulona skierowałam się w stronę hotelu, ale moje długie nogi samoistnie skręciły jednak w stronę backstage’u… No więc stoję… Czekam… Mija 15 minut… Szybko stwierdziłam, że nie warto. Poświęciłam im już dużo czasu, więcej nie potrzebuję go marnować stojąc w zimnie, bo i tak pewnie nie wyjdą, a pan Diva to już przecież oczywista oczywistość. Zawróciłam i poszłam do hotelu. Jak się potem okazało całkiem słusznie, bo czytałam że chłopcy tylko minęli czekających na nich fanów, wyjeżdżając z klubu samochodem…

Następnego dnia Londek przywitał mnie świecącym słoneczkiem. Świat się nie skończył, bo HIM kończy karierę. Nic się nie stało, nic się nie zmieniło.

Poszłam na spacer w piękne miejsce, które możecie zobaczyć  w wideo relacji. To było idealne zakończenie.

Moja relacja z HIM jest taka sama jak z Londynem – miłość/nienawiść. Jeśli oczekujecie peanów na ich cześć, to nie do końca trafiliście w dobre miejsce, ale musicie wiedzieć, że jeśli zajdzie potrzeba to pochwał im skąpić nie będę 😀

I tym samym skończyła się moja przygoda kiedy spacerowałam w Regent’s Park, prowadząc wyimaginowaną rozmowę z Thomasem Hiddlestonem, którego to chciałabym spotkać sto razy bardziej niż szanownego pana Paciuloka „DancingNóżkę”, a wtajemniczeni wiedzą, że Tomasz właśnie po tym parku od czasu do czasu biega lub chodzi na spacer ze swoim szczeniakiem 😀

 

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!


A jeśli chcecie porównać sobie koncert z tym w Warszawie zapraszam na zakładkę z relacjami o tutaj:

HIM w Polsce – Farewell Tour 2017

 

 

The sacrament is ALL OF you – relacja z koncertu w Zurychu

Hello Sweethearts 🙂 Komu zimno? XD

Wiecie jak to się mówi –> Psy szczekają, karawana idzie dalej 😀

I tak samo idzie pan Valczak wraz z kolegami, koncert za koncertem, aż do tego ostatniego…

 

Na przystawkę serwuję wam dzisiaj nieznany wywiad, w którym pan Valo wypowiada się o modzie 😀 I nie, nie tylko w stylu – a biorę se czarną koszulkę, jakieś tam spodnie i zarzucam marynarką XD Aha.. no i dodatkowo ubieram się w urok osobisty 😛

Posłuchajcie sami (wywiad po angielsku z niemieckimi napisami)

Zaś na danie główne —> leci relacja z koncertu w Zurychu (jeszcze ciepła 😀 no prawieeee…:P)


« The sacrament is ALL OF you »

HIM  w Zurychu

Oczekiwanie na ten koncert było dla mnie bardzo szczególne. Bilety kupiłam już pierwszego dnia sprzedaży, a że mieszkam we wschodnio-centralnej Francji, to najbliżej miałam na koncert w Zurychu. Dziewięć miesięcy ambiwalentnych uczuć, takich jak radość, smutek, złość, rozczarowanie i nadzieja. Dziewięć miesięcy życia fana na kolejce górskiej. 😀 Jechałam więc na ten koncert trochę niepewna: W jakim humorze będzie Ville? No i jak tam z głosem? Świetny występ w Warszawie i entuzjazm naszych poValonek nastawiły mnie jednak bardzo pozytywnie. Początek koncertu zaplanowano na dwudziestą, otwarcie bramek na dziewiętnastą. Mój ukochany i ja do Zurychu dotarliśmy przed szesnastą. Byłam poddenerwowana i popędzałam go trochę, podczas gdy on krążył, szukając parkingu blisko klubu X-TRA:
Kurczę, Gillou, ja chcę stać z przodu. Już jest czwarta, pewnie już zebrał się tłum ludzi!”.
A zależało mi, żeby być w pierwszym rzędzie, bo na ten koncert przygotowałam specjalny różowy kaszkiet, który zamierzałam rzucić na scenę. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że przed klubem o czwartej było tylko kilka osób! Zajęłam swoje miejsce i powiedziałam stanowczo, że już się stąd nie ruszam.
Kolejka wydłużała się bardzo powoli, ale skutecznie. Ochrona otworzyła bramki punktualnie.
Gillou i ja szybko udaliśmy się do szatni, która okazała się płatna, a nie mieliśmy gotówki, tylko karty… więc klops. Trzeba było jakoś przeżyć ten koncert z jedną kurtką kompletnie sprasowaną w małym plecaku, a drugą między nogami. Jeszcze tylko toaleta i szybciutko po schodach na górę.
O pierwszym rzędzie mogłam sobie pomarzyć! Udało mi się stanąć w czwartym. Nie byłam pewna, czy  kaszkiet doleci na scenę. Koniec końców zrezygnowałam. Mówi się trudno.

Na rozgrzewkę wszedł “The Biters”. Został przyjęty bardzo entuzjastycznie. Wokalista okazał się zabawnym gadułą. Zachęcał ludzi do klaskania i wymachiwania rękami na różne sposoby. Komplementował dziewczyny stojące z przodu, zagadywał też do bardziej oddalonej publiki. Ich około godzinny występ był połączeniem nieco przerysowanego scenicznego aktorstwa z popisami gitarowymi. Słuchało się tego dobrze, ale trochę jak godzinnego jednego utworu. Na pierwszy odsłuch piosenki wydawały mi się bardzo do siebie podobne, nie miały w sobie nic charakterystycznego. Chłopaki są, jak na mój gust, za bardzo wystylizowani i za bardzo chcą udowodnić, że są totalnie rock’n rollowi. Ich żywiołowy występ pozwolił jednak trochę rozładować narastające napięcie.

Nareszcie nadszedł tak długo wyczekiwany moment! Weszli ONI. Valo na końcu, jak ma to w zwyczaju. Nagle poczułam, że tłum wokół mnie się zacieśnia i jego parcie przesunęło mnie delikatnie w prawo. Bycie ściśniętą jak sardynka w puszce nie przeszkodziło mi jednak zauważyć, że od pierwszych chwil koncertu Ville tryskał doskonałym humorem. Rozkosznie było patrzeć na jego uśmiechy, posyłane w stronę publiki gesty, spojrzenia i żarty, a to wszystko z “taką pewną nieśmiałością”. 😀 Cały koncert Ville był czarujący i był też czarusiem.           W pewnym momencie miałam wrażenie, że zauważył mój różowy kaszkiet i napis na daszku (który był swego rodzaju mrugnięciem oka w stronę naszych poValonek i ich transparentu z Warszawy 🙂 ), i że uśmiechnął się do mnie, nawet kilka razy, ale wiecie, jak to jest… każdemu się wydaje, ze wokalista patrzy właśnie na niego. Fajnie jest mieć to przekonanie, ale prawdy się nie dowiemy.

Pomyślałam, że może podaruję Valo ten kaszkiet przez jego tatę, kiedy przyszłego lata zawitam ponownie w Helsinkach i zajdę do sex-shopu, ale mam jeszcze czas, by o tym zadecydować.

 

Ville żartował też trochę z każdym z chłopaków. Między innymi zwrócił się w stronę Mige podczas śpiewania „Wicked Game“, tak jakby adresował słowa tej piosenki do niego. 😀 Swoją drogą basista tego wieczora także był rozbrajający, w kapeluszu à la Włóczykij z „Muminków“. 😀 Linde był bardzo dyskretny, ale raz żartobliwym gestem poprosił publiczność o większy aplauz po jednej ze swoich  solówek. Burton natomiast żegnał się z fanami dłużej niż zwykł to robić przed tą trasą. Zatrzymał się na środku sceny, ukłonił się i pomachał. Ja w każdym razie wyczułam w jego zachowaniu jakąś odświętność, pragnienie zaakcentowania, że to już ostatni raz.

A jeśli wspominamy o prezentach, to z publiki poleciała w stronę Valo malutka książeczka, która przykuła jego uwagę, bo ją chwilę przekartkował i podziękował za nią. Na scenie znalazło się też coś, co z daleka przypominało mokrą pieluchę :D, a co z pewnością było zawiniątkiem z jakimś skarbem w środku. Reakcję Valo na ten tajemniczy prezent możecie zobaczyć na zarejestrowanym przez Gillou filmiku.

 

 

Wiem, że Cat zastanawiała się, jaka będzie szwajcarska publiczność. Muszę powiedzieć, że fani bawili się świetnie i byli bardzo reaktywni. Przynajmniej ci z przodu. Pojawiła się fińska flaga, może też dlatego, że 6 grudnia, w dzień koncertu, Finlandia świętowała stulecie swojej niepodległości. Zdarzył się także mały incydent. W pewnym momencie dziewczyna tuż za mną krzyknęła: „You are fucking asshole!“ Może jest niezadowolona, że zespół się rozpadł. 😀 Valo powiedział tylko, że to bardzo nieładne wyzywać tak ludzi i pogroził jej palcem.

 

Co do nagrywania i robienia zdjęć telefonami, na który to temat rozgorzała tu na blogu dyskusja, to owszem, ludzie ich używali, ale miałam wrażenie, że z tym nie przesadzali. Ja sama chciałam przede wszystkim być Tu i Teraz, a nie uczestniczyć w koncercie przez ekran telefonu. Zrobiłam więc jedynie kilka zdjęć, a Gillou nagrywał fragmenty utworów, kiedy tylko mógł wyciągnąć ręce, „ściśnięty pomiędzy blondynką i brunetką“, jak podsumował swoją niewygodną pozycję. 😀 Nasze zdjęcia są marnej jakości, ale dzielę się z Wami tym, co mam. 🙂

 

 

Miałam wrażenie, że prawie dwugodzinny koncert minął w pięć minut. Nie przejmowałam się tym, że – jak to zwykle z przodu – głos Ville zagłuszony był instrumentami i że często trudno mi było delektować się niuansami w utworach. Najważniejsze, że czułam tę jego niesamowitą energię i mogłam jej troszkę zaczerpnąć. Nie wiem, jak niektórzy z Was to robią, że pamiętają kolejność utworów. 😀 Osobiście mogę wyszczególnić jakie utwory grali, ale kolejności już nie. Zapamiętam kapitalną solówkę Burtona (Zabijcie mnie, ale nie mam pojęcia, w której piosence!), zabawy wokalne Ville i zmianę w tekście „The Sacrament“, bo w pewnym momencie zaśpiewał „The Sacrament is ALL OF you“. Taki mały gest w stronę fanów 🙂

Oczywiście nietrudno było zauważyć, że Ville momentami nie wyciąga góry, więc maskuje to krzykiem, a jego głos nie ma już tej barwy i głębi, jakie miał dwadzieścia czy choćby dziesięć lat temu, ale dla mnie to są tylko szczegóły. Porwała mnie alchemia zaistniała między fanami a zespołem. Na pewno nie zapomnę tego uśmiechu Ville, który zdawał się mówić: “Kurczę, jak one krzyczą! To naprawdę z mojego powodu?“ 😀

 

 

Tekst i zdjęcia: Ewa Włodarczyk

Dzisiaj panowie grają w Luksemburgu. Został już  nieco ponad tydzień do zakończenia tej części trasy. Następny etap, będzie tym końcowym —> koncerty Helldone!

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

Bardziej lub mniej obiecane relacje z Hamburga :)

Cześć 😀
Ja widzę, że się tu rozpisaliście – ładnie, ładnie 🙂 Można by rzec, że lecicie jak burza 😀
Dzisiaj zapodaję relację z Hamburga – a w tym samym momencie jedna z naszych PoValonek udaje się właśnie na koncert do Zurychu (lub już nawet jest w środku) – jeśli ktoś zobaczy różowy to zapewne to ona 😀 Udanej zabawy i czekamy na słów parę o tym jak było 🙂
W sumie jestem ciekawa – Szwajcarzy to chyba nie ten typ narodu co by szalał na rockowych koncertach… Ale mogę się mylić hm…. Poczekamy, zobaczymy 😀

Hamburg,Docks  29.11.2017 ,środa HIM- dzień pierwszy
Na miejsce dotarłam stosunkowo późno, ok 17:00.Przed klubem stał już pokaźny tłum zmarzniętych fanów.Spodziewałam się,że o tej porze będzie już znacznie więcej ludzi i będę gdzieś na szarym końcu, ale do owego końca było mi jednak daleko.Można powiedzieć, że trochę sobie odpuściłam ten koncert. Jeszcze nie doszłam do siebie po poniedziałkowym koncercie Stone Sour, a wiedziałam, że będę miała drugą szansę na lepsze miejsce na drugi dzień.
Jedna dziewczyna rozdawała fioletowe balony z czarnym logiem HIM, miały zostać nadmuchane i puszczone w czasie koncertu. Miała ich cały worek …ale do tego jeszcze wrócę.
W środku przeżyłam bardzo miłe zaskoczenie. Część osób rozlokowała się przy barze i na siedzeniach po bokach, tak więc zajęłam sobie miejsce w 4 rzędzie, może metr od środka sceny. Ludzie przede mną byli odpowiedniego wzrostu by mi nie zasłaniać ( scena w Docks jest bardzo wysoka). Jak się później okazało było to wprost idealne miejsce, którego nie zamieniłabym na żadne inne.
Punktualnie o 20 na scenę wyszedł support. Jesus. Fucking. Christ… Miałam wrażenie, że oglądam pierwszy lepszy szkolny band. Jak dla mnie byli okropni. I nie chodzi mi tu tylko o ich fryzury. Słuchając bezczelnego dowcipkowania frontmana można by się pomylić i pomyśleć, że ma się przed sobą prawdziwą gwiazdę z ugruntowana pozycją na rynku. A to, że przypominał mi brzydszą, bezbarwną kopię Ville jeszcze pogarszała jego ocenę w moich oczach. Może się czepiam. Nie wiem. Nie podobali mi się. Nie moje klimaty i tyle.

Było dobrze po 21 gdy wśród okrzyków i pisków nasi chłopcy weszli na scenę. Kiedy pojawił się Ville publiczność należała wyłącznie do niego. Ledwo wszedł już nas czarował i hipnotyzował tym seksownym powłóczystym spojrzeniem. Zalała mnie fala gorąca.Ville nie jest w moim typie, ale z jakiegoś powodu jest w mojej top  3 najseksowniejszych stworzeń. Choć czasy szczenięcej miłości dawno mam za sobą, moje serce zatrzepotało. Jestem ciekawa ile z Was, z osób, które szły na koncert bez większego entuzjazmu poczuły się jak rażone piorunem, kiedy Książę wszedł na scenę z tym swoim tajemniczym uśmieszkiem.
Wyglądał świetnie. To był ten sam Ville, którego niemal 10 lat temu dwukrotnie widziałam dokładnie na tej samej scenie. Ku mej ogromnej radości nie miał na głowie tego obrzydłego ustrojstwa, które przez długi czas zdawało się być zrośnięte z jego głową. Miał zwykłą czarną czapkę spod której wyłaniały się niesforne loki. Do tego kubrak, bardzo obcisłe portki uwydatniające jego chudość i fajne ciężkie buty. Prezentował się piekielnie dobrze.
Zaczęli standardowo od Buried Alive By Love. Jest to piosenka, którą kocham. Jest to piosenka, którą już dawno powinni wyrzucić z setlisty razem z Soul on fire. Nie pojmuję dlaczego Ville tak się katuje. Po jego minie widać, że nie jest zadowolony z dźwięków, które wydobywają się z jego gardła. Nie daje już rady przy tych utworach i doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Przecież ma uszy. Ja sama nie potrafię powstrzymać grymasu, kiedy atakuje dźwięki, które są poza jego zasięgiem. Zazwyczaj kończy się to serią karykaturalnych udziwnień, za które mogłabym skopać tę jego chudą dupę. Swoją drogą jego Pani mogłaby go trochę podkarmić…
Na drugim utworze – Heartache Every Moment udało mi się naprawić swój „błąd” sprzed niemal 10 lat. Otóż na koncercie w 2008 Ville zatrzymał na mnie swój hipnotyzujący wzrok i posłał mi jeden ze swoich pięknych uśmiechów. Przechodziłam wówczas dziwny okres w życiu i… zamordowałam go wrednym spojrzeniem – a możecie mi wierzyć, że bazyliszek to przy mnie pikuś.
10 lat później sytuacja się powtórzyła, tym jednak razem odwzajemniłam uśmiech, mało tego, uśmiechnęłam się najpiękniej jak potrafiłam.

Jeśli byliście na koncercie HIMa i mieliście szczęście spotkać wzrokiem spojrzenie Ville to znacie to uczucie. Wiecie, że kiedy Ville Valo na Ciebie patrzy to patrzy NA CIEBIE. Prosto w oczy, jakby w nich tonął, jakby zaglądał w duszę.
W międzyczasie okazało się, że głowa chłopaka obok mnie zasłania mi Linde. Żeby go zobaczyć musiałam się nieznacznie wychylić. Mimo to nadal twierdzę, że miałam najlepsze miejsce ;o)
Na widowni były przynajmniej dwie Finki. Jedna z nich zawołała coś po fińsku,Ville jej odpowiedział i…zaczął śpiewać happy b-day po fińsku, gdy skończył powiedział do tej drugiej – „To było specjalnie dla ciebie sweetheart”
Mówił coś jeszcze, ale bez bicia przyznaję,że zawsze bardzo mało go rozumiem na koncertach, kwestia nagłośnienia i akustyki w połączeniu z jego niskim, mruczącym  głosem. Śmiał się, więc można założyć, że było to coś zabawnego ;o)
Gdy światło na chwilę zgasło skurczyłam się i zaczęłam nadmuchiwać balon, który dostałam w kolejce. Puściłam go, chwilę później dołączył do niego drugi balon… i to by było na tyle jeśli chodzi o balony. Z całego worka tylko dwa dryfowały w powietrzu. Inni zapewne uznali, że to niezła suwenira i zostawili je bezpieczne w swoich kieszeniach.W pewnym momencie jeden z balonów doleciał na scenę, Ville go podniósł i pokazał chłopakom, po czym odłożył do reszty skarbów rzuconych na scenę.
Było standardowe dowcipkowanie z Mige i dokuczanie Lindemu (yyy to się odmienia? ) i Burtonowi. Było migowe narzekanie na odsłuch. Było wszystko. W kilku zwięzłych zdaniach Ville podziękował za przybycie i w następnej chwili już ich nie było.
Podsumowując koncert był dobry, bardzo dobry. Jedynym rozczarowaniem dla mnie był bis. Nie wiem czy to kwestia drętwej niemieckiej publiczności (Niemiecka publiczność ma  opinię drętwych drewnianych kloców w światku muzycznym , nie chodzi tu o żadne moje uprzedzenia),czy po prostu uznali, że mają jeszcze jutrzejszy dzień? Zagrali tylko „Rebel Yell”. A ja tak bardzo liczyłam na moje ukochane „When Love And Death Embrace” ;o((
Pomachali, zeszli ze sceny i … rozbłysły okrutne światła odbierając nadzieję na ciąg dalszy.
Hamburg,Docks 30.11.2017 czwartek, HIM – dzień drugi
Obawiałam się, że tym razem ludzie zaczną się szybciej zbierać, żeby zająć lepsze miejsca – słyszałam to też w kolejce poprzednim razem. Chcąc nie chcąc, przyjechałam godzinę wcześniej, czyli o 16. Pod klubem przeżyłam mały szok – było tylko 10 osób (z czego przynajmniej 4 czekały od 11:00!!!) Było strasznie zimno. Uwielbiam zimę,ale znam ciekawsze i znacznie przyjemniejsze zajęcia niż kilkugodzinne stanie niemal bez ruchu na mrozie. Kiedy ludzie zaczęli się zbierać staliśmy tak blisko siebie jakby łączyła nas nie wiadomo jaka zażyłość, nikt jednak nawet nie pomyślał aby się odsunąć, wręcz przeciwnie : gdy nieznacznie zmieniłam pozycję dziewczyna stojąca przede mną odwróciła się i spojrzała na mnie z wyrzutem i zapytała czy nie wolałabym przytulić się do jej pleców ;o)
O 19:00 wpuszczono nas do środka.Mogłam bez problemu stanąć w pierwszym rzędzie, ale znam ten klub dość dobrze i wiem,że nie jest to najlepszy pomysł.Stanęłam więc w drugim rzędzie za dziewczyną, która miała max 150cm wzrostu ( nos biedaczki znajdował się dokładnie na wysokości włochatej smrodliwej pachy jej towarzyszki ). Widok miałam idealny, nieograniczony i nikt nie miażdżył mi klatki piersiowej barierkami. Nie mogło być lepiej. Kłamię. Mogło. Dzień wcześniej było.
Po pierwsze stałam nieco dalej od sceny, nie musiałam więc wysoko podnosić głowy by obserwować show, a po drugie jak powszechnie wiadomo Ville nie zaszczyca spojrzeniem pierwszych rzędów. Nie żeby mi na tym zależało, ale nie pogardziłabym jeszcze jednym jego uśmiechem. Cóż, tutaj mi to nie groziło.
(…)
Po którejś z piosenek Ville – ubrany dokładnie tak jak dzień wcześniej – zawędrował na tyły sceny i wykrzyknął nagle :”Who the fuck farted?!” i błądził oskarżycielskim wzrokiem od jednego do drugiego. Żaden z chłopaków nie przyznał się do popełnienia czynu.
Rozglądając się po zebranych widziałam ludzi w bardzo różnym wieku. Moją uwagę przyciągnęła kobieta na oko 60letnia, która bardzo obficie się pociła. Zerkałam na nią co jakiś czas z niepokojem. W którymś momencie ochroniarz chciał ją wyciągnąć, ale mówiła, że nic jej nie jest. Dali jej wody. Ville dostrzegł niewielkie zamieszanie jakie to wywołało i…zapytał straszą panią czy chce wody. Chciała. Co zrobił Książę? Poszedł po swoją upitą wodę i rzucił w nią.
Dosłownie.
Trafił ją we włosy, zrobił przy tym minę jak niesforny dzieciak, który niby wie, że źle postąpił, a jednocześnie nie może powstrzymać uśmieszku zadowolenia. W rezultacie kobietę jednak wyciągnięto z tłumu, ale cały czas mocno ściskała swoją wodę święconą od Hermaniego.(Żeby nie było…nie wynieśli jej przez to, że rzucił w nią butelką, powiedzmy, że zaledwie musnął jej włosy ;o) )
Miły gest prawda? Fanka źle się czuje, więc wokalista daje jej swoją wodę. Tiaaaa. Miły gest.

(Nie wiem jak wy ale ja mam ochotę mu tak zrobić – co za menda społeczna… Mój pomysł z bojkotem Valosa chyba nie jest taki chybiony…wrr…. -C.N)

Ville ta menda nie dałby jej nawet kropli wody gdyby nie była w wieku jego matki. Gdyby któraś z nas była na jej miejscu nawet by na nas nie spojrzał. To świetnie pokazuje jak się nami bawi. Nie mówię, że to źle, niech ma chłop trochę zabawy, czyż nie? Pamiętam jak na koncercie 10 lat temu ochroniarz wyłowił z tłumu dziewczynę, która ledwo żyła, ale wciąż rozpaczliwie wołała „Ville,Ville” A co zrobił Ville? Nic. Nawet na nią nie spojrzał.
Niskie dziewczę stojące przede mną rzuciło czapkę na sam brzeg sceny w chwili, w której akurat zgasły światła. Kiedy ponownie rozbłysły Ville zaczął śpiewać i stanął tam gdzie spędzał większość czasu, czyli na brzeżku sceny.(Gdyby się pochylił i wyciągnął rękę,osoby z pierwszego i być może nawet drugiego rzędu z powodzeniem dosięgnęłyby jego kończyny)Bezceremonialnie, nieświadomie zdeptał prezent. Odszedł kawałek i spostrzegł czapkę. Przez chwilę – jeśli uchwyciło się jego wzrok – można było czytać w jego twarzy. Najpierw uświadomił sobie, że to milutkie, mięciutkie coś co tak przyjemnie pieściło jego buciki to prezent od fana.Następnie dotarło do niego, że to podeptał, zbezcześcił. Dalej jego mina mówiła „Co zrobić z tym gównem? Zostawić i udawać,że niczego nie zauważyłem? Podnieść i podziękować?” Bił się z myślami do następnego refrenu. Ostatecznie podniósł czapkę dwoma palcami jakby bał się,że pobrudzi swoje cenne paluszki. (Trzeba było nie podeptać jej brudnymi buciorami!!! ) i rzucił ją koło perkusji. Średnio fajne…
 (Wiem, że pewnie zaraz zostanę zlinczowana – podtrzymuję jednak swoje zdanie, że ktoś powinien spuścić Łilemu porządny wpir…l, żeby się opamiętał, bo jak widać odleciał trochę za bardzo… -C.N)
Byłam na wielu koncertach i jeszcze nigdy nie widziałam, by ktoś tak pajacował z odsłuchem jak Ville. Te ciągłe znaki do techników, grymasy niezadowolenia sprawiają, że czasem odbieram go jak jakąś divę. A robi to na każdym koncercie, praktycznie po każdej piosence. To już jakby część choreografii.
Linde często odwracał się do wzmacniaczy i głośników, tak jakby mówił, że przecież i tak nikt nie zwraca na niego uwagi i może grać choćby plecami do nas. Nic bardziej mylnego. Patrzenie na niego, słuchanie gdy gra to czysta przyjemność.
Pod koniec Ville powiedział, że wszystko dobiega końca i oni są tego najlepszym przykładem. Ogólnie dużo mówił i śmiał się. Obserwując ich żarty i drobne przepychanki zastanawiałam się ile z tego jest prawdziwe, a ile to część wyreżyserowanego show?
Zagrali moje ukochane „Stigmata diaboli”, „Razorblade kiss” i „It`s all tears”. Byłam w siódmym niebie. Cieszyłam się, że setlista nie jest identyczna z wczorajszą.

Gdy rozbrzmiały pierwsze dźwieki bisowego ‚Rebel Yell” pomyślałam, że to nie może się tak skończyć… I nie zawiodłam się. Płynnie przeszli w „When love and death embrace”. Salę przebiegła fala pisków, a następnie szlochów, gdy polały się pierwsze długo powstrzymywane łzy. I moje oczy się spociły. Świadomość, że pewnie już nigdy nie zobaczę, nie usłyszę ich w takim składzie była wyjątkowo dołująca w połączeniu z granym właśnie utworem. Przecież zakończenie kariery jest w pewnym sensie śmiercią.
Tak jak poprzednio pomachali nam i już ich nie było. Światło rozbłysło ponownie zbyt wcześnie. Widząc te wszystkie zapłakane twarze, moje oczy automatycznie wilgotniały.
To był koniec.
Gdybym miała podsumować oba koncerty… mam brzydkie uczucie jakby wcześniejszy gig potraktowali po macoszemu. Jakby KTOŚ uznał, że nie muszą się tak produkować, mają jeszcze jeden koncert by pozostawić super wrażenie. Mam nadzieję, że tak nie było, że to po prostu samo tak wyszło. Nie każdy mógł być obecny na obu koncertach. Dla większości koncert 29.był jedynym. Ostatnim. Nie chcę powiedzieć, że tamten koncert był zły. Nie był! Był bardzo dobry. Ale ten ostatni był SUPER. Chłopcy zdawali się mieć wiele więcej frajdy z grania,Ville dużo więcej gaworzył i żartował.
Żałuję,że nie byłam na koncercie w Stodole…ale przynajmniej mogłam ich zobaczyć dwa razy. Tak się pocieszam…
HIM towarzyszył mi przez ostatnie 17 lat, dorosłam z nimi.W moim życiu zmieniło się właściwie wszystko w tym czasie i mogę szczerze powiedzieć,że byli i są jedynym stałym punktem w moim życiu. Nawet kiedy miałam przerwy, zawsze do nich wracałam. Przynosili mi ukojenie gdy go potrzebowałam. Osuszali łzy lub dawali pretekst by się wypłakać. Muzyki, którą nam dali nikt nam nie odbierze, uczuć, które w nas budzi także nie. Jest smutno, bo to koniec pewnego rozdziału również w naszym życiu, ale ten koniec nie musi oznaczać czegoś złego. Koniec jest zawsze początkiem czegoś innego, jakiejś innej podróży. Jeszcze nie dziś, jeszcze nie jutro…ale wiem,że znów nas w nią zabiorą, ale już nie razem jako zespół. Będę czekać. Gotowa do drogi.
Tekst: Camille de Winter

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

„… in Prrrraha!” – relacja z koncertu w Pradze

Dobry wieczór!

Warszawa – Warszawą ale trasa trwa nadal 🙂 Wiem, że niektórzy z was pojechali do Pragi albo i jeszcze gdzieś indziej. Ale dzisiaj mam dla was fajną relację  właśnie z Pragi. Koncert odbył się w sobotę a relację dla nas napisała nasza PoValonka – P(e)P(e) 😀

Czytajcie i „paczajcie” bo jest na co 😀

Ale zanim przejdziecie do tekstu – mam do was pytanie, które zadała Nancy w komentarzu pod poprzednim postem:

„Przeglądając stare zdjęcia i nagrania zauważyłam że tatuaż w kształcie serca zmienił się w późniejszym czasie. Teraz ma jakiś dopisek. Czy na zmianę tatuażu miało wpływ zerwanie kontaktów z Bamem? Jak to z tym tatuażem jest? Odpowiedzcie, bo wy Povalonki wiecie wszystko 😀”

Także tegoooo.. 😀 Odpowiadam – nie, my nie wiemy wszystkiego XD My to nie ruskie 😀 Ale nasza siła tkwi w grupie wsparcia huehue

Ten tatuaż to DILLIGRAF – „Do I Look Like I Give a Fuck?” Został zrobiony za czasów narzeczeństwa z Jonną. Ona podobno też go ma mieć, jak i Bam no i Kat Von D. Dodatkowo jest tam napis – typico romantico w stylu Valo XD

„When I love… I love”

Tyle wiem.

Jeśli ktoś z was wie więcej na ten temat proszony jest o podzielenie się wiedzą 😀


„… in Prrrraha!”

Wyjazd na koncert HIM do Pragi był dla mnie połączeniem pożytecznego z przyjemnym.

A więc intensywne zwiedzanie stolicy Czech już od piątku wieczór. Tak intensywne, że mniej więcej w czasie, kiedy na drugi dzień support HIM rozpoczynał swój występ, ja przemarznięta i przemęczona przycinałam komara w apartamencie, jakiś kilometr dalej.

Dobrze, że moi mężczyźni czuwali i po 20:30 zaczęli mnie intensywnie wybudzać, tak aby śpiąca królewna łaskawie zdążyła na koncert ulubionej kapeli. A więc o 20:55 dziarsko dodreptywałam– rychło w czas – do Forum Karlin, gdzie lada chwila słynni Finowie mieli zjawić się na scenie. O tak późnej porze nie ma co liczyć na dobre miejsce w tłumie na płycie, od razu więc wybrałam balkon.

Nie tracąc czasu na szatnię, z bananem radości na facjacie pobiegłam schodami do góry, gdzie w progu na widownię jakiś wysoki facet złapał mnie za twarz przycisnął do ściany i zabrał się…. No w każdym razie nie zabrał się, bo ja rozumiem, że lovemetal, ale nie przesadzajmy z tym love, nie będę się całować z obcymi facetami! Ciosem poniżej pewnego poziomu wynegocjowałam sobie wolność i czmychnęłam najdalej jak się da w balkonowy tłum. Skuliłam się gdzieś po lewej stronie, przy barierkach, i taką lekko zaszokowaną zastały mnie dźwięki pierwszego utworu – „Buried alive by love”.

(Pamiętajcie dziewczyny – Nikt Nie Ma Prawa Was Dotknąć Bez Waszej Zgody! Kop w jaja bez żadnych wyrzutów sumienia wrrrr… -C.N)

Zdecydowanie wolę muzyczne „Buried…” od doznanego chwilę wcześniej, w rzeczywistości. Napisałabym, że „Buried…” na dzień dobry rozgrzał tłum, gdyby to nie był koncert w Czechach – ich publiczność, albo bardzo ciężko i wolno się rozkręca, albo… albo właśnie tak się bawią, że polka przyzwyczajona do zdecydowanie mocniejszej, koncertowej żywiołowości zastanawia się… czy jednak się nie nudzą? I jeśli chodzi o publikę to tak przez cały koncert. Być może było lepiej w tłumie na płycie – zwłaszcza przód, pod sceną, wydawał się wiedzieć, gdzie jest i po co. Natomiast tyły i balkony….

Cóż, gdybym sama nie stała na balkonie pomyślałabym, że Ci ludzie to manekiny, atrapa. Wokalista więcej się natuptał nóżką na scenie, niż ludzie dookoła mnie. Ale pomijając kwestię trupio żywiołowej publiki – koncert był świetny. Stojąc wysoko bałam się o nagłośnienie, ale jednak okazało się być bardzo dobre. Ba – przy mocnych dźwiękach czułam to cudowne, koncertowe drżenie w posadach, przenoszące się od stóp do serducha. Po „Buried…” przyszedł czas na „Hearache Every Moment”, następny zaś był, chyba zawsze roztkliwiający najstarszych stażem fanów (czyli w tym i mnie… ach, och i chlip) „Your sweet 666”. „Kiss of Dawn”, po nim przeuroczy „Sacrament”, dalej tytułowy „Tears on Tape” z ich ostatniego, studyjnego albumu. Kolejnym utworem jaki wybrzmiał na scenie był porywający„Rip Out the Wings of a Butterfly” z płyty „Dark Light”, po nim zaś najcudowniejsza ballada HIM, czyli „Gone With the Sin”, śpiewana tak niesamowicie modulowanym głosem Ville Valo… „Soul on Fire” znów wprowadził odpowiednią dynamikę, a kolejny „Wicked Game” był jak ponowne przypomnienie samych początków istnienia zespołu. Podczas „Killing Loneliness” zdałam sobie sprawę, że wokalista naprawdę wkłada mnóstwo serca i wysiłku w swój śpiew i wygląda na zadowolonego z tego, co mu się udaje. Przy okazji, kiedy w utworach padały bardziej osobiście skierowane kwestie, zwykle starał się zwracać w tych momentach w stronę Mige – tak jakby żartobliwie wyśpiewywał je do basisty.

Inna rzecz – w chwilach kiedy mocno manipulował głosem łapał się wolną ręką za brzuch – ciekawa rzecz, czy go bolał, czy nie miał co zrobić z wolnym od fajek łapskiem, czy… czy ćwiczył jakieś chwyty wokalne i np. kontrolował przeponę, etc.? Nie wyznaję się na tego typu rzeczach, ale myślę, że warto może tu o tym napomknąć, niech potem wypowiedzą się chętni i bardziej obeznani w temacie. Ach i jeszcze – podejrzewam tu kumplowskie złośliwości między członkami zespołu – kiedy gitarzysta dawał solówkę, Valo pokazywał do Mige, że jest „tak seee…” – co tam, że cztery dekady na karku, radosne, szczenięce przepychanki i drobne uszczypliwości muszą być.

Ale wracając do utworów. „Poison Girl” również pięknie rezonował na wrażliwszej strunie mej pamięci. „Bleed Well” natomiast na pewno ucieszył naszych sąsiadów, zwłaszcza, kiedy Ville zmienił tekst piosenki i z szerokim uśmiechem zaśpiewał „…baby we’re bleeding well in Prrraha!” (Tak, czytać z wyraźnym naciskiem na seksowne, Valo’sowe „R”.) „Heartkiller”, po nim zaś publiczność entuzjastycznie zawyła na pierwsze dźwięki… no a jakże…. „Join me”. Mnie osobiście wyrywało się wycie przy następnym utworze – „Stigmata Diaboli” (la, la, „…I’m your Christ and I want youuuu!…” la, la…). I dalej na ukojenie fanowskich, emocjonalnie rozchwianych nerwów, ballada – „In Joy and Sorrow”, by po niej znów przyszło mocniejsze uderzenie dźwiękiem przy rytmicznym „Right Here In My Arms”. Kolejny utwór poprzedzony był, hm, „przeuroczą”, konkluzją, że jest skierowany do wszystkich tych obecnych tutaj ludzi, którzy kiedyś przecież umrą… czy jakoś tak. Zdecydowanie wierniejszej wersji tych słów zapewne doszperacie się w pokoncertowych filmikach na YouTubie. Tak „słodko” został poprzedzony oczywiście „Funeral of Hearts”. Oficjalnie koncert zakończony, teraz jeszcze bisy: nieodłączny „Rebell Yell” oraz melancholijny „When Love and Death Embrace”… po którym tu i ówdzie na fanowskich twarzach można dostrzec było najprawdziwsze łzy wzruszenia (nie mówiąc już o romantycznym widoku par w objęciach tańczących powoli w rytm tej piosenki… tak, tak! To było piękne! Noo… i publika się rozkręciła, a jednak!).

Ponieważ bić się o szatnię nie musiałam, szybciutko wyszłam z klubu i stanęłam sobie z boczku – całkiem nie tam, gdzie wylewała się cała ta tłumowa masa. Miałam na celu opanowanie pożyczonej na koncert komórki w stopniu umożliwiającym odpalenie jakiejś nawigacji, aby jednak dojść do wynajętego pokoju, a nie praskiego zamku. „Z boczku” okazało się miejscem gdzie stały dwa czarne, masywne autobusy. Zapytałam dwie ludzinki tam stojące czy są to czasem tourbusy? Tak, to były one, za barierkami, czarne i groźne, pilnowane przez ochronę. No ale przecież nie będę Wam tu opisywać motoryzacyjnych wynalazków do przewozu grupowego, bo nie o nie chodzi, ale o klawiszowca HIM, który pojawił się przy wspomnianych barierkach.

Jaka radość spojrzeć w te sympatyczne, czekoladowe oczka!

I oczywiście cyknąć sobie pamiątkową, wspólną fotkę i jeszcze poprosić o autograf na bilecie.

Ta obecna w tym miejscu garstka fanów (mniej niż palców u jednej ręki…) zachowała się bardzo grzecznie, pożyczenie mazaków, jeden drugiemu pomógł cyknąć ładną fotkę…. Pełna kultura. I wszyscy nie mogli się nachwalić do Burton’a jakie wspaniałe koncerty HIM dał tu i tam, i dziś, itd. Przesympatycznie i kulturalnie.

Oczywiście ktoś też (musiał!) zapytać o Valo. Na co klawiszowiec wzruszył ramionami i smutno wszystkich sprowadził na ziemię, że nie wyjdzie na bank, nie ma na to szans, zawsze przebiega szybko do busa.

Kiedy Burton się oddalił nie najmilsza, czeska ochrona kazała wszystkim opuścić teren przy tourbusach.

Przeszliśmy więc w stronę wejścia do klubu, po czym komuś wpadł do głowy pomysł obejścia budynku. Z drugiej strony, co prawda stalibyśmy za kratami, ale nie był to teren Forum Karlin więc… więc część osób jak pomyślała, tak zrobiła. W tym i ja, bo co mi szkodzi, prawda? Dzięki temu doczekałam się widoku wszystkich członków zespołu, w bardzo niewielkiej odległości, a nawet więcej – bo w pewnym momencie Mige i Linde zdecydowali się podejść i jeszcze na szybkiego rozdać po uścisku dłoni. Bardzo sympatyczny zabieg, ale mający na celu odwrócenie uwagi od szybko przemykającego za ich plecami, do busa, pana Valo. No cóż, nie miał ochoty witać się z fanami, nie musiał, chociaż ręki byśmy mu nie ucięli jakby nam tylko pomachał, prawda?

W każdym razie już po wszystkim zdałam sobie sprawę, że będę miała co wspominać: i świetny koncert i przypadkowe stalkowanie członków HIM po. Było warto tam być!

Tekst i zdjęcia: P(e)P(e)


I co wy na to kochanieńcy? Robimy polowanie na Valosa po koncercie? XD

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

HIM. Przeminęło z grzechem – Warszawa, 28.11.2017

Hello SweetHearts 🙂

Relacji ciąg dalszy. Choć Warszawa już za nami, a HIM podążył w dalszą trasę (dzisiaj ludziki bawią się w Pradze :D), ja nadal daję wam czas na napisanie waszych relacji.

EDIT: W międzyczasie nadeszła wiadomość od Agaty w sprawie koncertu w Pradze 😀 Kto był niech się wypowie 🙂

„Czy tylko ja miałam takie niezbyt dobre wrażenia z Pragi, że:

a) Ville prawie nie było widać ze względu na dym/oświetlenie (a byłam w 2-4 rzędzie)

b) że wokal/głos był okrutnie słabo słyszalny? Kiedy Valo coś mówił, nie słyszałam nic. 
Wiem, że parę osób z tego wydarzenia wybierało się do Pragi i fajnie byłoby wiedzieć, że nie byłam sama w bólu serduszka </3″

Dzisiaj publikuję tekst VampireHeart. Enjoy!


 

W marcu HIM ogłosił swój koniec, chociaż jeszcze kilkanaście dni wcześniej obiecywali fanom nową płytę. Na otarcie łez wyruszyli w pożegnalną trasę, dając nam ostatnią szansę posłuchania ich na żywo. Ale, jak powiedział wokalista w ostatnim wywiadzie, to nie jest pożegnanie – to moment na powiedzenie „dziękuję”.
Przez prawie 9 miesięcy czekałam na ten dzień, pełna niepokoju. Błagałam, żeby Ville Valo na koncercie nie był podchmielony. On + alkohol = kiepski koncert, choć może fani o mniejszym rozumie sądzą inaczej (w szczycie sławy zespół na żywo prezentował się naprawdę kiepsko, nie brzmiał dobrze i czysto, nie mówiąc już o oglądaniu przewracających się muzyków, ale rozumiem, że dla młodzieży może to być frajda), co kto woli. Niemniej, na jednym z ostatnich występów podczas Helldone takie połączenie poskutkowało niezbyt miłymi słowami w stronę publiki. Stąd też moje modły. Gorszego końca nie byłoby można sobie wyobrazić.
(Z całym szacunkiem ale to rock – tu się nie pije herbatki ziołowej, uprawia jogi i wcina wegańskie potrawki – C.N.)
Kiedy zespół wyruszył w trasę i pojawiły się pierwsze filmy z koncertów, miałam dość mieszane uczucia – były momenty bardzo dobre, ale przeważały te przeciętne. Nie ma w tym nic złego, grunt to zaśpiewać na poziomie, ale marzyłam, aby ten raz był lepszy od tego w 2015 roku w Gdańsku. A komentarze fanów wzbudzały mój niepokój – że źle, że nuda, że bez uczuć, że bez zaangażowania – ale niewiele się nimi przejmowałam. Niemniej, odetchnęłam dopiero przy ostatnich wieściach z frontu.
16:40 pod Stodołą, już mnóstwo ludzi. Dodatkowo zrobiła się druga noga kolejki, a ochrona w sprawie wciskających się ludzi interweniowała zdecydowanie za późno. Pozdrawiam też obsługę, która w pewnym momencie stwierdziła, że panowie mogą wchodzić bez kolejki, bo jest ich zdecydowanie mniej. Ochroniarz na pytanie, czy dziewczyna może bez kolejki wejść ze swoim chłopakiem, odpowiedział przecząco (i odrobinę opryskliwie), ale zaraz przepuścił sobie kilka takich par. Pozdrawiam serdecznie! Został pan gwiazdą i będzie pan już zawsze milutko wspominany.
19:20 na scenie pojawia się support. Nikomu nie pasowało, że ktoś tego dnia na scenie ma się pojawić. Supporty w ogóle są beznadziejną sprawą. Da się je jeszcze wytłumaczyć na dużych, naprawdę dużych koncertach, ale ostatecznie nie mają żadnego sensu oprócz tego, że męczą ludzi i wydłużają czas. Na siłę zostaliśmy zmuszeni do słuchania jakiegoś czegoś, zupełnie niedopasowanego tematycznie do zespołu. Ludzie dookoła przyznawali się jawnie, że nie słuchali, cóż to za coś. No, „coś” to dobre określenie. Nie mówię, że zespół był zły… Nie był. Ale zupełnie nie pasował do naszych Finów. Lekkie gitarowe brzmienie, wystylizowany image, energia, radość. Miałam wrażenie, że oglądam i słucham amerykańskich chłopców, którzy wymarzyli sobie bycie gwiazdami rocka. Ot, tyle. Przyjemnie się słuchało, choć na żywo byli jeszcze bardziej teatralni. Z chęcią posłucham ich latem rano w samochodzie, żeby się obudzić przed dniem w pracy, ale ostatecznie znikną w czeluściach niczym niewyróżniającej się muzyki.

Kilka drobnych minut po 20:30 wychodzi HIM, a mnie ogarnia dziwne uczucie, które towarzyszy mi, kiedy po kilku latach spotykam kogoś znajomego. Jedno spojrzenie na zespół, a już ma się ochotę powiedzieć „no hej, dawno Cię nie widziałam”. Uczucie było tak dziwne, że z pierwszej piosenki niewiele pamiętam – serio. Podobnie jak w Gdańsku w 2015 roku, tym razem także rozpoczęli od „Buried Alive by Love”. Zabrakło mi mocnego uderzenia w bębny – chodzę na koncerty i szukam tego wrażenia, które wywarł na mnie wtedy samymi pierwszymi dźwiękami Kosmo za perkusją. Może było, może nie było. Ja nie słyszałam. Ale czy przez to przekreślam koncert? Nie.

Fot. Katarzyna Katia Wichłacz

Kiedy ostatnio byłam na koncercie The Sisters of Mercy w Gdańsku, miałam wrażenie, że długo nie będę na tak świetnym występie – bardzo dobrze, na wysokim poziomie, z klasą i muzyka, która sama w sobie powoduje uśmiech na twarzy. Szczerze? Obawiam się, że teraz naprawdę długo nie będę na takim koncercie – HIM znów przejął dowodzenie. Czułam, że tak może być, już kiedy zobaczyłam na scenie ogromny metalowy heartagram.

Dobór setlisty, tak często krytykowany, dla mnie był dobry. Zawierał przekrój całej twórczości z największymi hitami, wiec to idealne opcje na trasę pożegnalną. Zabrało mi jednak „Sleepwalking Past Hope” – dziewięciominutowy majstersztyk, najbardziej zawiła kompozycja HIM i eksponująca wszystkie walory każdego z muzyków – w pewnym fragmencie popisuje się gitara, zaraz bas, później perkusja, swoją chwilę mają klawisze, a całości przyświeca wokal. Chociaż „popisuje” nie jest dobrym słowem – tam nie ekspozycji na siłę, żeby pokazać, jaki ktoś jest dobry. Obawiałam się, że będzie trochę kulawo bez tego utworu, ale pustkę wypełniła po prostu dobra zabawa i zarażający entuzjazm fanów.

Fot. Katarzyna Katia Wichłacz

Najmocniejszą chwilą koncertu niezaprzeczalnie było „It’s All Tears” w wykonaniu, jakiego nikt nigdy nie mógłby się spodziewać. Cudowny efekt nałożony na mikrofon, tajemnicze brzmienie barytonu, mocne wysokie tony, mroczny dół. Rewelacyjne intro, które brzmiało jak oczko puszczone do fanów. Miałam wrażenie, że Valo szydzi sobie z nas, każąc zgadywać, cóż to za piosenka. Jestem w szoku, że ludzie od razu nie podłapali i nie zaczęli śpiewać – moje usta, pomimo szoku i zaskoczenia, same z siebie się poruszały. Ostatnie refreny i zakończenie doprowadziły do raju. Coś niesamowitego. Powietrze wydawało się być naładowane elektrycznością, a ja miałam gęsią skórkę z ekscytacji już od samego wstępu instrumentalnego, zanim rozbrzmiał wokal.

Nie zabrakło dwóch moich ukochanych piosenek, czyli „The Kiss of Dawn” i „In Joy and Sorrow”. Po koncercie w Gdańsku szczególnie upodobałam sobie „The Sacrament” i teraz zespół tylko podbił mi wartość tej piosenki. Zapałałam też nową miłością do „Killing Loneliness”, choć wersja płytowa jest co najwyżej średnia. Znalazło się także coś, co idealnie prezentuje spokój w wokalu, czyli „Gone With The Sin”, które potrafi zdziałać ze mną cuda, kiedy się niepokoję. Z entuzjazmem posłuchałam też „Bleed well” – uwielbiam ten utwór, głównie ze względu na gitary i tekst, a nawet podobają mi się w nim klawisze (choć normalnie ich nienawidzę). Miłą odmianą okazała się piosenka „Heartkiller”, która zastąpiła „Scared to Death” jako reprezentanta „Screamworks: Love In Theory And Practice”. Dla mnie tym bardziej miła, że jest to pierwszy utwór zespołu, jaki świadomie (mniej lub bardziej) przesłuchałam. Niemniej, wyrzuciłabym trzy piosenki bez żalu na poczet „Sleepwalking Past Hope” – chociażby „Heartache Every Moment”, „Poison Girl”, „Tears on Tape”. Jeśli chodzi o tytułową piosenkę z krążka z 2014 roku, śmiało można było ją zastąpić „All Lips Go Blue”, co bardziej porwałoby ludzi. Niemniej, setlista była piekielnie dobra, jeśli chodzi pożegnalną trasę – każdy znalazł tutaj coś dla siebie, coś ze swojej ulubionej płyty i okresu twórczości.

Nagłym punktem kulminacyjnym było uwielbiane przez wszystkich „Right Here In My Arms” – jak zwykle powiem, że trzeba mieć niezłe ego, żeby napisać taką piosenkę, a jeszcze większe, aby wychodzić na scenę i ją śpiewać, czarując fanów nie tylko głosem, ale też pełnią swojej osoby. To był też moment, w którym autentycznie zaczęłam martwić się o swój głos, a przy równie porywającym „Rebel Yell” miałam wrażenie, że już naprawdę mam chrypę (tak naprawdę nie miałam – dziękuję mojemu nauczycielowi śpiewu, tak, tak, wrzeszczałam grzecznie z przepony i rzucałam na maskę, na pewno). Przy tej pierwszej oczywiście wszyscy świetnie się bawili, może nawet aż za. Występ został przerwany przez wokalistę – ktoś upadł (bójka czy wypadek, oto jest pytanie), jednak nic się nie stało. Ale to właśnie przy drugiej piosence Valo nieźle popisywał się swoim głosem – serio, sprawdźcie, co robił przed ostatnimi refrenami i w trakcie ich. Mam jednak wrażenie, że trochę za mało dali się wyżyć i wykrzyczeć fanom, kiedy weszli ponownie na scenę i pierwsze dźwięki coveru rozbrzmiały, kiedy fani nie byli na to gotowi. Gdybym nie znała zespołu, pomyślałabym, że śpieszy im się i mają nas gdzieś. Zespół jednak znam, więc tak nie myślę.

Instrumentalnie zespół, jak zwykle prawie, stał mocno i solidnie. Och, szczególnie Linde, jego palce i gitara! Aż żal, że tak mało osób interesuje się jego drugim projektem i aż żal, że nie skupia się on  w nim bardziej właśnie na gitarze. To, co ten facet potrafi robić z tym instrumentem w takim zespole… Cóż, zespół rangi HIM na pewno na kogoś tak uzdolnionego nie zasługuje – mam wrażenie, że to właśnie Linde jest najbardziej pokrzywdzony zamknięciem w złotej klatce HIM. Mige oczywiście też dał popis, Burton cichutko umilał nam piosenki z tyłu, no i Kosmo, którego dalszej kariery jestem szalenie ciekawa. Zespół jako zespół także stał mocno. Bałam się, że rozpad sprawi, że nie będzie między nimi tej radości przyjaźni, którą widać w dość wielu spojrzeniach między nimi już na scenie. To się nie zmieniło. Ville i Mige wciąż sobie żartują, nierzadko na obiekt swoich uciech biorąc gitarzystę. To tylko pokazało, że koniec zespołu nie był ich końcem.

Wisienką na torcie, a zarazem pierwszymi skrzypcami, był wokal. Zresztą, zawsze był i byłby nadal. Za dużo charyzmy siedzi w tym już ponad czterdziestoletnim ciele, a głos jest zbyt nieziemski i hipnotyzujący, aby mogło być inaczej. Mam wrażenie, że Ville dorósł w końcu do bycia wokalistą. Dojrzał do mikrofonu i poznał swój głos, eksplorując go na różnych biegunach. Zawsze bawił się wokalem, jednak bardziej dla samej zabawy, a teraz wydaje się znać jego zakamarki, dlatego pozwala sobie na scenie na różne duże smaczki i małe smakowite kąski, składające się na wyśmienitą ucztę dla uszu. Pozwala sobie na więcej, bo wie, że może i wie, że zrobi to dobrze. Chociaż wydawać się to może dziwne, wokalnie rozwinął się dopiero teraz.

Wieczór mógł być jednak piękniejszy i zadbać o to mogli wyłącznie fani. Pozdrawiam w tym momencie wszystkich ludzi, którzy koncert oglądali przez ekran swojego telefonu – jesteście genialni. Szczególne podziękowania kieruję w stronę dziewczyny, która przez prawie cały koncert trzymała telefon nad głową, przed moimi oczyma. Nagrywała każdą piosenkę. Ja rozumiem, że każdy chce mieć pamiątkę i w tym też celu raz nawet wyciągnęłam telefon, ale szybko go schowałam. Jak można się dobrze bawić z tym ustrojstwem? Jeśli ktoś oglądał koncert przez telefon, to tak naprawdę go tam nie było. Muzycy na scenie to nie małpki w zoo, żeby ich nagrywać i robić im zdjęcia – od tego mają sesje zdjęciowe, a koncerty są od kontaktu z ludźmi. A jak mają się kontaktować, kiedy patrzą na publikę i widzą telefony, a nie twarze? Wspomnianej dziewczynie miałam ochotę wyrwać telefon, podeptać go i zasadzić jej kopniaka w tyłek – i to nie tylko ja, bo psuła zabawę wielu ludziom wokół mnie. Byłoby też milej, gdyby fani nie wciskali się na siłę pod scenę, taranując innych. Przez to było sporo krzyku i przepychanek, na które smutno się patrzyło.

Osobną kwestią jest też sam klub. Nagłośnienie bardzo dobre, dźwięk idealnie się rozkładał, chociaż Valo i tak cały czas czuwał nad tym, aby wszystko było jak najlepiej, porozumiewając się z dźwiękowcami – testował głos w kolejnej piosence i dawał sygnały obsłudze, aż osiągnął idealne brzmienie. Raz nawet głos zniknął, były też drobne problemy z gitarą, ale zastanawiam się, czy ktokolwiek to zauważył i zapamiętał. Oprócz chwilowego braku wokalu jedynym problemem był poziom głośności – dla mnie odrobinę za cicho. Mankamentem Stodoły jest jednak coś zupełnie innego – organizacja wyjścia. Szatnia na górze, szatnia na dole, jedna droga wejścia i wyjścia… W jednym miejscu była kolejka do szatni na dole, kolejka do koszulek, kolejka do toalet, schody do szatni na górze i kolejka do baru. I teraz do każdego z tych punktów ludzie nie tylko podchodzili, ale też odchodzili. Na całe szczęście znalazła się odpowiednia osoba – pani z obsługi klubu wprowadziła twarde reguły i udało się zapanować nad chaosem. Ale nie skupiajmy się na złych aspektach.

Jeden z najpiękniejszych gestów, wyrażających esencję pożegnalnej trasy, nastąpił w momencie, kiedy zespół po nawoływaniu fanów pojawił się kolejny raz na scenie. Oklaski, tupanie nóg, gwizdanie, piszczenie, krzyczenie. Na scenie pojawił się też rzucony transparent z napisem „Thank you guys and good luck”. Lakoniczny Valo wydał z siebie dźwięk teatralnego zdziwienia, pomieszanego z rozczuleniem, po czym to nam podziękował i życzył powodzenia. Wspomniane słowa z wywiadu znalazły potwierdzenie – ale kto komu dziękuje? My im czy oni nam?
Fot. Katarzyna Katia Wichłacz
Tak. To nie było pożegnanie. Pogrzebaliśmy HIM, składając mu należyty hołd. To wszystko. Przygoda dopiero się zaczyna. Zamknęliśmy jedne drzwi, a teraz podążamy ciemnym korytarzem, aby otworzyć kolejne.
——————————————————————————————————————

Ps. Ode mnie dodam tylko słów parę w sprawie tych telefonów, bo widzę że was za bardzo porusza ten temat. Jestem starej daty i nie jestem zwolennikiem nagrywania całego koncertu. Niech sobie ktoś tam nagra tę piosenkę, jedną czy dwie, niech sobie pstryknie fotki. Świat poszedł do przodu i ta technologia jest tego oznaką, nie ma co się bezsensownie trzymać sentymentalnych czasów lat minionych. Czy myślcie, ze ludzie w latach ’80 czy ’90 mając taką możliwość jak my teraz by z tego nie korzystali?

Oczywiście, nie jest fajne kiedy ktoś nam jeb..ie przed oczami tablet XD Ale tu chodzi o kulturę ludzi a nie sam fakt nagrywania.

Czasem nawet te wszystkie telefony robią niesamowity klimat na koncercie – to jak nowoczesne zapalniczki. Przykład?

No i gdyby ktoś tego nie nagrał – nigdy nie zobaczyłabym momentu z flagą na koncercie HIM, na którym być nie mogłam.
Nie mówcie też proszę, że sami nie oglądacie nagrań koncertów na YT…

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!