„Nothing lasts forever”- książę Valo przerywa milczenie na festiwalu Miljoona Rock :)

Greetings Sweethearts!

Dzisiaj będzie notka informacyjno – organizacyjna, a do tego nawiążę do ostatniego postu, który wywołał nieco kontrowersji 😀 Nie, nie będę się łasić ani przepraszać 😛 A nawet jeszcze ciut podgrzeję atmosferę XD

Na samym początku jednak, chciałam podziękować wszystkim tym, którzy wzięli udział w dyskusji i co więcej, utrzymywali ją na wysokim poziomie 🙂 To mnie przekonuje, że jednak fani HIM mają w sobie dużo kultury i póki co, nie muszę się martwić o banowanie kogokolwiek (sorry LimaK XD)

Panowie z HIM zagrali kolejny festiwalowy koncert, który ponownie miał miejsce w Finlandii – był to festiwal Miljoona Rock i przy tej okazji w końcu Książę Valo udzielił wywiadu, w którym mówi nareszcie o rozpadzie zespołu, planach na przyszłość itp.

Wywiad jest po fińsku, ale ma napisy angielskie więc myślę, że część z was będzie w stanie zrozumieć o czym on mówi. Niestety nie mam czasu na tłumaczenie, ale generalnie opowiadał o rozpadzie zespołu, że rozmawiali z chłopakami o nowej płycie i kierunku w jakim podążała ich muzyka. Ville znów nawiązał do gwiazd, które nie były na swoim miejscu – dyplomatycznie jak polityk (oczywiście podkreślił, że nie chce tak zabrzmieć hehe Valos Polityk, ale by była jazda XD Z tymi jego wywodami, to by nie opuszczał mównicy :P)

Według niego muzyka brzmiała dobrze, ale nie było tej ekscytacji, która powinna być. Priorytety się zmieniły niestety. Podkreślił przy tym, że to nie była tylko jego decyzja i że z tego powodu miał ból głowy oraz był zaniepokojony, gdyż zespół to ogromna część ich życia.

 

Zapytany, czy ma do udowodnienia jeszcze coś komuś lub sobie samemu, odpowiada że zawsze ma sobie coś do udowodnienia, lecz jako zespół już nie bardzo. Ville użył terminu „Złotej Klatki” jako określenia jego sytuacji, gdzie fani oczekują od niego pewnego rodzaju muzyki, a zespół jest jednocześnie bardzo cenny i jednocześnie bardzo wiążący. Stwierdził, że mają piosenki od których nie chcą uciec, czy się ich pozbyć, ale jednak ich nie powtarzać. Powiedział także, że nie są na tyle odważni, by zrobić totalnie inny album jak to zrobiło U2. Generalnie chodzi mu o to, że nie można kontynuować czegoś, jeśli wszyscy nie są usatysfakcjonowani.

Poza tym, Valo nic nie wie o żadnym DVD z koncertów. Ponadto Valos nie zamierza podlewać kwiatków XD (Hell no! :D), choć to lubi i podobno jest w tym dobry huehuehe I ma jakieś tam plany solowej kariery – lubi muzykę głośną ale i melodyjną, więc jeśli będzie coś kombinował to prawdopodobnie będzie miało to brzmienie podobne do HIM.

Co do samego festiwalu Miljoona Rock – uważam, że było lepiej niż na Tuska. Być może pan Valo miał lepszy humor czy coś. Nawet głosowo wydaje mi się, że było lepiej, choć nadal podtrzymuje swoje zdanie z poprzedniej notki co do tej kwestii.

Tutaj możecie zobaczyć występ z innej perspektywy 🙂

A pamiętacie naszą wycieczkę do Helsinek? Tym razem do Finlandii pojechała nasza francuska korespondentka Ewa 🙂 I oczywiście odwiedziła pana Kariego Valo – a pan Kari Valo jak to pan Valo – flirciarz w fińskim stylu XD Nie dość, że Ewę pamiętał, nas też, to jeszcze mogę z dumą ogłosić, że obraz Mel – naszej blogowej korektorki wywiadów, która także jest artystką, wisi w sklepie papy Valo! ! !

GRATULUJEMY!

(I teraz czekamy aż Ville go obczai i podkradnie na okładkę do solowej płyty :D)

Nasza Ewa tymczasem już wróciła do domu, więc czekajcie na jej relacje z Helsinek i z tego, jak się przebierała u papy Valo w toalecie w koszulkę zakupioną w jego sklepie 🙂

A tutaj macie dwie panie + ryjek Valosa 😀 Zdjęcie zostało zrobione w jego nowym domu – od razu wyjaśniam, zanim się pojawią komentarze o stalkowaniu go – znajomy tych pań sprzedał Ville jakieś muzyczne graty, więc dlatego miały okazję zrobić sobie z nim fotkę. Nie czaiły się pod jego domem 🙂

Teraz chciałam nawiązać do tematu grupy FB, bądź stronki bloga na FB. Sama takowych nie posiadam, ale jeśli jesteście zainteresowani nowinkami, zapowiedziami tego, co się ukaże na blogu oraz informacji o tym, co się właśnie na nim ukazało, to zapraszam was tutaj:

Rambo Rimbaud Polish Fansite

Współpracuję z autorką już od dłuższego czasu, więc ma ona moje pełne pozwolenia na publikację 😀 Zapraszam serdecznie HIMofanów 🙂 I niech was nie zmyli nazwa – to tylko „chłyt” marketingowy, żeby się wyróżnić pośród wszystkich HIM stron, Valo stron itp. Stronka informuje o poczynaniach całego zespołu.

Ok, gotowi?

Czas trochę namieszać 😀

Widzicie tą panią? Ja to przy niej jestem… Bardzo delikatna XD Ona natomiast się nie bawi w uprzejmości 😛 Otóż pani ta jest dziennikarką magazynu fińskiego Ilta – Sanomat i napisała ona relacje z koncertu HIM z festiwalu Tuska. Brzmi ona mniej więcej tak:

Imponujący początek.

HIM zaczął początek koncertu z mocnym basem, który objął nawet dźwięk głosu Ville Valo i wszystko inne na scenie, kiedy rozpoczęło się „Buried Alive by Love”.

Wkrótce po rozpoczęciu koncertu nastrój zaczął się psuć. Valo wydawał się być bardzo marudny na scenie. Skierował do publiczności kilka rozflirtowanych uśmiechów, lecz jednak były one dla niego trudne i wręcz go przytłaczały.

Zespół nie komunikował się na scenie przez cały koncert a Valo stojący na czele zespołu, był jak samotna, leniwa latarnia morska. Grali hit za hitem, ale żadna z piosenek nie wywołała entuzjazmu pośród frontowych fanów. Cały koncert był jak pudełko od prezentu, obwiązane jedwabnymi wstążeczkami lecz w środku nie było nic.

W końcowych fazach koncertu młodzi fani patrzyli na swojego idola z desperacją.

Charyzma Valo nie uleciała ale jego motywacja i pokora już tak. Jako słuchacz, byłam poirytowana, że atmosfera na festiwalu została kompletnie zatracona.

Źródło: Ilta – Sanomat

I teraz jeszcze na zakończenie tekst Ewy – naszego francuskiego łącznika, która chciała się wypowiedzieć na temat tego, co znaczy być fanem.

« Czy głos Ville to łabędzi śpiew? »

albo « Co to znaczy być fanem ? »

Jeśli ta notka ma podwójny tytuł, to jest dla tego powód. Piszę ten artykuł, zainspirowana jednym komentarzem, który ukazał się pod poprzednim wpisem na blogu (“Tuska 2017 – czyli coś sobie pochodzę i pośpiewam, a potem zdradzę że…”), i który wywołał pewne poruszenie. Autor tego komentarza wyraził opinię, że ów wpis ma znamiona hejtu, a uwagi o prezencji Valo są “płytkie”. Nie, nie piszę tego artykułu, by polemizować z opinią komentującego, a tym bardziej, by go do czegoś przekonywać. Komentarz tej osoby zainspirował mnie natomiast do pewnej refleksji, którą wyłuszczę poniżej.

W swoim komentarzu owa osoba nie zgodziła się z opinią Catherine, że – najogólniej ujmując – wydaje się, iż wokal Valo w ostatnim czasie znacznie się pogorszył, a że osoba ta jest zawodowym wokalistą, to wie, o czym mówi. Jeśli o mnie chodzi, nie jestem specjalistką: ani zawodowym muzykiem ani trenerem śpiewu, ale zgadzam się z opinią Catherine oraz kilku innych osób komentujących jej artykuł. Dla mnie wokal Valo nie prezentuje się tak, jak kiedyś, a także zauważam, że obecnie jego podejście do własnego śpiewania jest również inne. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mu się po prostu mniej chce, tak jakby coś w nim zgasło czy się wypaliło. To moja osobista opinia, za którą biorę pełną odpowiedzialność.

Owszem, to opinia, która nie jest zbyt przychylna Valo. I w tym miejscu pojawiają się pytania, będące sednem tego artykułu: “Czy jako kompletna amatorka mam prawo wygłaszać taką opinię?” oraz “Czy ta opinia jest godna fana, czy raczej hejtera HIM?”. A te pytania zawierają się z kolei w pytaniu bardziej ogólnym: “Co dla mnie znaczy być fanem?”. Na ostatnie odpowiem przez negację.

Bycie fanem na pewno NIE OZNACZA bałwochwalczego podejścia do mojego idola. Bardzo mnie męczy nieustanne pozostawanie na kolanach. Idealizowanie moich ulubionych muzyków, osobowości kultury czy ogólnie ludzi, z którymi mam kontakt, kończyło się dla mnie zawsze boleśnie. Nikt z nas nie jest idealny i to czyni nas interesującymi i wartymi poznania.

Tak jest też z Valo. To skomplikowany facet, pełen sprzeczności i niedoskonałości. Jako jego fanka nie czerpię dzikiej przyjemności z moich obserwacji, że jakość jego głosu się pogorszyła oraz nie czekam, aż lub czy definitywnie polegnie. Tak, to byłyby oznaki hejtu. Tymczasem ja zastanawiam się, co może być tego przyczyną. Na myśl przychodzi mi jego alkoholowa przeszłość i nałogowe palenie, które mogły się do tego przyczynić i jest mi po prostu smutno, a także zwyczajnie i po ludzku złoszczę się na niego. To oczywiście jego życie i jego wybory, ale że lubię skubańca, to prowokuje on we mnie przeróżne emocje.

Nie jestem specjalistką, ale ufam mojemu własnemu odbiorowi jego śpiewu i jego osoby. Daję sobie do tego pełne prawo, bez narzucania mojej opinii innym. Inni mogą się ze mną nie zgadzać, ale czyjeś zdumienie czy sprzeciw w żaden sposób nie wpływają na moje własne odczucia i obserwacje. Daję sobie prawo do bycia subiektywną oraz do niebycia specjalistką we wszystkim. Moja opinia ma znaczenie dla mnie samej i dla mojej “relacji” z Valo, która ewoluuje, zmienia się, a także przechodzi kryzysy, zupełnie jak w realnym życiu, o czym nie tak dawno rozmawiałyśmy z Catherine. W moim własnym odczuciu bycie fanem nie wyklucza bycia krytycznym, nie wyklucza niezgody z pewnymi zachowaniami czy posunięciami idola, nie wyklucza też żartowania z niego.

No właśnie, jeszcze krótko o żartowaniu czy o “chichraniu” z Valo, jak to uroczo napisała w swoim komentarzu pod artykułem o Tuska Olka. Poczucie humoru jest dla mnie jak powietrze. Uwielbiam żartować, także na własny temat. Osoba z poczuciem humoru z pewnością odróżni je od drwiny czy złośliwości. Uważam, że żartowanie z naszych idoli jest bardzo zdrowe i nie ma nic wspólnego z hejtem. Powiem coś, co zabrzmi jak paradoks: Dystans do naszego idola spowodowany śmiechem sprawia, że staje się on nam bliższy, bardziej dosięgalny, bardziej “z krwi i kości”. Zdejmujemy go z piedestału i stawiamy obok siebie, na równi, jak partnera. Nawiązuje się dialog, choćby tylko wewnątrz nas samych, rodzi się inspiracja. Osobiście, w moich idolach nie szukam figury, do której mogę się modlić, ale szukam elementów nam wspólnych, “esencji”, która nas łączy, przy absolutnym poszanowaniu ich odmienności i unikalności. Śmiech jest doskonałym środkiem do ogarnięcia paradoksu, że choć każdy z nas jest inny, to tak naprawdę wszyscy jesteśmy też tacy sami.

Tekst: Ewa Włodarczyk

Cóż… Mam nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony 🙂 Moim zdaniem także bycie fanem nie polega tylko na wzdychaniu i idealizowaniu tak bardzo, żeby nie widzieć kiedy nasz idol czasem zawali sprawę 🙂 W pewnych momentach trzeba tupnąć nóżką i powiedzieć – Ej, koleś co ty odpi#$%sz? 😀 I nie ma w tym nic złego bo ostatecznie i tak przecież wszyscy go kochamy 😀

Zapraszam do dyskusji 😀

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

TUSKA 2017 – czyli coś sobie pochodzę i pośpiewam a potem zdradzę że…

Dobry wieczór!

Dzisiejszy wieczór poświęcam na napisanie tej notki zamiast leżeć w łóżeczku z książką, no ale „książe” Valo znowu coś miesza, przy czym zaczyna mnie już spektakularnie wkurzać, mogę więc być złośliwa wobec niego 😛

HIM wystąpił właśnie na festiwalu TUSKA i nasza książęca mość udzieliła z tego powodu kilka wywiadów, dzięki czemu dowiedzieliśmy się parę ciekawych rzeczy, ale zanim do tego przejdziemy, parę słów o tym jak było na TUSKA.

W skrócie:

Wyszedł –> Zaśpiewał –> Poszedł

Koniec relacji.

Ubrał się pan Valo tak samo jak i w Hiszpanii – nic to, że tam można się było ugotować, oczywiście zabrał ze sobą swój kaszkiet, no bo jeszcze by się przeziębił przez hiszpańskie podmuchy mroźnych wiatrów… Co innego taka Finlandia – słonecznie, fajnie, ciepło.

– Cóż, ubiorę sobie marynarkę i będzie spoko – pomyślał.

A potem jak pomyślał, tak zrobił.

Ale cóż to…? HIM postarał się o dekorację? Taaaak!

Możecie zobaczyć ogromny Heartagram wiszący jeszcze dumnie, nie zdeptany wizją pana Valo prowadzącą do… no właśnie? Ale zaraz…? Co dalej?

Fajerwerki! No szał po prostu!

Być może te fajerwerki miały odwrócić uwagę od kiepskiego wokalu samego lidera HIM, który zmasakrował na przykład „Gone With The Sin”, a i przy innych utworach się wybitniej także nie popisał…

Zastanawiam mnie ten fakt, bo skoro ja, głucha nieco, potrafię usłyszeć, że Valo śpiewa źle, ale ludzie i tak mu biją brawa, a żaden dziennikarz w relacji z koncertu nie pisze o kondycji jego głosu i uników wyciągania pewnych tonacji, to musi to chyba oznaczać, że sentyment do tej grupy jest znacznie większy, niż można by przypuszczać. Jestem ciekawa, na jak wiele pozwolą fani…

Jak już wspominałam wyżej, pan Światło udzielił kilka wywiadów. Mówił , że ma nadzieję, iż ostatni koncert HIM zagrają na scenie Tavastii, a do fanów zwrócił się życzeniowo, że ma nadzieję, iż jego muzyka była dobra i to wystarczyło.

„Wydawało się, że nowy materiał będzie źródłem nowego początku. To miała być pewna historia, ale czegoś w niej brakowało. Gwiazdy nie były na właściwej pozycji” – powiedział Valo.

Panowie z zespołu pracując nad nowym albumem uzmysłowili sobie, że nie mają nic nowego do zaoferowania. Uznali więc swoją porażkę i czym się to skończyło już wiemy. Ale Ville mówi, że w 2018 nie spocznie na laurach i te piosenki, które stworzone były dla HIM, przygarnie do swojego solowego projektu. Czyli… napisał piosenki na album HIM, które się dla HIM nie nadawały, więc rozwiązali zespół, a teraz weźmie te same piosenki i zaśpiewa je jako solowy artysta, być może w kolaboracji z kimś innym, nie wykluczając chłopaków z HIM.

SERIOUSLY? 0_O

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

Helsinki – miasto, gdzie nie ma nocy, ale jest HIM :) #Przygodnik

Hello Sweethearts!

Oto jestem!

Pojechałyśmy do Hellsinek i wróciłyśmy w jednym kawałku, a mnie udało się w końcu skrobnąć parę słów na temat tego jak było 😀

Zapewne jesteście ciekawi, więc bez zbędnego przedłużania —> Oto Jest 🙂 Relacja pisemna i filmowa.

ENJOY 🙂


Na początku zaznaczę, że relację przygotowałam z wszelkich HIM miejsc, aby nie przedłużać już i tak znacznie długiego tekstu. Wszystkie miejsca związane z Helsinkami, które możecie znaleźć w przewodniku omijam i skupiam się na tym, co was, czytelników bloga o specyficznej tematyce, powinno zainteresować 🙂

Cóż… Po co ja tam jadę… Tak mi się nie chce… Zimno, ciemno i bez tej ekscytacji, którą pewnie czułabym wiele lat temu, kiedy HIM miał jeszcze na mnie duży wpływ.

Teraz pan Ville Valo ani mnie ziębi, ani grzeje lecz jak się okazało na samym końcu, ta wyprawa była mi potrzebna by… Ale zacznijmy od samego początku…

Pół roku temu pomyślałam, że od długiego czasu wybierałam się do Helsinek i jakoś ostatecznie z planów tych nic nie wynikało. Temat podjęła Ola i od słowa do słowa, od maila do maila doszło do tego, że kupiłyśmy bilety, następnie dołączyła do nas Mel i zaczęły się poszukiwania mieszkania do wynajęcia w Helsach – machina ruszyła…

I choć cieszyłam się, że mam bilet na lot, to jednak nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że zamiast tej podróży powinnam polecieć, jak to na ciepłolubnego człowieka przystało, na Ibizę bądź Majorkę czy tym podobne kierunki. Ale dziewczyny były podekscytowane, a ja nie miałam się już jak wycofać 😀 Słowo się rzekło, bilety się kupiło.

No więc niech tak będzie – jadę do Helsinek, gdzie podobno miało być zimno, drogo, a Finowie nie wchodzą w żadne interakcje z obcymi. Jadę do Helsinek, gdzie podróż ta miała być sentymentalnym powrotem do chwil świetności zespołu HIM, który obecnie kończy karierę – gdzie większość fanów lamentuje, tam ja się zgadzam z podjętą przez nich decyzją ale teraz nie o tym…

Spotkałyśmy się na lotnisku w Krakowie i od momentu oderwania kół samolotu od pasa startowego, zaczęła się nasza wspólna przygoda.

Już sam widok miasta w nocy wydawał się być czymś zupełnie innym niż to, co widziałam do tej pory. Horyzont pokrywała łuna światła jak przy zachodzącym słońcu, ale niecodzienność tego zjawiska uświadamiała pora… Było to bowiem o 1 nad ranem… Białe noce dały mi się we znaki, ale o tym ponarzekam później (tak, jestem śpiochem i dzień w nocy strasznie mi przeszkadza oraz wyprowadza z równowagi :P)

Już pierwszego dnia postanowiłyśmy nie odkładać najważniejsze wizyty podczas całego wyjazdu, gdyż jak się okazało, natrafiłyśmy na okres świąteczny, gdzie sklepy bywały zamykane wcześniej lub były nie otwierane wcale. A zakupów w tym jednym, szczególnym sklepie nie mogłyśmy przecież sobie darować…

 

Chwyciłyśmy więc mapę Muminków w dłoń i zaczęłyśmy podążać do celu pielgrzymek każdego fana HIM w Helsinkach.

Nieśpieszne, spacerując po mieście, które ostatecznie okazało się na tyle małe, że spokojnie można je zwiedzać spacerując i w kilka dni zwiedzić każdy ważniejszy punkt (kto twierdzi, że Helsinki są duże chyba nie zna definicji tego słowa, zwłaszcza, iż to przecież jest stolica 😀 ) dotarłyśmy do miejsca przeznaczenia, które zacnie było zakreślone na naszej Muminkowej mapie. Po drodze zaczęłyśmy obalać mit, jakoby Finowie byli narodem zamkniętym i uprzedzonym do wchodzenia w jakiekolwiek interakcje z obcymi – panowie i panie sami do nas podchodzili, tłumacząc nam drogę a także rozmawiając o mieście czy o nich samych.

Nim się obejrzałyśmy, naszym oczom ukazał się szyld sklepu znany każdemu fanowi. Kiedy stanęłyśmy pod jego drzwiami, nie będę kłamać, że poczułam się nad wyraz podekscytowana, ale dziwnie surrealistycznie było uczucie wiedzieć, że za drzwiami znajduję się tata pana Valo…

Kiedy otworzyłyśmy drzwi, podejrzewam że w pierwszym momencie Kari Valo, jak i jego znajomy, wiedzieli kim jesteśmy, a przynajmniej mam nadzieję, że nie wyglądamy zbytnio na fanów miejsc  oraz zabaw związanych z takim miejscem XD Kiedy się przedstawiłyśmy i powiedziałyśmy, że jesteśmy fanami HIM, wszystko stało się jasne a papa Valo zaczął nam pokazywać koszulki, na widok których zaświeciły się nam oczy. Chwilę trwało nim wybrałyśmy swoje rozmiary, pocztówki, kajdanki dla mnie (papa Valo stwierdził, że mój chłopak jest szczęściarzem i uśmiechnął się przy tym porozumiewawczo ponownie w ten sam sposób, kiedy zapytał czy któraś z nas życzy sobie pejczyk lub owe kajdanki, a tylko ja wyraziłam entuzjazm 😀 Być może wyczuł we mnie fana W.Controla XD)

Kari Valo był bardzo miły i każdej z nas dał nawet parę kartek jako prezent, a cenowo zakupy naprawdę były udane. Poza tym, kupiłyśmy TĄ jedną koszulkę, na którą każda z nas polowała.

Przez cały ten czas, kiedy dziewczyny robiły zakupy ja się rozejrzałam nieco po sklepie. U właściciela rzucił mi się w oczy wytatuowany motyw taksówki na lewym przedramieniu, co nie jest dziwne jeśli się wie, że papa Valo był przecież taksówkarzem. Nawiązuje do tego także wiszące w sklepie zdjęcie Roberta DeNiro – kadr z filmu „Taksówkarz”, i drugi kadr – fotografia Nowego Jorku. Poza tym, mnóstwo tam rzeczy dla dorosłych, wiadomo, to sklep dla nich ale powstrzymam się od szczegółowego opisu 😉 Była tam także mapa z zaznaczonymi na niej punktami – te punkty to miejsca z których fani go odwiedzają. Dało się też zauważyć Heartagramy i plakaty zespołu a nad ladą wisiał sobie obraz z okładki płyty „Venus Doom”.

Teraz być może, wisi tam i także inny, gdyż Mel – nasza Heartagramowa artystka podarowała panu Kariemu jeden ze swoich obrazów, który to bardzo mu się spodobał, a my także poczęstowałyśmy go naszymi polskimi słodyczami 😀

Kiedy przyszedł czas na fotki, przyjaciel pana Valo był nam bardzo pomocny – podejrzewam, że to zawodowy fotograf HIMfanów w sklepie XD Trzeba przyznać, że wie co robi i jesteśmy mu wdzięczne za fajne zdjęcia. Jeśli sami się tam pojawicie, to prawdopodobnie również skorzystacie z jego usług 😀

Zbierałyśmy się do wyjścia, kiedy pan Valo do mnie podszedł, gdy otwierałam drzwi i wskazał na… polską naklejkę z napisem „Uśmiechnij się”. Jak przeczytałam tak zrobiłam i podjęłam jeszcze rozmowę na temat tego, ilu fanów ma w sklepie i czy dużo polskich fanów go odwiedza. Kari potwierdził i dodał także, że przychodzi również sporo Rosjan oraz Niemców. Podziękowałyśmy mu więc za poświęcony czas i ruszyłyśmy w dalszą drogę ale…

No właśnie 😀

Okazało się, że poszłyśmy w innym kierunku i musiałyśmy zawrócić w dół drogi, aby dotrzeć do sklepu muzycznego w którym Ola chciała się zaopatrzyć w płyty. Musiałyśmy więc znów przejść obok sklepu papy Valo.

Jakież było nasze zdziwienie, kiedy spotkałyśmy go przed sklepem, stojącego tuż koło samochodu!

Oczywiście nie omieszkał się nam nim pochwalić, na co my oczywiście nie omieszkałyśmy pochwalić jego cudowności na czterech kołach. Przy wspólnej fotce zapytałam:

-Jak długo ma pan ten samochód?-

-Ooo- nie zastanawiał się długo – 21 lat, tyle co masz ty- uśmiechnął się.

-Nie, nie, definitywnie nie panie Valo, jestem znacznie starsza- odparłam więc Kari kurtuazyjnie stwierdził, że góra 23 lub 24.

-Czy próbowaliście naszych cukierków?- zagadnęłam ponownie. „Nasz” pan fotograf też tam był.

-Nie, jeszcze nie ale zaniosę je żonie, uratowaliście moje małżeństwo- śmieszek z tego pana Valo 😀

Był bardzo chętny, by pomóc nam odnaleźć poszukiwany sklep muzyczny, pokazałam mu więc naszą mapę… Muminkową mapę… 😀 Że nie wybuchł śmiechem to się dziwię, najlepsze jest to, że przy adresie stało jak byk „po drodze do sklepu papy Valo” a on centralnie najechał tam palcem więc musiał to widzieć XD Ehhh… Ola i jej zapiski 😀 A pan Valo pobiegł jeszcze do sklepu i dał na mnóstwo ulotek o Helsinkach oraz… Mapę 😀 Bardziej szczegółową i tym razem bez Muminków XD

Kolejnymi naszymi punktami był sklep muzyczny, gdzie Ola zaopatrzyła się w płytkę zespołu a ja przejrzałam winyle HIM, które możecie zobaczyć na filmiku z naszej podróży.

W okresie, w którym byłyśmy w Helsinkach odbywały się dwie wystawy powiązane z zespołem – jedna w muzeum HAM.

I tu miałyśmy szczęście w nieszczęściu, bo kiedy dotarłyśmy do muzeum było one zamknięte, ale mogłyśmy pooglądać wystawę przez szybę. Miało być otwarte następnego dnia lecz Finowie stwierdzili – Nie, jest święto, jedziemy do lasu na grilla i saunę więc sorrka… 😀

Ale… tuż obok Tavasti, bo oczywiste jest, że podeszłyśmy do tego jakże sławetnego klubu, była kolejna galeria (klub też nas polubił – na fejsie co prawda, ale się liczy :P)

Tiketti Galeria – przyciągnęła nas ryjem Valosa, choć to nasza radarowa Ola, która wypatrzy wszystko co z nim związane, odnalazła tę galerię. W środku znajdowała się bardzo miła pani, która pozwoliła nam zwiedzić i obejrzeć wszystko, co tylko chcemy.

Białe noce, wiatr, dziwny język nie do wymówienia, niska temperatura… Męczące zjawiska… Jednak sporadyczny drink pozwala przetrwać… Teraz się nie dziwię, czemu Finowie tyle piją 😀

Kolejnego poranka powstrzymałam już swoją frustrację faktem słońca, które prawie nie zachodzi, ulicy, która nie ma nazwy, Helsinek – miasta podobnego do życia, gdzie raz jedziesz z górki, a raz tułasz się mozolnie pod górkę.

Tego dnia bowiem, miałyśmy z dziewczynami wyruszyć do kolejnego ważnego celu. Symbolu pewnej epoki, nieodłącznie kojarzonego z „księciuniem Valoskiem”. Czy już się domyślacie o co chodzi???

Dzielnica na obrzeżach miasta wydawała się bardzo przyjazna i spokojna. W istocie taka też była. Kiedy się w niej pojawiłyśmy, miałam wrażenie, że te niedobitki ludzi nas mijających od razu wiedzą kim jesteśmy i czego szukamy.

Nie mylili się.

Gdy po krótkim spacerze naszym oczom ukazała się wieża Valosa, był to piękny widok budowli oplecionej zieloną, wiosenną i kwitnącą roślinnością, jakby nikt tu nigdy nie tworzył depresyjnych piosenek i nie komponował smutnych melodii. Jakby wieża pokazywała – tamtej epoki już nie ma, przyszły zmiany i nastąpił koniec.

Ale nie ujmowało to jej piękna. Wystarczyło spojrzeć i można było zrozumieć dlaczego Valos zaszył się w tej okolicy, w tej wieży…

Najzabawniejsze jest to, iż nigdy bym nie przypuszczała, że sama kiedyś stanę na tej ulicy i zobaczę ją na własne oczy.

Jeśli miałabym wybrać moment najbardziej dla mnie znaczący z całej tej naszej PoValonej ekspedycji, to byłby właśnie ten moment, kiedy stanęłam pod wieżą Valo. I nie miało to znaczenia, że jego tam nie ma. Że nikogo tam nie ma.

To był symbol wszystkiego. Myślę, że wielu z was rozumie o co mi chodzi.

Nie byłyśmy tam długo i nie weszłyśmy dalej niż nakazywało to uczucie przyzwoitości – parę zdjęć z ulicy w zupełności nam wystarczało, bo choć zapewne nikogo w środku nie było, nie chciałyśmy nikomu zakłócać spokoju, lecz przemknąć raczej w miarę niepostrzeżenie.

Wspominałam coś o drinku??? 😀

Jakżeby nie napić się w najsławniejszym barze w Helsinkach – The Riff.

Wybrałyśmy się tam ostatniego wieczoru, by zobaczyć czy miejsce to faktycznie zasługuje na swoją sławę. Przy drinku „Summer of 69” rozglądałyśmy się po knajpie, gdzie pełno było śladów obecności wielu muzyków, w tym i oczywiście ryj Valosa 😀

Od razu odpowiadam na pytania – Jussiego nie było, a loża Children Of Bodom była pusta. My natomiast sączyłyśmy drinki w HIM Lounge, w której panowie przechodzący do toalety, sympatycznie uchylali nam czapek i kapeluszy w geście powitania 😀 Wydawało się, że jeszcze zbyt mało wypili by się do nas dosiąść 😀

Och… cóż za sentymentalna podróż. Dlaczego mi była potrzebna? Dlatego, by w ten sposób zamknąć ten rozdział życia. Dopisać zakończenie do historii mojej i zespołu. Teraz jest ona pełna i nawet jeśli zespół w końcu po ostatecznej trasie zakończy karierę, mnie już to nie dotknie tak, jak niektórych z was. Bo już dawno poszłam dalej, poza HIM… Może jeszcze tylko postawię kropkę nad i, kiedy zdecyduję się pójść na ostatni koncert, na który bilet już na mnie czeka…

Musicie mi wybaczyć, ale wiele szczegółów już mi umknęło – chciałam codziennie pisać relacje z każdego dnia, ale wracałyśmy dosyć późno, i ostatnie o czym myślałam to pisać 🙂

Mogę za to dorzucić parę ciekawostek:

-Helsinki są małym miastem, jeśli o to chodzi to Ville nie mijał się z prawdą twierdząc tak w wywiadach

-Co za tym idzie, nikogo nie dziwi fakt, że wszyscy muzycy się znają ze sobą

-Nie jest tak, że Finowie uciekają na twój widok, kiedy chcesz z nimi porozmawiać 🙂

-Helsinki nie są aż tak drogim miastem jakby się wydawało – kiedy jedziesz ze znajomymi – wynajmij mieszkanie 🙂 Wyjdzie taniej a i posiłki można robić samemu, co znacznie obniża koszty niż kiedy stołujesz się w restauracjach

-Muminki, wszędzie Muminki – musisz kupić choć jednego 😛

-Miasto jest czyste, bez wszechobecnych reklam i bezpieczne. Spaceruje się tam jak po własnej dzielnicy i ma wrażenie, że mijający cię ludzie to twoi sąsiedzi

-Uwaga na ryj Valosa 😀 Potrafi wyskoczyć zza rogu hehe Może nawet trafisz na ten prawdziwy XD

-Dobre drinki, dobra wódka i dobre piwo Karhu 😛

-Bywa, że będziecie chodzić uliczkami, które prowadzą raz pod górkę a raz z górki 🙂

-Pogoda… tego najstarsi szamanowie nie przewidzą XD Ale czapka to nie najgorszy pomysł, zabierz też szaliczek heh

-Białe noce…. ehhh.. serio? 😛

A teraz czas na relację filmową:

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

ROZPOCZĘŁO SIĘ „FAREWELL TOUR” – emocje, latające majtki i kaszkiet :)

Hello Sweethearts!

Na samym początku przepraszam was HIMstery za opóźnienie z tą notką ale musicie wiedzieć, że nie stalkujemy zespołu codziennie i nie żyjemy ich życiem 😀 Mamy własne obowiązki i własne życie, także prosimy o wyrozumiałość 😀

Ale już lecimy z tematem hehe

Jednak zanim to nastąpi, to od razu się wytłumaczę, że cokolwiek się będzie działo w obozie HIM, nie będę w stanie przez cały tydzień was poinformować bo będę w…. HELSINKACH XD

Tak, moi drodzy – wybieram się na kilkudniowy wypad do stolicy HIMowej – zacierajcie rączki, będzie fajna relacja 😀

(choć w sumie się przyznam, że wolałabym lecieć na jakąś Ibizę czy tam Majorke – jestem ciepłolubna 🙂 No ale Mel – nasz korektorka i Ola – wywiadzistka 🙂 doprowadziły do tego, że kupiłam ten cholerny bilet no i co… Muszę lecieć 😀 )

A teraz Povalonki i Povaleni- cała ekipo Povalonej HIMowej grupy – zapraszam do przeczytania relacji naszej wysłanniczki, która wybrała się do Barcelony na pierwszy koncert z pożegnalnej trasy HIM.

Do tej pory panowie zagrali cztery pożegnalne koncerty: 3 w Hiszpani i 1 w Portugali (był tam też ktoś z was?)

Następny będzie koncert na festiwalu TUSKA, więc panowie powinni być „razem z nami” w tym samym czasie w Finlandii 😀 Kto wie, może uda nam się wpaść na ValoMendę 😛

No ale teraz zróbcie kawusię i poczytajcie co ma do powiedzenia RAnitka, która była na pierwszym koncercie HIM.


Już chwilę po koncercie każdy mógł obejrzeć dziesiątki zdjęć i filmów nagranych przez fanów. Pojawiało się też mnóstwo relacji i opinii, w związku z tym myślę, że nie powiem wam niczego o czym byście nie wiedzieli. Postaram się jednak przedstawić moje spostrzeżenia i wrażenia z tego wieczoru.

Barcelona, 14 czerwca gorące popołudnie, godzina 18.30 przed klubem Razzmatazz już jest sporo ludzi. Siedzą pod ścianą wokół klubu.

Obok Razzmatazz jest hotel, w którym na czas koncertu zameldował się zespół. Rozpiętość wiekowa fanów czekających na koncert spora, większość, jak na moje oko nie pamięta początków zespołu, oczywiście łatwo dostrzec przewagę płci pięknej. Wiele dziewcząt przywdziało wampirzaste ciuszki, mocny makijaż.

Stanęliśmy na końcu długiej kolejki i tam spotkaliśmy Sandrę i Krzyśka. Krzysiek podobnie jak  Tymoteusz (dla niezorientowanych – mój mąż) przyjechał tu z Sandrą – wielką fanką HIM głównie dla towarzystwa. Sandra, studentka fotografii z Londynu, ma na prawym przedramieniu tatuaż Ville i jeszcze parę innych, które nie umknęły mojej uwadze, gdyż sama się noszę z zamiarem zrobienia sobie tatuażu. Sandra miała kilkakrotnie sposobność rozmawiania z członkami HIM, ma wiele zdjęć z tych spotkań.

Już po 10 minutach rozmowy umówiliśmy się z nowo poznanymi ludźmi na piwo po koncercie ( na marginesie dodam, że był to świetny wieczór, który zakończył się około 5 rano 😀 ).

Mimo moich obaw udało mi się stanąć blisko sceny, na tyle blisko, że wyraźnie widziałam palce Linde przemykające po strunach gitary. Ale na początku oczywiście był support.

Zespół o nazwie Romantica został entuzjastycznie przyjęty przez publiczność. Śpiewali po hiszpańsku więc nie miałam pojęcia o czym, ale utwory były melodyjne. Później dowiedziałam się, że podobnie jak HIM, śpiewają głównie o miłości. To było naprawdę dobre granie, mnóstwo energii, wszyscy byli podekscytowani i śpiewali razem z zespołem. Pomyślałam, że to niesamowite, jeśli support tak rozkręcił publiczność, to co będzie dalej?

Romantica schodzi ze sceny, teraz kilku mężczyzn żwawo porusza się po  niej, przygotowując instrumenty i nagłośnienie dla gwiazd wieczoru.

Czekam niecierpliwie, wreszcie jest!

Pisk, wszystkie ręce w górze, szał. Zaczęli od „Buried Alive by Love”. Publiczność śpiewa razem z Ville.

Publiczność cały czas śpiewa kolejne utwory, Ville jest wyraźnie zadowolony z tego co widzi i słyszy.  Przy „Bleed Well” Valo nieco się pogubił, prawdopodobnie zapomniał tekstu?

 

Uśmiechnął się jednak uroczo, co spodobało się fanom. Osobiście nie mam nic przeciwko małym potknięciom na koncertach, przecież muzycy to też ludzie, a występ na żywo to nie nagranie studyjne.  Niestety  przy „It’s All Tears” musiałam przyznać, że Ville nie daje rady, miał problem z ustawieniem głosu, a utwór ten jest trudny wokalnie. Powiem szczerze, że na długo przed tym koncertem zastanawiałam się czy Ville zdecyduje się wykonać  „It’s All Tears”, uważałam, że powinien z tego utworu zrezygnować.

Mimo to, publiczność zdaje się nie dostrzegać wokalnych niedociągnięć (delikatnie to ujęłam). Podczas wykonywania utworu „Wicked Game” zrobiło się zabawnie, gdy jakaś dziewczyna rzuciła majtki na scenę.

Ville rozbawiony podniósł je, włożył do tylnej kieszeni spodni, a po chwili rzucił w kierunku dziewczyny swój ręcznik – w tym momencie rozległ się pisk, a ja zastanawiałam się co one tam teraz z tym ręcznikiem zrobią? Bo na 100%  z dziesięć kobiet go przechwyciło 😀 Na tym historia majtek się nie kończy, bo w pewnej chwili Valo podaje je Mige, a ten…je wącha, Ville śmiejąc się, gestem daje do zrozumienia, że basista jest pokręcony.

Niestety, co do wykonania „Wicked Game” również  miałam wrażenie, że Valo śpiewa momentami zbyt wysoko, w tonacji, która nie pasuje do tego . Potem HIM zagrali kolejne utwory z listy, aż nastąpił TEN moment – „The Funeral of Hearts”. Stałam teraz  niemal bez ruchu, wokół mnie dziewczyny piszczały, śpiewały machały rękami, a ja pomyślałam „Ville to już musi być ostatnia piosenka, musicie już kończyć” Było dziwnie, głos Valo brzmiał niemal groteskowo, jakby właśnie nawdychał się helu, przypomniała mi się kreskówka Chip i Dale. Nie mówię tego przez złośliwość, naprawdę właśnie to przyszło mi do głowy. Poczułam ulgę, gdy okazało się, że to był ostatni kawałek z listy.

Oczywiście publiczność domagała się więcej,  zespół zagrał jeszcze „Rebel Yell” i „When Love and Death Embrace”. Na szczęście zabrzmiały one lepiej niż „The Funeral of Hearts”. Później Ville szybko zszedł ze sceny nie czekając na wybrzmienie ostatnich dźwięków „When Love and Death Embrace” i już się nie pojawił. Wyglądało na to, że nie pożegna się z publicznością. Linde rzucił kostkę w tłum, Jukka zrobił to samo z pałkami, rzucił ich kilka, jedna przeleciał mi nad głową, mój mąż próbował wręcz heroicznie ją złapać 🙂 na szczęście nie udało mu się. Mówię na szczęście, bo w rezultacie pałeczkę złapało chyba z pięć osób :). Nie wiem czy doszli do porozumienia kto powinien ją zabrać. Panowie pomachali fanom, ale Ville już się nie pojawił.

Po koncercie rozmawialiśmy jeszcze z pewnym Finem po polsku, powiedział, że obecnie w Helsinkach jest jakieś 15 stopni, ale kogo to teraz interesuje 😀 (Mnie interesuje i to bardzo 😀 – przyp. C.N.), a później zgodnie z wcześniejszą umową poszliśmy z Sandra i Krzyśkiem na piwo. Po północy zespół zbierał się do drogi, chciałam jeszcze zrobić zdjęcie panom, ale tak szybko czmychnęli do autobusu podstawionego pod wyjście klubu, że nawet nie zdążyłam ich zobaczyć zza pleców wyższych ode mnie gapiów.

Jaki był ten koncert? Ekscytujący, sentymentalny, ciekawy, momentami zabawny, niepokojący, wiele wyjaśniający. Dokładnie w tej kolejności. Nie mogę powiedzieć, że czuję się zawiedziona częściową niedyspozycją wokalisty, bo spodziewałam się trudnych momentów, jest mi jednak trochę smutno, bo zrozumiałam powody decyzji zespołu HIM. Z drugiej strony dostrzegłam dobrą energię miedzi panami, miałam wrażenie, że ten koncert i śpiewanie nadal sprawia Ville  radość. Bardzo dużo się uśmiechał, flirtował z publicznością spojrzeniem (tak jak On to potrafi) czasami wydalało się, że patrzy właśnie na ciebie. Dostrzegał i odwzajemniał miłe gesty ze strony fanów. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu , że to się jakoś kupy nie trzyma, jakby ktoś umierał za wcześnie,  a ma jeszcze sporo do zrobienia na tym świecie.

Jest jeszcze jedna ważna rzecz, o której celowo mówię na końcu by nikomu to nie umknęło. LINDE, był fenomenalny, grał doskonale, jest w znakomitej formie, czułam się zaszczycona, że mogłam przez cały koncert byś tak blisko, obserwować go i słuchać.

Niezależnie od wszystkiego, z wielką radością wybieram się na koncert w listopadzie i mam nadzieję, że jeszcze nie raz będę miała przyjemność zobaczyć i posłuchać każdego z panów, może w innej odsłonie.

Tekst: RAnitka


I co sądzicie?

Ja wam powiem, że ostatnio udało mi się spotkać z kilkoma HIMsterami (pozdrawiam Robaczki 🙂 ) i powiedziałam im to samo, co powiem wam teraz:

Uważam, że lepiej iż zespół kończy teraz karierę, schodząc ze sceny zanim będzie za późno i zanim pozostawiliby tylko niesmak ciągnięcia wszystkiego na siłę, kiedy nawet Ville już własnego głosu nie potrafi udźwignąć XD Jak to się mówi – trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść….

PS. Ale ode mnie i tak by dostał trampkiem w ryj – ostatnia trasa, ostatnie koncerty – wyjdź chłopie do ludzi, pouśmiechaj się, pożegnaj się jak należy, strzel parę fotek… W końcu kto był przy tobie tyle lat….

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Jeśli ktoś z was będzie na jakimś koncercie i chciałby przygotować relacje dla czytelników bloga, zapraszam do kontaktu ze mną:  CatherineNoir666@gmail.com

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

Klasyka, którą musisz znać – legendarne koncerty live

Witajcie kochani 🙂

Mam nadzieję, że początek weekendu mija wam miło i przyjemnie. Dzisiaj oddaję blogowy „głos” Ewie, którą mieliście już przyjemność poznać, jeśli czytujecie bloga regularnie.

Ale zanim to nastąpi chciałam poruszyć dwie kwestie z którymi warto się zapoznać 😀

Po pierwsze:

Uważajcie! Wiem, że sporo z was nie kupiło biletów i bardzo chcecie odkupić od kogoś ale… no właśnie… to doskonała okazja do oszustw (nie wspomnę już o tych, co publikują zdjęcia swoich biletów wraz z kodem kreskowym itp. – tu możecie sobie sami bilet wydrukować hehe :P) Jedna z fanek już niestety została oszukana, więc by ostrzec innych pisze o tym tutaj. Poza tym, jeśli chcecie wiedzieć więcej i wymieniać się informacjami to zapraszam na blogowe wydarzenie dotyczące koncertu na FB tutaj:

PoValonki – koncert HIM Warszawa 2017

Po drugie:

Niektórzy z was pytali mnie o „tajemniczą konferencję” w której biorą udział HIMowcy w tym także ja. Otóż wyjaśniam czym jest ta „tajemnicza konfa”:

 <bierze wdech>

Blog nie ma grupy na FB i nie istnieje grupa „Heartagram Poland”. Wszelkie informacje jakie mam, artykuły i rozmowy toczą się na blogu.

Z paroma osobami, które się udzielały i nadal udzielają na blogu się zaprzyjaźniłam i teraz one dla mnie piszą, niejako go ze mną współtworząc.
W konferencji są osoby, które się wspierają i które wymieniają pomysłami na artykuły, bloga itp. a nawet czasem gadamy o własnych problemach i  osobistych rzeczach a także o filmach, książkach, Ashley’u Purdym, Japonii lub Korei czy nawet o zanieczyszczeniu powietrza w Krakowie 😛

To nie jest fanclubowa grupa czy coś w tym stylu ale zupełnie prywatna konwersacja 🙂

Kilku z was pytało mnie czy taka blogowo – himowo grupa jest lub powstanie… Otóż, generalnie nie widzę sensu tworzenia takiej grupy, gdyż jeśli chcesz porozmawiać, możesz zrobić to tutaj – bo pewnie jak zauważyliście komentarze wyjściowe zaczynają się od tematu HIM a potem przechodzą w zupełnie inne…. 🙂 Także, jeśli szukasz kontaktu z innymi fanami i chce pogadać, śmiało pisz tutaj 🙂 Nawet ostatnio jedna z dziewczyn wspominała, że fajnie by było porozmawiać z kimś nowym, o odmiennym zdaniu, bo zazwyczaj my się tu wszyscy zgadzamy 😛 (znaczy się porozmawiać z klasą i szacunkiem do drugiej osoby, no ale tego chyba wam nie trzeba wyjaśniać 🙂 )
Także widzicie, że nie ma sensu tworzyć grupy FB skoro tutaj toczą się rozmowy a niektóre anonimki są zbyt nieśmiałe aby się włączyć, więc dlaczego miałby to robić pod własnym imieniem i nazwiskiem? Poza tym, nie każdy ma FB (tak to prawda i nie ma w tym nic złego)
<bierze wydech>

Oczywiście nie jest powiedziane, że ktoś tam do konferencji nie dołączy prędzej czy później ale na sam początek dobrze byłoby poznać jakoś tę osobę – przez bloga na przykład. Tu możesz rozmawiać z nami wszystkimi 🙂


A teraz oddaje miejsce Ewie, mojemu francuskiemu łącznikowi ehehe 🙂

A jeśli i Ty chcesz napisać jakiś artykuł lub masz pomysł na temat napisz do mnie na maila CatherineNoir666@gmail.com

———————————————————-

 

Na początku marca HIM oficjalnie ogłosił zakończenie kariery i trasę pożegnalną „Farewell Tour”. To skłania do refleksji. W ciągu ponad dwudziestu lat działalności zespół dał mnóstwo koncertów, które stały się cennymi wspomnieniami dla ogromnej rzeszy fanów, która miała okazję słuchać ich na żywo. Niektóre z tych koncertów, sfilmowane i obecne w internecie, zyskały miano „klasyków”, prezentując możliwości muzyczne, a niejednokrotnie także i „aktorskie” naszej piątki. W tym artykule przedstawię mój własny, nie ukrywam bardzo emocjonalny, ranking. Zachęcam Was serdecznie do komentowania tego wpisu i dzielenia się Waszymi faworytami. Nie ma to jak różnorodność opinii i wymiana zdań w przyjaznej atmosferze. 🙂

Zespołem HIM interesuję się niedługo, bo jedynie od października 2014 roku. Pierwszym ich gigiem, jaki obejrzałam na You Tube’ie, był koncert w Berlinie z 2000 roku i to on stał się moim koncertem Numer Jeden, żeby nie powiedzieć Koncertem Fetyszem 😀 Do tej pory obejrzałam go jakieś dziesięć razy i za każdym budził we mnie równie wielkie emocje. Ville emanuje tu tak intensywną energią seksualną, że mógłby oświetlić małe miasto… no przynajmniej ja tak go odbieram. 😀 Moim ulubionym momentem z tego koncertu są bisy, szczególnie „Our Diabolikal Rapture”. Tak, to istnie diabelska rozkosz!

 

 

 

Niejako bliźniaczym koncertem dla tego z Berlina jest koncert na festiwalu „Rockpalast”. Ten sam rok, ten sam repertuar, a także podobna atmosfera oraz ta sama dzikość serca zaakcentowana prowokacyjnym pocałunkiem Linde i Mige na zakończenie. 🙂

 

 

 

A teraz przenieśmy się dobrych kilka lat naprzód, gdyż moje osobiste miejsce drugie zajmuje „Digital Versatile Doom”, koncert w „Orpheum Theater” w listopadzie 2007 roku. Za każdym razem oglądam go ze ściśniętym gardłem i wilgotnymi oczami. Ville z tego koncertu to dojrzały „mężczyzna po przejściach”, który właśnie wyszedł z odwyku i pożegnał się na dobre ze swoją miłością. Jest ujmujący, momentami zabawny, ale wyczuwam w nim dużo smutku i straconych iluzji. Na zakończenie „It’s All Tears” dodaje, cały czas śpiewając: „Kochanie, wróciłem! Mam wacka z platyny!”. Możemy się tylko domyślać w czyim kierunku ta aluzja. I ciekawostka: ktoś policzył, że podczas tego koncertu Ville wypalił 23 papierosy. 😀 Czy znajdzie się chętny, by to zweryfikować ? 😉

 (Ja nie ale podoba mi się komentarz pod koncertem: „Thinking Lestat when he woke up after his long sleep and joined a band.” -C.N.) 😀

 

 

Moje osobiste miejsce trzecie to koncert HIM na „Taubertal Festival” w 2003 roku. Ville jest tu w doskonałym humorze podkręconym najprawdopodobniej „stanem nieważkości”, który nie przeszkadza mu jednak stawać na wysokości zadania. Dużo lekkości i pozytywnej energii.

 

 

A propos „stanu nieważkości”, to bardzo lubię jeszcze koncert na Helldone z 2003 roku. Osłabiony fizycznie, wokalnie Ville znów daje radę. I niesamowicie podoba mi się sposób, w jaki rozwiązał konflikt zaistniały na sali, podkreślając, że tu się gra rock’n roll’a a nie bije oraz zachęcając dwóch agresywnych fanów do pogodzenia się. Ville pacyfista. 😉

 

 

 

Za koncertem w Helsinkach plasuje się koncert w Turku z 2002 roku. I choć możemy tu doświadczać muzycznego „déjà vu”, to ujmuje mnie jego atmosfera, coś, co bardzo trudno argumentować. Uwielbiam zwłaszcza wykonanie „Hand of Doom” Black Sabbath.

 

 

 

Kolej na koncert w Hamburgu z 2003 roku, który bardzo lubię od strony muzycznej, natomiast nie mogę oprzeć się wrażeniu, że atmosfera na tym koncercie była dość chłodna. Zresztą często odnoszę wrażenie, ze Ville nie bardzo zależy na podtrzymywaniu kontaktu z publicznością i przypisuję to jego nieśmiałości oraz, lekkiemu bo lekkiemu, ale jednak poczuciu wyobcowania.

 

 

Zapewne niektórzy z Was zastanawiają się, gdzie się podział koncert na festiwalu “Rock am Ring” z 2001 roku? Dla wielu bowiem to ukochany gig HIM i “must” każdego fana. Jak mam to powiedzieć, bym nie została wywieziona na taczce…? 😀 Nie mam temu koncertowi nic do zarzucenia, ale po prostu nie jestem do niego emocjonalnie przywiązana. Może to kwestia światła dziennego, może samego Ville… bardzo trudno mi powiedzieć. I muszę się przyznać, że często mylę go z koncertem na festiwalu “Rock im Park”… ooops!

 

 

 

 

W moim rankingu nie mogę nie wspomnieć o koncercie studyjnym w “Viva Overdrive”. Młodziutki, ale już bardzo charyzmatyczny Ville, prezentuje tu niesamowite możliwości głosowe. Czuję wielkie zaangażowanie, pasję i wewnętrzny ogień całej piątki. A to wszystko otulone intensywną czerwienią niczym w filmie Davida Lyncha.

 

 

Na zakończenie wspomnę o jedynym koncercie HIM, na jakim miałam okazję być: w Gdańsku w 2015 roku. Razem z moim partnerem przyjechałam na niego z Francji, gdzie mieszkam od ponad ośmiu lat. Ulokowaliśmy się dość blisko sceny, więc kiedy popłynęły z niej pierwsze dźwięki, myślałam, że ich fala dosłownie mnie rozerwie, ale po kilku minutach jakoś się do tego przyzwyczaiłam. Cały koncert stałam jak wmurowana w podłogę i nie mogłam się ruszyć. Chciało mi się płakać. Wokół mnie ludzie skakali, śpiewali i krzyczeli, a ja byłam jak skamieniała, jedynie klaskając na zakończenie utworów. Czasami miałam wrażenie, że Ville spogląda mi prosto w oczy, ale kiedy po koncercie podzieliłam się tym spostrzeżeniem z Gillou, on powiedział, że też mu się tak wydawało. Tak więc to było tylko takie moje myślenie życzeniowe. 😉

 

 

Obecnie czekam z niecierpliwością na koncert w Zurychu w ramach “Farewell Tour”, 6 grudnia tego roku. Jestem niesamowicie ciekawa, jakie emocje i jakie myśli będą mi towarzyszyć przy okazji tego wyjątkowego pożegnania.

Tekst: Ewa Włodarczyk

Nooo…. bo już myślałam, że Ewa nie dodała tego koncertu „Rock am Ring” 😛 A to przecież legendarny ich występ hehe i mój ulubiony chyba 😀

A na koniec coś ode mnie XD

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

Emma-Gaala 2017 – Ville Valo z nagrodą: „Minęło trochę czasu od mojego ostatniego pobytu tutaj”

Dzień dobry!

Nareszcie coś ruszyło w newsach o zespole, a w zasadzie o Ville Valo, bo o nim będzie dzisiejszy wątek jak i cała notka. Otóż Ville otrzymał nagrodę Emma w kategorii najlepszy teledysk roku do utworu:

Emma-gaala to gala fińskiego przemysłu fonograficznego, organizowana przez Musiikkituottajat, IFPI Finland (fińska organizacja non-profit finansowana przez jej członków, reprezentująca przemysł muzyczny w Finlandii) W jej trakcie przyznawane są nagrody Emma lub Emma Muuvi. Wyróżnienia przyznano po raz pierwszy w 1983 roku.

Nagrody przyznawane są w dziewiętnastu kategoriach, w tym m.in.: Album hip-hopowy (Hiphop-albumi), Album rockowy (Rockalbumi), Album folkowy (Etnoalbumi) oraz Album popowy (Popalbumi).

16507973_743697739123597_4794841719809901705_n

Ville podziękował w krótkim wystąpieniu kiedy odbierał nagrodę:

Powiedział, że mu miło iż o nim sobie przypomniano ponieważ minęło sporo czasu odkąd ostatni raz się tu pojawił. Podziękował także swojej dziewczynie Christel, która z nim nie była bo świętowała urodziny swojej mamy 🙂 Urocze 😛

credit-to-omppudesignbest-video-of-the-year-credits-iltalethi

Gratulujemy a teraz weź się pan do roboty 😛

16473520_1417659768295732_5818236976521908548_n

W dalszej części zaprezentuję wam artykuł Ewy, która zdecydowała się napisać „parę” słów na temat naszego, a jakżeby inaczej, Valosa trochę z innej strony niż zazwyczaj 😀 Oczywiście niektórzy z was będą sceptyczni, bo nie wierzą w takie rzeczy, niektórzy się zgodzą ale myślę, że możecie przeczytać nawet jako ciekawostkę pośród braku informacjo związanej z działalnością zespołu. Z niektórych rzeczy pewnie już zdajecie sobie sprawę ale może i tak znajdziecie coś nowego 🙂

behind-the-scenes-photo

A Ville to temat rzeka więc czemu by nie pisać o nim skoro można 🙂 Jeśli więc i wy chcecie coś napisać, dajcie znać na maila Catherinenoir666@gmail.com


Czy Ville Valo jest ”dzieckiem indigo” ?

Myślę, że odpowiedź na to pytanie może być tylko bardzo subiektywna i niedefinitywna, oraz że każdy z nas może mieć własną opinię na ten temat. Jeśli o mnie chodzi, to kiedy moja koleżanka, Rachel, powiedziała mi o swoich spostrzeżeniach, uderzyło mnie to tak mocno, że długo pozostawałam w szoku. Natychmiast przebiegły mi przez głowę liczne fakty z życia Ville, ale także liczne cechy jego osobowości, które niesamowicie pasowały do tego, czym Rachel się ze mną podzieliła.

Wyczerpującą odpowiedź na pytanie “Kim jest “dziecko indygo”?” można znaleźć na licznych stronach w internecie i nie chce się tu rozpisywać o samym koncepcie, ale pragnę zilustrować go na przykładzie osoby Valo. Przychylenie się do teorii “dziecka indygo” jest bardziej kwestią światopoglądu, przekonań i sposobu patrzenia na życie w ogóle niż kwestią wymiernych dowodów. To także kwestia osobistego odczucia i intuicji. Bardzo często czujemy różne rzeczy, ale nie potrafimy ich udowodnić. Według mnie, to jest właśnie ten przypadek. Z pewnością więc znajdą się tacy, którzy się ze mną nie zgodzą,  ale i tacy, którzy nie wykluczą tej możliwości. Podkreślę, że nie napisałam tego artykułu, by skonstatować ostatecznie: “Tak jest i koniec!”. Napisałam ten artykuł, by odpowiedzieć na pytanie: “Dlaczego myślę, że Ville Valo może być “dzieckiem indygo” albo inaczej mówiąc “dusza, która inkarnowała sie, by wzbogacić naszą planetę o wysoką wibrację miłości i w ten sposób przyczynić się do jej ewolucji”.

Czy zdarzało się Wam myśleć o tym, co sama dla siebie nazywam “fenomenem Ville Valo”?   A może stanowicie jego część? Zwłaszcza na You Tube’ie jesteśmy świadkami prawdziwego poruszenia w jego temacie. Te wszystkie filmiki i dedykacje! I mnie to dotyczy, bo lubię sobie od czasu do czasu coś zmontować. Nigdy nie spotkałam się z takim zainteresowaniem w stosunku do artysty, naprawdę! W komentarzach do tych video często spotykamy opinie, które pokazują, jak bardzo dla wielu Ville Valo jest “wyjątkowy”, “wspaniały”, “genialny”, “uroczy” a nawet “anielski”. Jednak równie często poza okrzykami zachwytu trudno znaleźć rozwinięte uzasadnienie tych epitetów, tak jakby osoby je piszące coś wyczuwały, ale nie potrafiły tego dokładnie opisać słowami. W tekście poniżej spróbuję wyrazić słowami moje własne odczucia, wpisując je w kadr teorii o “dziecku indygo”. W osobowościach i w biografiach “dzieci indygo” można wyróżnić kilka istotnych cech, które są wspólne dla nich wszystkich.  To z  tych cech  postanowiłam zrobić mapę dla mojego artykułu.

  1. Miłość przede wszystkim

Cecha najważniejsza, więc znajdująca sie na czele listy: najistotniejszą wartością w życiu Ville wydaje się miłość.  Miłość i pasja (patrz: numer 2), ale pasję możemy zdefiniować jako miłość do tego, co nas fascynuje. Miłość jest jego największą motywacją i znajduje sie w centrum jego uwagi. Miłość jest wszechobecna w jego muzyce, którą zdefiniował jako “Love Metal”, co nie jest bez znaczenia. “Heartagram”, który narysował w dniu swoich dwudziestych urodzin i który stał się ważnym symbolem zespołu, zawiera serce, najbardziej uniwersalny symbol miłości. Miłość dominuje w jego tekstach, ale także zauważamy ją w jego zachowaniu, uśmiechu i  drobnych gestach.  No i miłość Ville do rodziców po prostu rzuca sie w oczy! Oto kilka cytatów.

“Fanka: Dlaczego piszesz tylko o miłości?

Ville: Nie jestem religijny, nie jestem zaangażowany politycznie, nie nalezę też do Greenpeace. Miłość i relacje międzyludzkie to coś, co naprawdę mnie interesuje.”

“Wierzę w muzykę. Wierzę w moc miłości, moich przyjaciół, ludzi, którzy mnie otaczają i w moc mojej rodziny.”

“Lubię serca. Są symbolem życia, miłości i człowieczeństwa. »

«Pytanie: Po co jest ci potrzebna kobieta ?

Ville: Potrzebuję bratniej duszy, z którą mogę być dokładnie taki, jaki jestem, nagi. To nie jest kwestia płci. Chciałbym, by ktoś wziął moje ciężkie, krwawiące serce i złożył je tam, gdzie jest ciepło i bezpiecznie. »

« Jeśli jesteś czyimś przyjacielem, to pie*rzysz fakt, ze twój przyjaciel lubi Madonnę, albo że jest chłopcem i lubi chłopców, albo że lubi czerwone mięso. To nie znaczy, że masz lubić chłopców albo jeść mięso czy lubić Madonnę. Możesz po prostu cieszyć się jego towarzystwem. »

  1. Misja

Dziecko indygo ma bardzo silne poczucie, że znalazło się tutaj, by wypełnić misję, którą  realizuje z wielkim oddaniem i miłością. Misją Ville byłoby więc tworzenie muzyki i jej prezentowanie, dzięki czemu może wpływać na ludzi, wzbudzać ich refleksje, sprawiać, że czują się lepiej i są zmotywowani do działania. Jego własne słowa zdają sie to potwierdzać.

« To było z Linde, około 1994 roku. To był czas pójścia na studia, rozpoczęcia czegoś, stania sie naprawdę dorosłym. Oboje czuliśmy, że muzyka jest o wiele ważniejsza, zrozumieliśmy, że jeżeli chcemy stać się rockerami, to nie możemy studiować w żadnej szkole. Musimy grac i tworzyć piosenki. Linde nadal mieszkał w Oulunkyläo, siedzieliśmy na jego balkonie i postanowiliśmy stworzyć zespól. Był letni wieczór, około ósmej. To był decydujący moment dotyczący zespołu. »

« Chciałem być w zespole, bo mam tą samą pasję, jaką miał Frodo z « Władcy Pierścieni ». Chcę umieścić gdzieś ten pierścień. Chcę stworzyć dzieło. Chcę stworzyć wielkie dzieło. Chcę robić rzeczy jak należy. »

« Wielu innych artystów, którzy śpiewają o nadziei, myśli, że to jest coś, co każdy nosi w sobie. Nie jestem pewien, czy to prawda. Dla mnie nadzieja to małe światełko, które nas prowadzi na naszej drodze, przypominając nam, że życie ma sens, kiedy mamy cele. Że w to wierzymy, to łatwiej powiedzieć niż zrobić. »

« Kiedy ludzie czują się źle, generalnie nie słuchają rzeczy pozytywnych. Słuchają zawsze czegoś mrocznego i depresyjnego. To jest coś w rodzaju katharsis. Przeżywają cierpienie z artystą, może tylko z innego punktu widzenia lub z innego poziomu. »

Pomimo, iż dziecko indygo ma głębokie poczucie, że znalazło się tutaj ze ściśle określonego powodu, nigdy nie czuje się tu naprawdę jak u siebie oraz czuje potrzebę ciągłego usprawiedliwiania swojego istnienia poprzez to, co robi. Pamiętam fragment audycji radiowej, w którym Ville zapytany « Dlaczego tyle pijesz ?», odpowiedział: « Kiedy wyszedłem z mojej mamy, no wiesz, stamtąd, to byłem tak przerażony, że natychmiast chciałem tam wrócić. To właśnie robię. Po prostu chcę się utopić.» Przychodzi mi też na myśl jedna z jego wypowiedzi, w której jasno mówi, że poprzez muzykę usprawiedliwia fakt, że żyje.

  1. Autentyczność i szczerość

334Uważam, że Ville Valo jest kimś bardzo autentycznym. Nawet jeśli jego fanom znane są dość częste zmiany jego wizerunku, którym się bawi, to wewnętrznie pozostaje wierny swoim wartościom. Bliscy mi ludzie wiedzą, że niespecjalnie wierzę w koncept « romantycznego mężczyzny » i Ville Valo jest pierwszym, któremu zaufałam w tej sprawie, przynajmniej jeśli chodzi o muzykę. Myślę też, że Ville tworzy przede wszystkim z powodu głębokiej potrzeby, a nie w celu uwodzenia publiczności czy manipulowania nią dla własnych korzyści.

Jeśli chodzi o jego szczerość, to pamiętam anegdotę, którą Ville opowiedział podczas jednego z wywiadów. Kiedy chodził do szkoły podstawowej, nauczycielka zorganizowała konkurs- zagadkę. Do wygrania była jedna marka fińska. Ville oszukał, posłużył sie słownikiem i zdobył nagrodę. Nie dawało mu to jednak spokoju i ostatecznie przybiegł do mamy z płaczem, pytając, co ma zrobić. Ta poradziła mu zanieść jabłko nauczycielce i powiedzieć jej prawdę. Tak też zrobił. « W głębi duszy zawsze byłem dobrym chłopcem », podsumował.

Kiedy ogląda się wywiady z Ville, często ma się wrażenie, że on nie mówi całej prawdy, oraz że prowadzi rodzaj gry z dziennikarzami i z odbiorcami, do których należy zgadnięcie, czy on kłamie lub żartuje czy tez nie. Nie myślę, żeby robił to w celu dezinformacji, ale raczej po to, by chronić coś, co jest dla niego bardzo cenne: swoje życie prywatne i życie wewnętrzne, do których dostęp mają jedynie osoby bardzo mu bliskie.

« Jakie jest największe kłamstwo, które powiedziałeś?

Nigdy nie byłem typem kłamcy. Kiedy byłem nastolatkiem i rodzice pytali mi się, czy paliłem trawkę, odpowiadałem po prostu „tak“. Było natomiast wiele kłamstw na temat mojego absolutnego szczęścia i na temat tego, że miałem się świetnie, podczas gdy byłem na granicy ataku serca, zaraz przed tym, kiedy zapisałem się na odwyk. Musisz czasem kłamać, inaczej stękasz cały czas o swoich problemach, a jest już wystarczająco wielu piosenkarzy rockowych, którzy spędzają na tym swoje życie, nie potrzeba jeszcze jednego na liście. Poddaję się bardzo rzadko i nigdy nie chcę zawieść ludzi, więc to nie było łatwe wytłumaczyć wszystkim: „Kur*a mać, potrzebuję przerwy. Staczam się.“ Musiałem sam siebie doprowadzić na granicę szaleństwa, zanim to się stało. Jesteś ciągle pod presją i nie chcesz zostawić przeszłości, podnosząc nogę z gazu, ale musiałem, inaczej kto wie, jak by się to skończyło.“

  1. Potrzeba samotności i niezależności

Dziecko indygo często potrzebuje być samo, żeby doładować baterie, i źle czuje się w tłumie. Natychmiast na myśl przychodzi mi to, co Ville mówi o koncertach, a mianowicie, że uwielbia śpiewać, natomiast bycie na scenie jest dla niego bardzo stresujące. Oglądałam kilka zarejestrowanych koncertów i za każdym razem mam wrażenie, że Ville jest chłodny w stosunku do publiczności, ale myślę, że nie jest to chłód emocjonalny, a raczej nieśmiałość i brak swobody w obecności dużej liczby ludzi. Myślę także o fankach, które szukają kontaktu z nim przy różnych okazjach. Zauważyłam, że nawet jeśli Ville stara się być uprzejmy, to nie bardzo umie się w tym odnaleźć i często obraca tego rodzaju sytuacje w żart, prawdopodobnie by pozbawić je znamion intymności.

Dziecko indygo ma wielką potrzebę kochania i bycia kochanym, ale jedynie przez osoby, które są mu drogie, które uwielbia i podziwia. Przypomina mi się, co Ville powiedział podczas jednego z wywiadów przy okazji promocji albumu „Love Metal“, odpowiadając na pytanie, czy członkom HIM zdarza się czasem wypić z fanami. Odpowiedział, że nie, i że to byłoby dziwne, bo bardzo trudne jeśli chodzi o konwersację. Powiedział, że ludzie są przekonani, iż znają chłopaków z zespołu, ponieważ słuchają ich muzyki, ale to iluzoryczne.

Ville przyznaje, że potrzebuje być sam, kiedy tworzy. Cytat poniżej pokazuje natomiast, że towarzystwo jego gitar jest tym, w którym czuje się najlepiej.

„Niektórzy czują się dobrze ze swoim partnerem, ja czuję się dobrze z muzyką. Z moimi gitarami wokół mnie zapominam o wszystkim, zapominam o presji prawdziwego życia.  Muzyka zawsze była ucieczką.“

mh3_a

Dziecko indygo jest bardzo niezależne i nie jest wpływowe. W przypadku Ville to także rodzice przyczynili się do jego niezależności.

„Moi rodzice są dość liberalni, co niekoniecznie dotyczy wszystkich w Finlandii. Na przykład nie byłem ochrzczony, kiedy się urodziłem. Moi rodzice pomyśleli, że jeżeli będę chciał wierzyć, zacząć wierzyć albo stanowić cześć jakiegoś kościoła, religii czy ruchu, będę mógł dokonać tej decyzji sam. To jest ten rodzaj zachowania, który naprawdę szanuję. Oni dali mi możliwość samodzielnego podjęcia wielu decyzji, co nie zdarza się często, w jakiejkolwiek części świata

Koniec części 1.

Tekst: Ewa Włodarczyk

Źródło: Ewa-Passions

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!