Out Of Control – „NOBODY but NOBODY out there is doing stuff like Les Friction is doing. Nobody dares!!!”

Cześć!

Już niedługo zaczyna się Amerykańska część trasy HIM – może znacie kogoś za Wielką Wodą kto się wybiera? 😀 Albo sami tam mieszkacie? Jeśli tak, dajcie znać i podzielcie się wrażeniami z pierwszych koncertów po przerwie z trasy pożegnalnej 🙂

Przypominam także tym co mają Fejsiki :P, że możecie dołączyć do naszego wydarzenia na FB o tutaj:

PoValonki – koncert HIM Warszawa 2017

Wiecie jak jest, w grupie siła 😀

——————————————————————————————————————

A zanim nastąpi początek końca i HIM zacznie w końcu ostatnie koncerty, zróbmy sobie przerywnik muzyczny XD

„NOBODY but NOBODY out there is doing stuff like Les Friction is doing. Nobody dares!!!” – Brian May, Queen.

Powyższy tekst można przeczytać wchodząc na stronę internetową Les Friction i w sumie nic w tym dziwnego, bo chyba nie można było wymarzyć sobie lepszej „reklamy” niż pochwała samego Briana, gitarzysty legendarnej grupy Queen.

Prawdę mówiąc nie byłem zdziwiony, gdy dowiedziałem się, że to właśnie gitarzysta Queen tak im „słodzi”, gdyż w ich muzyce można usłyszeć inspirację Freddym i spółką.

Les Friction to niezależna grupa muzyczna założona w Los Angeles. W jej skład wchodzą: Helmut Vonlichten (podobno tak naprawdę nazywa się Jeffrey Pfeifer), Nihl Finch (Christopher Jay Frankfort) oraz wokalista o pseudonimie Paint.

Helmut Vonlichten swoją przygodę muzyczną zaczynał w 2000 roku, w projekcie o nazwie E.S. Posthumus, który założył wraz ze swoim bratem Franzem. Projekt ten zakończył jednak swoją działalność w 2010 roku gdy zmarł brat Helmuta. Jako ciekawostkę dodam, że Helmut ukończył studia archeologiczne na Uniwersytecie Kalifornijskim.

Nihl Finch jest amerykańskim kompozytorem oraz producentem muzycznym. Urodził się 13 grudnia 1970 roku.
W 1996 roku zdobył nagrodę „Daytime Emmy” za muzyczny wkład do „Guiding Light”.

Niestety historia artysty o pseudonimie Paint jest mi zupełnie nieznana.

Wracając do Les Friction – zespół powstał w listopadzie 2011 roku a już w styczniu 2012 roku wydał debiutancki album o nazwie „Les Friction”. Grupa ma na swoim koncie dwa albumy studyjne.

Rodzaj muzyki, który grają to: Epic Music, Orchestral, Symphonic Rock, Modern Classical, Alternative Rock, Industrial Rock, Rock Opera. Wszystkie utwory komponuje Helmut wraz z Nihlem.

Albumy:

„Les Friction” – 2012

Les Friction” był promowany przez trzy single ale tylko do jednego powstał teledysk i to dopiero po dwóch latach:

 

 

„Torture” – pierwszy singiel:

„Louder than Words” – drugi singiel:

„Here Comes the Reign” – trzeci singiel:

Fragmenty utworu „Louder than Words” można było usłyszeć w trailerach do filmów „Harry Potter and the Deathly Hallows – Part 2” oraz „Oz the Great and Powerful”.

 

„Dark Matter” 2017

Album „Dark Matter” nie doczekał się jeszcze żadnego singla choć znajdują się na nim dwa utwory, które tak naprawdę krążą po sieci od kilku lat gdyż pierwotnie miały być chyba tylko pojedynczymi utworami ale w końcu i one trafiły na album.

 

 

 

„Who Will Save You Now” – singiel/nie singiel:

„Firewall” – singiel/nie singiel”

 

Jeszcze kilka utworów dla lepszego zapoznania się z twórczością tej grupy:

Tekst: LimaK

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

Reklamy

Czy uwielbienie Bama dla Ville Valo było przyczyną jego problemów?

Hello Sweethearts!

Ostatnio wypłynął pewien news dotyczący Bama Margery i jego dawnych powiązań z Ville Valo.

Gwiazda „Jackass” – Bam Margera i jego rodzina otworzyła się w nowym programie Epicly Later’d od Viceland, gdzie dyskutują o wszystkim, od jego uzależnienia od narkotyków i alkoholu do jego zmagań z bulimią.

Przeczytajcie co jego matka ma do powiedzenia na ten temat i jak uwielbienie Bama do osoby Ville mogło na niego wpłynąć.

Bam wyznał, że jego życie zaczęło się totalnie sypać, kiedy jego przyjaciel Ryan Dunn zmarł w wypadku samochodowym w 2011 r. (pijany prowadził samochód z prędkością ponad 200km/h i prawdopodobnie stracił panowanie nad pojazdem). Według jego przyjaciół wpadł wtedy w alkoholizm, natomiast jego matka ujawniła jego walkę z bulimią w najbardziej szczytowym punkcie jego kariery.

„Od zawsze chciał mieć ten szczupły, bardzo szczupły wygląd a to wszystko zaczęło się, kiedy zaczął przyjaźnić się z Ville Valo.” – mówi April, mama Bama.

„Ville jest najmilszym człowiekiem na ziemi ale on nigdy nie jadł, on tylko pił. Myślę, że Bam zaczął popijać piwo albo popijać cokolwiek, ponieważ podobało mu się to jak on wyglądał.”

„Poszliśmy kiedyś na obiad i nagle Bam przeprosił, bo musi się udać do łazienki” – kontynuuje April Margera -„Spytałam go czy wymiotuje, a on odparł że tak, dzięki czemu nie stanie się przez to gruby. Naprawdę nie lubię takich komentarzy, kiedy ludzie mówią, że przybrał na wadze lub że wygląda jak jego ojciec. Pił dużo alkoholu i cierpiał na bulimię dlatego właśnie wtedy był taki chudy”

Choć wydaje się, że Bam wyszedł na prostą to jego ojciec Phil przyznaje, że wciąż walczy z uzależnieniem. Skoncentrowanie się Bama na deskorolce trzyma go jednak z dala od nadużywania różnych substancji.

Z nagranego programu dowiadujemy się także, że jego żona Nikki Boyd jest w ciąży. Szczęśliwa para spodziewa się przyjścia dziecka na świat w grudniu.

Odcinek możecie obejrzeć tutaj:

Cóż… moim zdaniem żaden z nich nie był niewinny, ale nie sądzę, aby zganianie winy na kogokolwiek było pomocne. Dorośli ludzie jednak podejmują swoje decyzje prawda…?

Poza tym, co złego jest w tym że syn przypomina ojca? 😀 (mały żarcik huehue)

Myślę, że mama Bama przesadza i nie widziała, nie chce widzieć lub nie wie o pewnych rzeczach – jak to matka. O ile mi wiadomo Bam stał się sławny zanim poznał Ville i założę się, że już wtedy alkohol lał się strumieniami… Co do jego fascynacji Ville, to było widać gołym okiem – nie rozumiałam tego, bo nie rozumiem totalnego zapatrzenia się w swojego idola, nawet jeśli jest on przyjacielem, ale nie sposób też odmówić wpływu osób trzecich na czyjeś życie. Wychodzi z tego, że ich relacja była zarówno i toksyczna jak i wspaniała. Ale może już powinna przejść w końcu do historii, zamiast być ciągle wywlekana na nowo? Jak uważacie?


Wracając do HIM 🙂

Dowiedzieliśmy się, że jako support zespołu HIM (co dziwne, bo oni jakoś niezbyt często mają support 😀 ) zagra amerykański zespół Biters.

Chłopcy pochodzą z Atlanty i mają na swoim koncie dwa albumy i kilka EPek. Najnowszy album, który wyszedł w tym roku pt. „The Future Ain’t What It Used To Be” będzie tym, który zapewne panowie będą intensywnie promować.

A tutaj zostawiam wam ich starszy kawałek, żebyście mogli się zorientować co was czeka, zanim ujrzycie ryjek Valosa i reszty 😛

A tutaj krótkie wprowadzenie do zespołu, żebyście mogli ich poznać 🙂 Hm… szykuje się dobra zabawa? 😀

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

Out Of Control – Blondynka w akcji :D

Hej 🙂

Ville się zaszył nie wiadomo gdzie, ale my nie próżnujemy i staramy się dla was co jakiś czas podrzucać fajną muzykę 🙂 Tym razem prezentuję wam Reckless Love, o którym tekst napisała Ewa a którą stali bywalcy już pewnie kojarzą, bo to nie pierwszy jej tekst tutaj 🙂

Zapraszam do czytania i słuchania kolejnego zespołu w naszym dziale OOC – Reckless Love z Ollim jako liderem, którego pieszczotliwie nazywam „Fajną Laską” XD


Reckless Love. Trywialnie o miłości?

Moja przygoda z “Reckless Love” rozpoczęła się pod koniec lipca tego roku. Szukałam jakiegoś zespołu, który mógłby mnie zaciekawić, a to ten zespół mnie znalazł. 🙂 Właściwy początek to wideo zamieszczone przez koleżankę na FB. Kilka minut z programu fińskiej telewizji, podczas których dwie dwuosobowe drużyny rywalizują w konkurencji brania pryszniców z nieznajomymi. Mnóstwo śmiechu z libertyńskich Finów, wśród których odznacza się wytatuowany, platynowy blondyn o niezwykle pogodnej twarzy i dużym poczuciu humoru. To Olli Herman z “Reckless Love”. Moje poszukiwania na jego temat dopiero się rozpoczęły, a to, co odkrywam, coraz bardziej pobudza moją wyobraźnie i mnie inspiruje.

“Reckless Love” powstał w 2001 roku w Kuopio w Finlandii jako “Reckless Life”. Założyli go trzej przyjaciele z dzieciństwa: Olli, Jalle i Pepe, którzy w garażu wykonywali covery Guns N’ Roses oraz inspirowali się kalifornijskim rockiem z lat 80-tych. Nie różnili się niczym od innych garażowych zespołów, poza jedną rzeczą: mieli więcej zacięcia i pasji. Byli też trochę bardziej pozytywni i pogodni od swoich rówieśników. Na wydanie pierwszego albumu “Reckless Love” przyszło im czekać do 2010 roku, następnie wydali albumy “Animal Attraction” (2011), “Spirit” (2013) i “InVander” (2016) oraz “Reckless Love. Cool Edition” i składankowy “Born to Break Your Heart” z wersjami koncertowymi i akustycznymi wybranych utworów.

Niewątpliwie w znacznej mierze za sukces zespołu odpowiedzialny jest wokalista, Olli Herman Kosunen (ur. 19 maja 1983), który przyciąga uwagę charakterystycznym imagem. Jako chłopiec Olli był poważny i nieśmiały. Bardziej interesowało go przysłuchiwanie się rozmowom dorosłych czy pójście z tatą do opery niż budowanie z klocków. Jako nastolatek grał na saksofonie w orkiestrze dętej. Kiedy wszedł w wiek dojrzewania i okres odkrywania siebie, z nieśmiałego stał się bardzo energiczny i zauważył, że fascynuje go wszystko, co niecodzienne, dziwne i prowokujące. Zaczął zapuszczać włosy i nosić obcisłe spodnie. Jego idolem był David Lee Roth. Natomiast, gdy patrzy się na jego fryzurę, porównanie z Michaelem Monroe z “Hanoi Rocks” nasuwa się samo.

Olli z ojcem.

Olli rozsmakował się też w zabawie kobiecym rysem swojej fizyczności. Przedłużanie włosów i rzęs, całkowity makijaż czy wypełnianie ust kwasem hialuronowym nie są mu obce. Pozostaje w absolutnej zgodzie z samym sobą i krytykę innych w tym temacie kwituje uśmiechem. Nie ranią go uwagi, że jest powierzchowny. Więcej, taka postawa to w jego przypadku wynik głębszych przemyśleń. “Próbowałem być mroczny, kiedy byłem młodszy i to nigdzie mnie nie zaprowadziło. To dlatego świadomie zadecydowałem, że będę radosny i powierzchowny.”* Olli ma też bardzo sprecyzowane zdanie na temat męskości. „Nie uważam, by męskość miała coś wspólnego z tym, jak wyglądasz. To branie innych pod uwagę, znanie swoich granic i dbanie o to, za co jesteś odpowiedzialny. Lubię się zmieniać i wprowadzać ludzi w zakłopotanie.”*

Jego oficjalna strona na Facebooku pełna jest selfie i zdjęć robionych zarówno na Ibizie, jak i w salonie fryzjerskim podczas farbowania włosów. W przeciwieństwie do królującego na tym blogu Ville Valo, Olli nie waha się używać mediów społecznościowych, by przypominać o sobie fanom. Jedną z jego pasji jest jazda na “Penelope” Harleya-Davidsona. Olli może i prowokuje zacieraniem granic między płciami, ale nie jest w żadnym wypadku zniewieściały. 😉

Jeśli chodzi o ich muzykę, panowie z “Reckless Love” nawet nie starają się przekonywać, że “wynaleźli proch”. Zdają się doskonale bawić konwencją heavy metalu z lat 80-tych. Zaliczani są do zespołów glam metalowych, a sam Olli nazywa ich muzykę „merry metalem“.

Teksty piosenek, dalekie od głębokich rozważań, mówią przede wszystkim o pięknych kobietach, pożądaniu i mile spędzanych wspólnych chwilach. Są lekkie, żartobliwe, ale nie głupawe. Wyczuwa się w nich przymrużenie oka i ogromny dystans do podejmowanych tematów. Glos Olliego nie ma specjalnie charakterystycznej barwy, ale doskonale wpisuje się w tę konwencję. W realizowanych wideo zespół nie boi się kiczu, przerysowań i zabawy stereotypami.

Tak, jak chociażby w “Animal Attraction”, ironicznej piosence o uprawianiu miłości gdzie tylko się da. Ciekawostka: w teledysku do tej piosenki wszystkie role kobiece zagrała żona Olliego, Noora, której imię wytatuował on sobie na piersi po stronie serca. Olli i Noora rozwiedli się w lutym tego roku.

W “Push” Olli znalazł bardzo przyjemny sposób na przeczekanie mroźnych fińskich zim. 😀

Piosenka “Sex”wyraża filozofię, że kochanie się może mieć aspekt oczyszczający i uzdrawiający. Jestem za! 😀

Natomiast ich koncerty to musi być naprawdę dynamit! A wspólnie z „Santa Cruz” po prostu eksplozja. 😀

Na ostatnim albumie “InVader” znajduje się utwór “Hands”, który zaskoczył mnie intrygującym, delikatnie erotycznym tekstem skontrastowanym z dynamiczną i rytmiczną muzyką. Pokusiłam się nawet o przetłumaczenie tego tekstu na polski. 🙂

Wspinając się po wnętrzu mojego uda, gdy jestem na scenie

Jesteś w stanie sprawić mi przyjemność i ból

Jesteś moim

Jesteś moim

Jesteś moim płonącym pożądaniem na dwóch nogach

Teraz pozwól mi poczuć twoje place biegnące w górę i w dół mojego kręgosłupa

A jeśli pozwolisz mi poczuć to gdzie indziej, to się uśmiechnę

Granica jest cienka, nie przekraczaj jej dopóki nie zobaczysz jej w twojej głowie

Mówią, że przyszłość nie jest nigdy w twoich

Rękach

Chcę zobaczyć twoje

Ręce

Och, czy rozumiesz

Twoje sprośne rączki

Chcę je zobaczyć w powietrzu

Tak wysoko jak

Tak wysoko jak tylko potrafisz

Ręce

Chcę zobaczyć Twoje

Ręce

Teraz pozwól mi zobaczyć twoje

Ręce

Och, czy rozumiesz

Twoje sprośne rączki

Chcę je zobaczyć w powietrzu

Tak wysoko jak

Tak wysoko jak tylko potrafisz

O tak!

Wierzę, że wszystko, co robisz i czego nie robisz

Jest powiązane z twoją przyszłością i z tym, co ona przynosi

Powinnaś być ostrożna, kiedy podejmujesz mądrą decyzję tego rozmiaru

To żywe piekło na zewnątrz mnie jest naprawdę przerażające, kiedy wiem

Że jest ktoś taki jak ja, naciągający struny aż do utraty kontroli

Chodząca katastrofa, dokładnie jak ludzka katastrofa mojego rodzaju

To zdanie to: Przyszłość jest zapisana w twoich […]

O taaaaaaaaaak!”

W autobiograficznym utworze “Edge of Our Dreams” wyrażona jest cała determinacja, jaką członkowie “Reckless Love” wkładają w to, co robią. Moim zdaniem zespół ten jest świetnym przykładem, że można być szczerym i autentycznym, a zarazem dobrze się przy tym bawić, a nawet błaznować. Byłoby wspaniale, gdyby udało mi się trafić na ich koncert. Tego się trzymam! 🙂

* Cytaty pochodzą z artykułu “Olli the oddball” dla fińskiego magazynu “Trendi”. Wersja angielska tutaj: a no-star blog Tłumaczenie z angielskiego na polski: moje.

Tekst: Ewa Włodarczyk

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

 

 

Nieco bliżej niż Helsinki :D #Przygodnik

Dzień Dooobry!

Do końca wakacji zostało już niewiele czasu, no chyba że jesteście studentami – bez kampanii wrześniowej oczywiście, lub zacnie pracującymi ludźmi, którzy urlopu i tak mają znacznie mniej 🙂 Niemniej jednak, w związku z nadarzającą się okazją chciałam wam dzisiaj zaprezentować tekst o wycieczce do Czech.

Wszyscy z was kojarzą chyba ten teledysk:

To złote czasy ery HIM, Ville i Bam Bama 😀 Ale nie o tym teraz 😛 Niektórzy z was może wiedzą także, że teledysk do tej piosenki był realizowany w Czechach, czyli tuż tuż, u naszych sąsiadów. Ten uroczy zamek to Zamek w Ploskovicach – ale co ja będę wam o tym pisać…

Przeczytajcie tekst Sary, która tym samym debiutuje na łamach bloga 🙂


Jeśli ktoś z was był w Finlandii albo w innej lokalizacji powiązanej z HIM

i chciałby się podzielić z nami swoimi wrażeniami, zdjęciami, napiszcie maila: CatherineNoir666@gmail.com

w tytule maila wpisując PRZYGODNIK 😀


W HIM zakochałam się na przełomie lipca i sierpnia w 2014 roku. A dokładnie rok później udało mi się wkręcić na koncert. Wcześniej jednak, namówiłam moją rodzinę na wycieczkę do Pragi. Bardzo często robimy sobie takie wycieczki, głównie odwiedzamy Czeskie i Słowackie zamki. Dlatego rodzinka szybko się zgodziła – oni też myśleli o Pradze, choć nie mieli tych samych powodów co ja 😉

A powód był oczywisty – teledysk do „The Sacrament”. Po roku od zainteresowania się zespołem, znałam już ich wszystkie piosenki i przejrzałam wszystkie najbardziej znane fotki w odmętach Internetu. Zabrałam się więc za filmiki. No i tu miałam niespodziankę, bo okazało się, że jest coś takiego jak „Making of” do teledysków! Teraz miałam nawet wgląd, w których miejscach dokładnie HIM przebywał w Pradze.

Na dokładkę udało mi się znaleźć wpis fanki – niejakiej Liz – która też wpadła na ten sam pomysł, a nawet całkiem dokładnie opisała całą trasę do zwiedzania na swoim blogu (Plotbunnyhunter) Miałam, więc z górki.

Muszę tu tylko wspomnieć, że mieszkam na granicy Polsko-Czeskiej, dlatego mieliśmy cztery do pięciu godzin autem do stolicy, a z Pragi do Zamku Ploskovice jest około godziny. Nie było tak źle, ja lubię jeździć autem, bardziej niż pociągiem. Dlatego jeśli się ma sprawne i wygodne auto; mieszka w województwie Śląskim lub Opolskim, to wcale nie jest tak daleko jakby mogło się wydawać.

Chcę jeszcze uprzedzić, że nie trzymałam się prawie w ogóle trasy, którą Liz umieściła na blogu. Uzgodniłam z mamą, że to ona poprowadzi wycieczkę, a jeśli uda się też „zaliczyć punkty turystyczne związane z HIM”, to będę wystarczająco zadowolona. Szczerze mówiąc, najbardziej nie mogłam się odczekać zwiedzania Zameczku w Ploskovicach.

Dojechaliśmy na miejsce koło 10 rano 18 lipca 2015 roku. Było dość upalnie, miałam kapelusik na głowie i filtr 50+ w torebce. Zaczęliśmy zwiedzanie od dworca głównego PKP, gdzie mieliśmy parking 🙂 oraz pięknego budynku Muzeum Narodowego w Pradze (jeśli kogoś interesuje architektura, to zdradzę – jest to neo-renesansowy budynek według projektu Józefa Schulz’a z lat 1885-1891) Na przeciwko mamy pomnik Św. Wacława i McDonalnds. Ruszyliśmy zwiedzać Wacławską Aleją czy raczej placem Wacława. To bardzo dobre miejsce, żeby zacząć. W samym centrum w dzielnicy Nowego Miasta.

Potem skręciliśmy w prawo na Bramę Prochową – jeden z symboli Pragi. Jest to sześćdziesięciopięcio metrowa brama miejska w stylu późnogotyckim. Piszę o tym, bo tata ciągle mnie zadręczał pytaniami typu: No i co to za styl, pani architekt? A wszelkie pomyłki uwieczniał na kamerze wideo. (Stąd jest tylko 400 metrów do hotelu HIM – Design Hotel Josef) Ale my już sobie darowaliśmy.

Stamtąd przeszliśmy urokliwą uliczką na Rynek Staromiejski w Pradze (po drodze mija się muzeum figur woskowych). No a to miejsce znamy już z The Making of Sacrament i samego teledysku. Gdzie oprócz Ville widać kawałek pomnika Jana Husa, dwie gotyckie wieże Kościóła Najświętszej Marii Panny przed Tynem oraz Galerią Narodową w Pradze. Galeria ta składa się kilku obiektów, ale ten konkretny to Pałac Kinskich – w stylu rokoko 😉

(Według mojej skromnej opinii Praga to jedno z najpiękniejszych miast Europy razem z Wiedniem, ale nie będę się spierać)

Tutaj przeszliśmy obok Praskiego Zegara Astronomicznego, który jest częścią Ratusza Staromiejskiego, po czym zagłębiliśmy się w uliczki i kamienice Pragi, by dojść do Mostu Karola. Był wypchany po brzegi turystami i ulicznymi artystami. Co metr ma siedzisko jakiś malarz, rzeźbiarz albo muzyk. Przy wejściu na most stoi Kościół św. Franciszka z Asyżu. Obok jest mały placyk z tarasem widokowym na wzgórze zamkowe, most i rzekę Wełtawę. Dla zainteresowanych Ville stał po drugiej stronie wejścia na most, na podobnym tarasie przy muzeum.

Nie będę ukrywać, most jest naprawdę piękny, a rzeźby i latarnie nadają mu uroku. Choć bardziej pasowałaby do niego ponura jesienna pogoda.

Z mostu Karola przeszliśmy kolejnymi uroczymi uliczkami do barokowego kościoła św. Mikołaja. Po drodze jest kilka świetnych barów z dobrym czeskim piwem. Tam odbiliśmy już ostro pod górę do Zamku na Hradczanach. Pierwsze co tu się rzuca w oczy, to niesamowity widok na całą Pragę. Potem oczywiście sam zamek, który o ile dobrze pamiętam jest największym pod względem zajmowanej powierzchni zamkiem na świecie.

Tutaj też jest Złota Uliczka, choć ładna, to cena za zwiedzanie też jest na miarę złota. Nie skorzystaliśmy, tylko ukradkiem zajrzeliśmy. Zwiedziliśmy za to Katedrę Świętych Wita, Wacława i Wojciecha, której gotyckie i neogotyckie fasady zdobią najróżniejsze gargulce. Wnętrze przypomina Wielką Salę w Hogwarcie. Bardzo lubię gotyk, więc z podziwem się rozglądałam. Najpiękniejsze i efektowne były kolorowe witraże i rozeta.

Na koniec udaliśmy się na wzgórze Petřín – choć w takim upale nie polecam, a nawet polecam zamiast tego wyjazd kolejką liniowo-terenową. Którą my zjechaliśmy, zamiast wyjechać. Wobec tego obdarły mnie moje buty i nie wyszłam już na Wieżę Petrińską. To sześćdziesięciometrowa wieża widokowa, troszeczkę przypominająca niektórym Wieżę Eiffla.

Noc spędziliśmy w tanim hotelu na obrzeżach stolicy. Nie pamiętam już jak się nazywał, ale jak na jedną noc był idealny.

19 lipca wyruszyliśmy do Ploskovic.

Wujek Google pokazuje mi dzisiaj jedną godzinę i dwadzieścia minut. My dojechaliśmy też tak mniej więcej, jeśli nie szybciej z moim tatą kierowcą rajdowym. Odstrzeliłam się trochę w zwiewną kiecę, jak szaleć to szaleć. Niestety już na parkingu dostaliśmy złą wiadomość. Otóż pewna uprzejma pani poinformowała nas, że na zamku jest kręcony film i nie można zwiedzać budynku. Dostępne są ogrody i park.

Szczęka mi opadła. Byłam w szoku. Poczułam jakby ktoś przebił mnie szpilką i tak jak powietrze z balonu, cała radość i ekscytacja, ulotniły się ze mnie w sekundę. Tylko po to tu jechałam! Tak na to czekałam! A o ni mi z czymś takim wyjeżdżają? Ku ironii losu – HIM nie mógł nagrywać, bo musieli pozwolić turystom na zwiedzanie. A mnie zakazano zwiedzać, bo ktoś nagrywał film. Śmiać się czy płakać.

Na szczęście miałam familiadę za swoimi plecami i wszyscy zgodnie zaciągnęli mnie do parku, którego powierzchnia ma jakieś 8 hektarów, a aranżacja ogrodów wokół zameczku jest w stylu francuskim – jeśli coś to komuś mówi.

Pierwsze powitały nas okrzyki pawi. To fantastyczne zwierzęta, ale nie miałam pojęcia, że tak wysoko skaczą. Niektóre siedziały na gałęziach drzew i sfruwały potem parę metrów w dół.

Nagle między drzewami ukazał nam się fragment białej ściany barokowego zamku. A parę metrów dalej widziałam go już w całej okazałości. Była to jego północna elewacja, ta której nie było w teledysku. W lewym „skrzydle” mieści się szkoła podstawowa, a w prawym kawiarnia Pav.

Spróbowaliśmy wejść do budynku od tej prawej strony przy kawiarni. Zauważyłam, że drzwi były otwarte, a  w środku – w przedsionku – siedziały dwie starsze panie – najpewniej sprzątaczki. Gdy zobaczyły jak świecą mi się oczy, uśmiechnęły się i kiwnęły głowami. Pozwolono mi wejść do środka!

Znowu poczułam falę emocji i przeszłam przez ich pomieszczenie. Widziałam bałagan jaki zostawiła ekipa filmowa, ale okazało się, że w tej chwili kręcili sceny w parku! Miałam więc chwilę, by zakraść się do środka.

Przy schodach, które Bam Magera pokazuje w filmiku, stał wieszak z kostiumami. Szybko jednak o nich zapomniałam, bo oto na środku pomieszczenia stał … FORTEPIAN od Burtona!!!! Wydałam z siebie okrzyk radości i zasiadłam przy klawiszach. Całość została uwieczniona zdjęciem.

Następnie rozejrzałam się i stwierdziłam, że wszystko jest takie same! Biało-czarne kafelki, doniczka z kwiatkiem, barokowe rzeźby Atlasa podtrzymujące sklepienia.

Panie sprzątaczki widząc mój entuzjazm, postanowiły otworzyć mi drzwi na balkon! Więc zaraz rozkazałam tacie biec do ogrodu, by mógł mi zrobić zdjęcie niczym Julii… ekhem niczym Ville Valo na balkonie.

Wtedy, moje zauroczenie zespołem było jeszcze świeże. Niesamowicie było więc stać w miejscu, w którym dwanaście lat temu stał mój idol. Oprzeć ręce na balustradzie, którą on trzymał. Bardzo pozytywne uczucie.

Niestety oprócz holu ze klatką schodową i fortepianem nie dane było mi obejrzeć wnętrza. Podziękowałam więc ładnie paniom sprzątaczkom i udałam się do ogrodu. Pod balkonem na którym stałam, było wejście do podziemi, w których Ville śpiewa oparty o ścianę. Niestety były zamknięte na wielką kłódkę. Tacie udało się wsadzić aparat między kraty i cyknąć fotę.

Jak już zrobiliśmy sesję zdjęciową i sprawdziliśmy każdy dostępny kąt, musieliśmy się poddać i wrócić do samochodu. Byłam jednocześnie szczęśliwa i zrezygnowana. Szybko podęłam decyzję, że muszę tu natychmiast wrócić, gdy żaden film nie będzie kręcony!

Krótka informacja na koniec: zamek został odwiedzony przez Kim Kardashian i Kanye Westa. Co uznałam za profanację naszego świętego miejsca. 😀

Tekst: Sara (Szarratu)


No to kto się wybiera na weekend do Pragi? 😀

Na sam koniec dodam jeszcze, że bilety na Helldone rozeszły się jak świeże bułeczki a dostać je było trudniej niż zrobić fotki dobrej jakości UFO 😛

Także fińska trasa Helldone została wyprzedana, podobnie jak i nasz koncert w Warszawie bo właśnie Heartagram.com potwierdziło, że koncert jest wyprzedany co oczywiście wiedzieliśmy 5 minut po rozpoczęciu sprzedaży biletów, no ale jak oni mają zapłon jak silnik Diesla na mrozie to co się dziwić 😀

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

Helsinki – mój drugi raz #Przygodnik

Cześć 🙂

Wakacje w pełni więc większość z was ma zaplanowane wyjazdy, albo już jest po wypoczynku 😀 Jeśli ktoś z was wybrał się do Helsinek czy Finlandii w ogóle, to chętnie zapoznalibyśmy się z waszymi wrażeniami 🙂

Nasz blogowy, francuski łącznik czyli Ewa, znowu wybrała się do tego kraju, jednak tym razem już nie tylko z powodu pana Valo, ale po prostu z narastającego zamiłowania do tego kraju.

Co tym razem jej się przytrafiło? (jej pierwszą relację możecie przeczytać tutaj – Ewa w krainie Muminków 🙂 )

I jaki to związek miało z naszą wyprawą? (Helsinki, miasto gdzie nie ma nocy ale jest HIM 🙂 )


Helsinki – mój drugi raz (i nie ostatni)

Kiedy rok temu wróciłam z pierwszego pobytu w Helsinkach, od razu postanowiłam oszczędzać na kolejne wakacje w tym mieście, które w niewytłumaczalny, magiczny  sposób stało się MOIM. Przez okrągły rok dojrzewały we mnie plany, co jeszcze chcę zobaczyć, czego doświadczyć, a przed oczami miałam już sceny z przyszłego pobytu.

Wpadłam też na pomysł pewnego projektu, zaczerpniętego z filmu “Amelia” Jean-Pierre’a Jeunet’a. Zapragnęłam przedstawić moje wakacje w Helsinkach z punktu widzenia krasnala, w moim przypadku zrobionego w włóczki, którego nazwalam Ville. 🙂 Niestety już na drugi dzień po wylądowaniu zdałam sobie sprawę, jak bardzo jest to pracochłonne i że jeśli chcę być naprawdę TU I TERAZ, to muszę zarzucić mój projekt, co pozwoli mi w pełni cieszyć się chwilą obecną i patrzeć dookoła mnie, a nie jedynie na krasnala. Ville pojawił się tylko na kilku zdjęciach, ale towarzyszył mi przez cały czas, schowany w plecaku. 🙂

(Ja też mam swojego  – ale nie jest krasnalem a… Reniferem XD I nazywa się Valcio 😛 – C.N.)

Moja podróż rozpoczęła się od odwołania lotu ze Strasbourga do Amsterdamu, skąd miałam dalej lecieć do Helsinek. Jednak dzięki tej niedogodności na lotnisku w Strasbourgu poznałam Johna, również podróżującego do Helsinek. John odwiedził stolicę Finlandii, bagatela, 27 razy, bo jego tata mieszka tam od lat ze swoją fińską żoną. Nawiązała się między nami nić sympatii i  podróż do Paryża, specjalnym TGV wynajętym przez “Air France”, minęła nam szybko i przyjemnie. Następnie wsiedliśmy w samolot “Finnair” i z kilkugodzinnym opóźnieniem w stosunku do pierwotnie planowanego lotu, znaleźliśmy się w Helsinkach, życząc sobie pięknie spędzonego czasu.

Nazajutrz, 11 lipca, pognałam jak na skrzydłach do “Tiketti Galeria”, gdzie dosłownie ostatni dzień mogłam obejrzeć wystawę Ville Juurikkala “Right Here in My Eyes”. Zauważyłam, że przeniesiono do niej kilka zdjęć z HAM (“Helsinki Art Museum”), w którym ta sama wystawa zakończyła się już 3 lipca.

Po wyjściu z “Tiketti” z sercem na ramieniu ruszyłam do sex-shop’u Kariego Valo. Nie wiedziałam, czy będzie mnie pamiętał. W plecaku niosłam dla niego prezencik: kubek z Poznaniem, moim rodzinnym miastem. Na początku Kari nie bardzo mnie skojarzył, ale wspomniałam mu o mojej wizycie rok temu i o mailu, który wysłałam do niego pod koniec maja z zapytaniem, czy sklep będzie otwarty. Przypomniał sobie. 😀

Wspomniałam też o naszej Heartagramowej ekipie z Catherine na czele. “Ach tak, jedna z tych dziewcząt dała mi swój obraz, o ten.” i wskazał na płótno wiszące nad drzwiami wejściowymi. “A jak ta dziewczyna ma na imię?”, “Emanuela” – odpowiedziałam, “Emanuela” – powtórzył Kari.

(I pomyśleć, że Mel nie była pewna czy go zabrać 😀 A teraz wisi sobie w sex shopie pana Valo XD – C.N.)

Kiedy wręczyłam mu kubek, Kari bardzo się wzruszył. Naprawdę nie spodziewałam się aż tak żywiołowej reakcji z jego strony. Obracał kubek w dłoniach i powtarzał “Jaki on ładny!”, “Podoba mi się, że jest zielony w środku. Bardzo lubię ten kolor.” i uściskał mnie tak mocno i z takim uczuciem, jakbyśmy byli parą dobrych znajomych. Powiedziałam, że tym razem chcę kupić koszulki, jedną dla mnie i jedną dla koleżanki. Miałam na oku model z taką babeczką i kajdankami, ale niestety prawie wszystkie koszulki z tym wzorem wyprzedały się podczas festiwalu TUSKA. Stanęło więc na modelu klasycznym, jedynie z logo sklepu.

Kiedy już je wybrałam, Kari niespodziewanie zaproponował mi: “Może ją założysz? Możesz przebrać się tutaj” i wskazał na drzwi za ladą, które były drzwiami toalety. 😀

Potem rozmawialiśmy jeszcze o Laponii, o kąpielach w przeręblach, a także wymieniliśmy kilka słów o końcu HIM. Gdy wspomniałam, iż czuję, że Ville szykuje solowy projekt, Kari powiedział: “Tak, Ville jest od zawsze w muzyce. Żartuje, że będzie śpiewał na promie do Sztokholmu.” i zaśmiał się na własne słowa. 😀 Na pożegnanie tym razem to ja uściskałam Kariego i zostałam obdarzona komplementem, po którym po prostu stopniało mi serce. “You are a wonderful woman.” brzmiało mi w głowie do końca dnia. To było niesamowite spotkanie, pełne emocji i autentycznej radości.

(Ja wam mówię, pan Valo to taki fajny flirciarz w fińskim stylu, podejrzewam, że Valo ma tak samo XD Ale fakt Ewa, wyglądacie już jak para dobrych znajomych 🙂 – C.N )

Nazajutrz postanowiłam pojechać na wyspę Seurasaari, na której znajduje się skansen Finlandii, ze zrekonstruowanymi domostwami i zagrodami, do których można zaglądać, jeśli kupi się bilet. Okazała się ona bardzo przyjaznym miejscem dla wiewiórek, które dają się podziwiać z całkiem bliska i karmić orzeszkami.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Po ponaddwugodzinnym pobycie na Saurasaari i po krótkiej regeneracji w uroczej kawiarence, gdzie raczyłam się przepysznym ciastem z koniakiem (Dieta na wyjazdach nie obowiązuje! 😉 😀  ), ruszyłam w kierunku wieży Valo, która znajduje się całkiem niedaleko wyspy. Idąc tak w jej stronę, zastanawiałam się, czy Ville zdarzało się dokarmiać wiewiórki na Seurasaari i uśmiechnęłam się na tę myśl. 😀 Zaskoczyło mnie, że wieża wcale nie jest taka wysoka, jak to sobie wyobrażałam i jak to sugerowały zdjęcia w internecie. Zrobiłam kilka fotek i poszłam sobie posiedzieć w parku ta tyłach wieży.

Wieczorem wybrałam się do pubu “The Riff”. Zamówiłam piwo „Karhu” (hi hi hi!), rozsiadłam się wygodnie i uwieczniłam kilka ścian. 😀

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

A skoro jestem przy lokalach, to chcę napisać jeszcze o dwóch miejscach. Pierwszym jest sieć restauracji “Soppakeittio” specjalizująca się w zupach. Jedna z tych restauracji znajduje się w Kauppahalli, tuż przy Kauppatori. Każdego dnia jest inne menu. Jadłam tu trzy razy i za każdym byłam zachwycona. Zupy są przepyszne i niedrogie, a najeść można się naprawdę do syta.

Drugim miejscem jest “Mumin Kaffe”, których w Helsinkach również jest kilka. Ja odwiedziłam kawiarnię na Liisankatu. Bardzo miłe miejsce, przyjazne dzieciom, gdzie można zjeść ciacho, wypić kawkę i powrócić trochę do dzieciństwa. 😀

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

W piątek pojechałam autobusem do Porvoo, 50 km od Helsinek. Porvoo to drugie, po Turku, najstarsze miasto Finlandii. Znane jest ze swojej uroczej starówki oraz czerwonych drewnianych budynków nad brzegiem rzeki Porvoonjoki, które służyły niegdyś za magazyny, gdzie składowano towary przybyłe z odległych krajów. Idąc w stronę starówki, natknęłam się na sklep z płytami, “Riverside Records”, który po części jest komisem. Za pierwszym razem odkryłam “Music Hunter”, a tym razem sklep w Porvoo! 😀

Zapytałam życzliwego sprzedawcę, czy ma coś HIM, a on poprosił mnie, bym zaczekała kilka minut i zanurzył się w stertach płyt na tyłach sklepu. Wrócił z trzema tytułami, a ja zdecydowałam się na dwa z nich. Powiedział, że ma też fińską biografię HIM w dobrej cenie i nawet zaczął jej szukać, ale niestety gdzieś się zapodziała.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

No właśnie, podróże to nie tylko spotkania z miejscami, ale także z ludźmi. Tak, jak spotkanie z Davidem podczas jednego ranka, kiedy przechadzałam się po rynku Kauppatori i oglądałam stoiska. Moją uwagę przykuł stolik z kamieniami i drucianą biżuterią z kamieniami, a że uwielbiam takie rzeczy, to zatrzymałam się i zaczęłam uważniej się im przyglądać. Sprzedawca zagaił mnie i dowiedziałam się, że jest Kolumbijczykiem, że sam szlifuje swoje kamienie i sam tworzy prezentowaną biżuterię, także bezpośrednio na stoisku. Zaczęliśmy rozmawiać o energii kamieni, o energii w ogóle i w miarę rozwoju rozmowy pojawiła się we mnie chęć, by kupić jedną z jego zawieszek, ale wolałam, by zrobił ją specjalnie dla mnie. Wybrałam opal andyjski, który okazał się dość drogi, a do tego dochodziła jeszcze jego oprawa. Powiedziałam wprost Davidowi, że nie mogę sobie pozwolić na ten kamień i zaczęłam szukać innego, a wybór był przebogaty.

Na to David zwrócił się do mnie: “Emanujesz tak piękną energią, że chcę, żebyś miała kamień, który cię przyciągnął. Chcę, żebyś miała coś ode mnie. Sprzedam ci go taniej i zrobię ci z nim coś pięknego.”, po czym dodał: “Wiesz, najfajniej jest, kiedy nie szukamy, ale po prostu znajdujemy. Ty znalazłaś.” Przeszył mnie dreszcz wzruszenia. Po piętnastu minutach wręczył mi gotową zawieszkę, uściskał mnie, ucałował… i dal mi jeszcze grudkę cytrynu w prezencie. 😀

Cały ten tygodniowy pobyt był pełen wzruszeń. Podobnie jak za pierwszym razem, czasami aż nie chciało mi się wierzyć, że tego wszystkiego doświadczam. Kiedy ostatniego dnia spacerowałam brzegiem morza, zachciało mi się płakać, a następnie pojawiło się we mnie uczucie przeogromnej wdzięczności za to, że mogę tu być oraz pragnienie, by znowu tu wrócić.

To już postanowione.

Od września będę oszczędzać na mój trzeci raz w Helsinkach. 🙂 Zainteresowałam się tym miastem z powodu Valo, ale obecnie moja fascynacja tym miejscem znacznie wykracza poza HIM-owy kontekst. A co, jeśli trafiłam na HIM, żeby trafić do Helsinek? Czuję się tu jak u siebie.

A dla zamknięcia całej historii dodam tylko, że do Francji wracałam… z Johnem. 😀

Tekst i zdjęcia: Ewa Włodarczyk


No cóż, jak wiadomo wszystko co dobre kiedyś się kończy 😦 Jeśli jednak ktoś z was również był w Finlandii, lub dopiero ma taki zamiar i chciałby się podzielić z nami swoimi wrażeniami, zdjęciami, napiszcie maila: CatherineNoir666@gmail.com

w tytule maila wpisując PRZYGODNIK 😀

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

„Nothing lasts forever”- książę Valo przerywa milczenie na festiwalu Miljoona Rock :)

Greetings Sweethearts!

Dzisiaj będzie notka informacyjno – organizacyjna, a do tego nawiążę do ostatniego postu, który wywołał nieco kontrowersji 😀 Nie, nie będę się łasić ani przepraszać 😛 A nawet jeszcze ciut podgrzeję atmosferę XD

Na samym początku jednak, chciałam podziękować wszystkim tym, którzy wzięli udział w dyskusji i co więcej, utrzymywali ją na wysokim poziomie 🙂 To mnie przekonuje, że jednak fani HIM mają w sobie dużo kultury i póki co, nie muszę się martwić o banowanie kogokolwiek (sorry LimaK XD)

Panowie z HIM zagrali kolejny festiwalowy koncert, który ponownie miał miejsce w Finlandii – był to festiwal Miljoona Rock i przy tej okazji w końcu Książę Valo udzielił wywiadu, w którym mówi nareszcie o rozpadzie zespołu, planach na przyszłość itp.

Wywiad jest po fińsku, ale ma napisy angielskie więc myślę, że część z was będzie w stanie zrozumieć o czym on mówi. Niestety nie mam czasu na tłumaczenie, ale generalnie opowiadał o rozpadzie zespołu, że rozmawiali z chłopakami o nowej płycie i kierunku w jakim podążała ich muzyka. Ville znów nawiązał do gwiazd, które nie były na swoim miejscu – dyplomatycznie jak polityk (oczywiście podkreślił, że nie chce tak zabrzmieć hehe Valos Polityk, ale by była jazda XD Z tymi jego wywodami, to by nie opuszczał mównicy :P)

Według niego muzyka brzmiała dobrze, ale nie było tej ekscytacji, która powinna być. Priorytety się zmieniły niestety. Podkreślił przy tym, że to nie była tylko jego decyzja i że z tego powodu miał ból głowy oraz był zaniepokojony, gdyż zespół to ogromna część ich życia.

 

Zapytany, czy ma do udowodnienia jeszcze coś komuś lub sobie samemu, odpowiada że zawsze ma sobie coś do udowodnienia, lecz jako zespół już nie bardzo. Ville użył terminu „Złotej Klatki” jako określenia jego sytuacji, gdzie fani oczekują od niego pewnego rodzaju muzyki, a zespół jest jednocześnie bardzo cenny i jednocześnie bardzo wiążący. Stwierdził, że mają piosenki od których nie chcą uciec, czy się ich pozbyć, ale jednak ich nie powtarzać. Powiedział także, że nie są na tyle odważni, by zrobić totalnie inny album jak to zrobiło U2. Generalnie chodzi mu o to, że nie można kontynuować czegoś, jeśli wszyscy nie są usatysfakcjonowani.

Poza tym, Valo nic nie wie o żadnym DVD z koncertów. Ponadto Valos nie zamierza podlewać kwiatków XD (Hell no! :D), choć to lubi i podobno jest w tym dobry huehuehe I ma jakieś tam plany solowej kariery – lubi muzykę głośną ale i melodyjną, więc jeśli będzie coś kombinował to prawdopodobnie będzie miało to brzmienie podobne do HIM.

Co do samego festiwalu Miljoona Rock – uważam, że było lepiej niż na Tuska. Być może pan Valo miał lepszy humor czy coś. Nawet głosowo wydaje mi się, że było lepiej, choć nadal podtrzymuje swoje zdanie z poprzedniej notki co do tej kwestii.

Tutaj możecie zobaczyć występ z innej perspektywy 🙂

A pamiętacie naszą wycieczkę do Helsinek? Tym razem do Finlandii pojechała nasza francuska korespondentka Ewa 🙂 I oczywiście odwiedziła pana Kariego Valo – a pan Kari Valo jak to pan Valo – flirciarz w fińskim stylu XD Nie dość, że Ewę pamiętał, nas też, to jeszcze mogę z dumą ogłosić, że obraz Mel – naszej blogowej korektorki wywiadów, która także jest artystką, wisi w sklepie papy Valo! ! !

GRATULUJEMY!

(I teraz czekamy aż Ville go obczai i podkradnie na okładkę do solowej płyty :D)

Nasza Ewa tymczasem już wróciła do domu, więc czekajcie na jej relacje z Helsinek i z tego, jak się przebierała u papy Valo w toalecie w koszulkę zakupioną w jego sklepie 🙂

A tutaj macie dwie panie + ryjek Valosa 😀 Zdjęcie zostało zrobione w jego nowym domu – od razu wyjaśniam, zanim się pojawią komentarze o stalkowaniu go – znajomy tych pań sprzedał Ville jakieś muzyczne graty, więc dlatego miały okazję zrobić sobie z nim fotkę. Nie czaiły się pod jego domem 🙂

Teraz chciałam nawiązać do tematu grupy FB, bądź stronki bloga na FB. Sama takowych nie posiadam, ale jeśli jesteście zainteresowani nowinkami, zapowiedziami tego, co się ukaże na blogu oraz informacji o tym, co się właśnie na nim ukazało, to zapraszam was tutaj:

Rambo Rimbaud Polish Fansite

Współpracuję z autorką już od dłuższego czasu, więc ma ona moje pełne pozwolenia na publikację 😀 Zapraszam serdecznie HIMofanów 🙂 I niech was nie zmyli nazwa – to tylko „chłyt” marketingowy, żeby się wyróżnić pośród wszystkich HIM stron, Valo stron itp. Stronka informuje o poczynaniach całego zespołu.

Ok, gotowi?

Czas trochę namieszać 😀

Widzicie tą panią? Ja to przy niej jestem… Bardzo delikatna XD Ona natomiast się nie bawi w uprzejmości 😛 Otóż pani ta jest dziennikarką magazynu fińskiego Ilta – Sanomat i napisała ona relacje z koncertu HIM z festiwalu Tuska. Brzmi ona mniej więcej tak:

Imponujący początek.

HIM zaczął początek koncertu z mocnym basem, który objął nawet dźwięk głosu Ville Valo i wszystko inne na scenie, kiedy rozpoczęło się „Buried Alive by Love”.

Wkrótce po rozpoczęciu koncertu nastrój zaczął się psuć. Valo wydawał się być bardzo marudny na scenie. Skierował do publiczności kilka rozflirtowanych uśmiechów, lecz jednak były one dla niego trudne i wręcz go przytłaczały.

Zespół nie komunikował się na scenie przez cały koncert a Valo stojący na czele zespołu, był jak samotna, leniwa latarnia morska. Grali hit za hitem, ale żadna z piosenek nie wywołała entuzjazmu pośród frontowych fanów. Cały koncert był jak pudełko od prezentu, obwiązane jedwabnymi wstążeczkami lecz w środku nie było nic.

W końcowych fazach koncertu młodzi fani patrzyli na swojego idola z desperacją.

Charyzma Valo nie uleciała ale jego motywacja i pokora już tak. Jako słuchacz, byłam poirytowana, że atmosfera na festiwalu została kompletnie zatracona.

Źródło: Ilta – Sanomat

I teraz jeszcze na zakończenie tekst Ewy – naszego francuskiego łącznika, która chciała się wypowiedzieć na temat tego, co znaczy być fanem.

« Czy głos Ville to łabędzi śpiew? »

albo « Co to znaczy być fanem ? »

Jeśli ta notka ma podwójny tytuł, to jest dla tego powód. Piszę ten artykuł, zainspirowana jednym komentarzem, który ukazał się pod poprzednim wpisem na blogu (“Tuska 2017 – czyli coś sobie pochodzę i pośpiewam, a potem zdradzę że…”), i który wywołał pewne poruszenie. Autor tego komentarza wyraził opinię, że ów wpis ma znamiona hejtu, a uwagi o prezencji Valo są “płytkie”. Nie, nie piszę tego artykułu, by polemizować z opinią komentującego, a tym bardziej, by go do czegoś przekonywać. Komentarz tej osoby zainspirował mnie natomiast do pewnej refleksji, którą wyłuszczę poniżej.

W swoim komentarzu owa osoba nie zgodziła się z opinią Catherine, że – najogólniej ujmując – wydaje się, iż wokal Valo w ostatnim czasie znacznie się pogorszył, a że osoba ta jest zawodowym wokalistą, to wie, o czym mówi. Jeśli o mnie chodzi, nie jestem specjalistką: ani zawodowym muzykiem ani trenerem śpiewu, ale zgadzam się z opinią Catherine oraz kilku innych osób komentujących jej artykuł. Dla mnie wokal Valo nie prezentuje się tak, jak kiedyś, a także zauważam, że obecnie jego podejście do własnego śpiewania jest również inne. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mu się po prostu mniej chce, tak jakby coś w nim zgasło czy się wypaliło. To moja osobista opinia, za którą biorę pełną odpowiedzialność.

Owszem, to opinia, która nie jest zbyt przychylna Valo. I w tym miejscu pojawiają się pytania, będące sednem tego artykułu: “Czy jako kompletna amatorka mam prawo wygłaszać taką opinię?” oraz “Czy ta opinia jest godna fana, czy raczej hejtera HIM?”. A te pytania zawierają się z kolei w pytaniu bardziej ogólnym: “Co dla mnie znaczy być fanem?”. Na ostatnie odpowiem przez negację.

Bycie fanem na pewno NIE OZNACZA bałwochwalczego podejścia do mojego idola. Bardzo mnie męczy nieustanne pozostawanie na kolanach. Idealizowanie moich ulubionych muzyków, osobowości kultury czy ogólnie ludzi, z którymi mam kontakt, kończyło się dla mnie zawsze boleśnie. Nikt z nas nie jest idealny i to czyni nas interesującymi i wartymi poznania.

Tak jest też z Valo. To skomplikowany facet, pełen sprzeczności i niedoskonałości. Jako jego fanka nie czerpię dzikiej przyjemności z moich obserwacji, że jakość jego głosu się pogorszyła oraz nie czekam, aż lub czy definitywnie polegnie. Tak, to byłyby oznaki hejtu. Tymczasem ja zastanawiam się, co może być tego przyczyną. Na myśl przychodzi mi jego alkoholowa przeszłość i nałogowe palenie, które mogły się do tego przyczynić i jest mi po prostu smutno, a także zwyczajnie i po ludzku złoszczę się na niego. To oczywiście jego życie i jego wybory, ale że lubię skubańca, to prowokuje on we mnie przeróżne emocje.

Nie jestem specjalistką, ale ufam mojemu własnemu odbiorowi jego śpiewu i jego osoby. Daję sobie do tego pełne prawo, bez narzucania mojej opinii innym. Inni mogą się ze mną nie zgadzać, ale czyjeś zdumienie czy sprzeciw w żaden sposób nie wpływają na moje własne odczucia i obserwacje. Daję sobie prawo do bycia subiektywną oraz do niebycia specjalistką we wszystkim. Moja opinia ma znaczenie dla mnie samej i dla mojej “relacji” z Valo, która ewoluuje, zmienia się, a także przechodzi kryzysy, zupełnie jak w realnym życiu, o czym nie tak dawno rozmawiałyśmy z Catherine. W moim własnym odczuciu bycie fanem nie wyklucza bycia krytycznym, nie wyklucza niezgody z pewnymi zachowaniami czy posunięciami idola, nie wyklucza też żartowania z niego.

No właśnie, jeszcze krótko o żartowaniu czy o “chichraniu” z Valo, jak to uroczo napisała w swoim komentarzu pod artykułem o Tuska Olka. Poczucie humoru jest dla mnie jak powietrze. Uwielbiam żartować, także na własny temat. Osoba z poczuciem humoru z pewnością odróżni je od drwiny czy złośliwości. Uważam, że żartowanie z naszych idoli jest bardzo zdrowe i nie ma nic wspólnego z hejtem. Powiem coś, co zabrzmi jak paradoks: Dystans do naszego idola spowodowany śmiechem sprawia, że staje się on nam bliższy, bardziej dosięgalny, bardziej “z krwi i kości”. Zdejmujemy go z piedestału i stawiamy obok siebie, na równi, jak partnera. Nawiązuje się dialog, choćby tylko wewnątrz nas samych, rodzi się inspiracja. Osobiście, w moich idolach nie szukam figury, do której mogę się modlić, ale szukam elementów nam wspólnych, “esencji”, która nas łączy, przy absolutnym poszanowaniu ich odmienności i unikalności. Śmiech jest doskonałym środkiem do ogarnięcia paradoksu, że choć każdy z nas jest inny, to tak naprawdę wszyscy jesteśmy też tacy sami.

Tekst: Ewa Włodarczyk

Cóż… Mam nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony 🙂 Moim zdaniem także bycie fanem nie polega tylko na wzdychaniu i idealizowaniu tak bardzo, żeby nie widzieć kiedy nasz idol czasem zawali sprawę 🙂 W pewnych momentach trzeba tupnąć nóżką i powiedzieć – Ej, koleś co ty odpi#$%sz? 😀 I nie ma w tym nic złego bo ostatecznie i tak przecież wszyscy go kochamy 😀

Zapraszam do dyskusji 😀

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!