The sacrament is ALL OF you – relacja z koncertu w Zurychu

Hello Sweethearts 🙂 Komu zimno? XD

Wiecie jak to się mówi –> Psy szczekają, karawana idzie dalej 😀

I tak samo idzie pan Valczak wraz z kolegami, koncert za koncertem, aż do tego ostatniego…

 

Na przystawkę serwuję wam dzisiaj nieznany wywiad, w którym pan Valo wypowiada się o modzie 😀 I nie, nie tylko w stylu – a biorę se czarną koszulkę, jakieś tam spodnie i zarzucam marynarką XD Aha.. no i dodatkowo ubieram się w urok osobisty 😛

Posłuchajcie sami (wywiad po angielsku z niemieckimi napisami)

Zaś na danie główne —> leci relacja z koncertu w Zurychu (jeszcze ciepła 😀 no prawieeee…:P)


« The sacrament is ALL OF you »

HIM  w Zurychu

Oczekiwanie na ten koncert było dla mnie bardzo szczególne. Bilety kupiłam już pierwszego dnia sprzedaży, a że mieszkam we wschodnio-centralnej Francji, to najbliżej miałam na koncert w Zurychu. Dziewięć miesięcy ambiwalentnych uczuć, takich jak radość, smutek, złość, rozczarowanie i nadzieja. Dziewięć miesięcy życia fana na kolejce górskiej. 😀 Jechałam więc na ten koncert trochę niepewna: W jakim humorze będzie Ville? No i jak tam z głosem? Świetny występ w Warszawie i entuzjazm naszych poValonek nastawiły mnie jednak bardzo pozytywnie. Początek koncertu zaplanowano na dwudziestą, otwarcie bramek na dziewiętnastą. Mój ukochany i ja do Zurychu dotarliśmy przed szesnastą. Byłam poddenerwowana i popędzałam go trochę, podczas gdy on krążył, szukając parkingu blisko klubu X-TRA:
Kurczę, Gillou, ja chcę stać z przodu. Już jest czwarta, pewnie już zebrał się tłum ludzi!”.
A zależało mi, żeby być w pierwszym rzędzie, bo na ten koncert przygotowałam specjalny różowy kaszkiet, który zamierzałam rzucić na scenę. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że przed klubem o czwartej było tylko kilka osób! Zajęłam swoje miejsce i powiedziałam stanowczo, że już się stąd nie ruszam.
Kolejka wydłużała się bardzo powoli, ale skutecznie. Ochrona otworzyła bramki punktualnie.
Gillou i ja szybko udaliśmy się do szatni, która okazała się płatna, a nie mieliśmy gotówki, tylko karty… więc klops. Trzeba było jakoś przeżyć ten koncert z jedną kurtką kompletnie sprasowaną w małym plecaku, a drugą między nogami. Jeszcze tylko toaleta i szybciutko po schodach na górę.
O pierwszym rzędzie mogłam sobie pomarzyć! Udało mi się stanąć w czwartym. Nie byłam pewna, czy  kaszkiet doleci na scenę. Koniec końców zrezygnowałam. Mówi się trudno.

Na rozgrzewkę wszedł “The Biters”. Został przyjęty bardzo entuzjastycznie. Wokalista okazał się zabawnym gadułą. Zachęcał ludzi do klaskania i wymachiwania rękami na różne sposoby. Komplementował dziewczyny stojące z przodu, zagadywał też do bardziej oddalonej publiki. Ich około godzinny występ był połączeniem nieco przerysowanego scenicznego aktorstwa z popisami gitarowymi. Słuchało się tego dobrze, ale trochę jak godzinnego jednego utworu. Na pierwszy odsłuch piosenki wydawały mi się bardzo do siebie podobne, nie miały w sobie nic charakterystycznego. Chłopaki są, jak na mój gust, za bardzo wystylizowani i za bardzo chcą udowodnić, że są totalnie rock’n rollowi. Ich żywiołowy występ pozwolił jednak trochę rozładować narastające napięcie.

Nareszcie nadszedł tak długo wyczekiwany moment! Weszli ONI. Valo na końcu, jak ma to w zwyczaju. Nagle poczułam, że tłum wokół mnie się zacieśnia i jego parcie przesunęło mnie delikatnie w prawo. Bycie ściśniętą jak sardynka w puszce nie przeszkodziło mi jednak zauważyć, że od pierwszych chwil koncertu Ville tryskał doskonałym humorem. Rozkosznie było patrzeć na jego uśmiechy, posyłane w stronę publiki gesty, spojrzenia i żarty, a to wszystko z “taką pewną nieśmiałością”. 😀 Cały koncert Ville był czarujący i był też czarusiem.           W pewnym momencie miałam wrażenie, że zauważył mój różowy kaszkiet i napis na daszku (który był swego rodzaju mrugnięciem oka w stronę naszych poValonek i ich transparentu z Warszawy 🙂 ), i że uśmiechnął się do mnie, nawet kilka razy, ale wiecie, jak to jest… każdemu się wydaje, ze wokalista patrzy właśnie na niego. Fajnie jest mieć to przekonanie, ale prawdy się nie dowiemy.

Pomyślałam, że może podaruję Valo ten kaszkiet przez jego tatę, kiedy przyszłego lata zawitam ponownie w Helsinkach i zajdę do sex-shopu, ale mam jeszcze czas, by o tym zadecydować.

 

Ville żartował też trochę z każdym z chłopaków. Między innymi zwrócił się w stronę Mige podczas śpiewania „Wicked Game“, tak jakby adresował słowa tej piosenki do niego. 😀 Swoją drogą basista tego wieczora także był rozbrajający, w kapeluszu à la Włóczykij z „Muminków“. 😀 Linde był bardzo dyskretny, ale raz żartobliwym gestem poprosił publiczność o większy aplauz po jednej ze swoich  solówek. Burton natomiast żegnał się z fanami dłużej niż zwykł to robić przed tą trasą. Zatrzymał się na środku sceny, ukłonił się i pomachał. Ja w każdym razie wyczułam w jego zachowaniu jakąś odświętność, pragnienie zaakcentowania, że to już ostatni raz.

A jeśli wspominamy o prezentach, to z publiki poleciała w stronę Valo malutka książeczka, która przykuła jego uwagę, bo ją chwilę przekartkował i podziękował za nią. Na scenie znalazło się też coś, co z daleka przypominało mokrą pieluchę :D, a co z pewnością było zawiniątkiem z jakimś skarbem w środku. Reakcję Valo na ten tajemniczy prezent możecie zobaczyć na zarejestrowanym przez Gillou filmiku.

 

 

Wiem, że Cat zastanawiała się, jaka będzie szwajcarska publiczność. Muszę powiedzieć, że fani bawili się świetnie i byli bardzo reaktywni. Przynajmniej ci z przodu. Pojawiła się fińska flaga, może też dlatego, że 6 grudnia, w dzień koncertu, Finlandia świętowała stulecie swojej niepodległości. Zdarzył się także mały incydent. W pewnym momencie dziewczyna tuż za mną krzyknęła: „You are fucking asshole!“ Może jest niezadowolona, że zespół się rozpadł. 😀 Valo powiedział tylko, że to bardzo nieładne wyzywać tak ludzi i pogroził jej palcem.

 

Co do nagrywania i robienia zdjęć telefonami, na który to temat rozgorzała tu na blogu dyskusja, to owszem, ludzie ich używali, ale miałam wrażenie, że z tym nie przesadzali. Ja sama chciałam przede wszystkim być Tu i Teraz, a nie uczestniczyć w koncercie przez ekran telefonu. Zrobiłam więc jedynie kilka zdjęć, a Gillou nagrywał fragmenty utworów, kiedy tylko mógł wyciągnąć ręce, „ściśnięty pomiędzy blondynką i brunetką“, jak podsumował swoją niewygodną pozycję. 😀 Nasze zdjęcia są marnej jakości, ale dzielę się z Wami tym, co mam. 🙂

 

 

Miałam wrażenie, że prawie dwugodzinny koncert minął w pięć minut. Nie przejmowałam się tym, że – jak to zwykle z przodu – głos Ville zagłuszony był instrumentami i że często trudno mi było delektować się niuansami w utworach. Najważniejsze, że czułam tę jego niesamowitą energię i mogłam jej troszkę zaczerpnąć. Nie wiem, jak niektórzy z Was to robią, że pamiętają kolejność utworów. 😀 Osobiście mogę wyszczególnić jakie utwory grali, ale kolejności już nie. Zapamiętam kapitalną solówkę Burtona (Zabijcie mnie, ale nie mam pojęcia, w której piosence!), zabawy wokalne Ville i zmianę w tekście „The Sacrament“, bo w pewnym momencie zaśpiewał „The Sacrament is ALL OF you“. Taki mały gest w stronę fanów 🙂

Oczywiście nietrudno było zauważyć, że Ville momentami nie wyciąga góry, więc maskuje to krzykiem, a jego głos nie ma już tej barwy i głębi, jakie miał dwadzieścia czy choćby dziesięć lat temu, ale dla mnie to są tylko szczegóły. Porwała mnie alchemia zaistniała między fanami a zespołem. Na pewno nie zapomnę tego uśmiechu Ville, który zdawał się mówić: “Kurczę, jak one krzyczą! To naprawdę z mojego powodu?“ 😀

 

 

Tekst i zdjęcia: Ewa Włodarczyk

Dzisiaj panowie grają w Luksemburgu. Został już  nieco ponad tydzień do zakończenia tej części trasy. Następny etap, będzie tym końcowym —> koncerty Helldone!

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

Reklamy

„… in Prrrraha!” – relacja z koncertu w Pradze

Dobry wieczór!

Warszawa – Warszawą ale trasa trwa nadal 🙂 Wiem, że niektórzy z was pojechali do Pragi albo i jeszcze gdzieś indziej. Ale dzisiaj mam dla was fajną relację  właśnie z Pragi. Koncert odbył się w sobotę a relację dla nas napisała nasza PoValonka – P(e)P(e) 😀

Czytajcie i „paczajcie” bo jest na co 😀

Ale zanim przejdziecie do tekstu – mam do was pytanie, które zadała Nancy w komentarzu pod poprzednim postem:

„Przeglądając stare zdjęcia i nagrania zauważyłam że tatuaż w kształcie serca zmienił się w późniejszym czasie. Teraz ma jakiś dopisek. Czy na zmianę tatuażu miało wpływ zerwanie kontaktów z Bamem? Jak to z tym tatuażem jest? Odpowiedzcie, bo wy Povalonki wiecie wszystko 😀”

Także tegoooo.. 😀 Odpowiadam – nie, my nie wiemy wszystkiego XD My to nie ruskie 😀 Ale nasza siła tkwi w grupie wsparcia huehue

Ten tatuaż to DILLIGRAF – „Do I Look Like I Give a Fuck?” Został zrobiony za czasów narzeczeństwa z Jonną. Ona podobno też go ma mieć, jak i Bam no i Kat Von D. Dodatkowo jest tam napis – typico romantico w stylu Valo XD

„When I love… I love”

Tyle wiem.

Jeśli ktoś z was wie więcej na ten temat proszony jest o podzielenie się wiedzą 😀


„… in Prrrraha!”

Wyjazd na koncert HIM do Pragi był dla mnie połączeniem pożytecznego z przyjemnym.

A więc intensywne zwiedzanie stolicy Czech już od piątku wieczór. Tak intensywne, że mniej więcej w czasie, kiedy na drugi dzień support HIM rozpoczynał swój występ, ja przemarznięta i przemęczona przycinałam komara w apartamencie, jakiś kilometr dalej.

Dobrze, że moi mężczyźni czuwali i po 20:30 zaczęli mnie intensywnie wybudzać, tak aby śpiąca królewna łaskawie zdążyła na koncert ulubionej kapeli. A więc o 20:55 dziarsko dodreptywałam– rychło w czas – do Forum Karlin, gdzie lada chwila słynni Finowie mieli zjawić się na scenie. O tak późnej porze nie ma co liczyć na dobre miejsce w tłumie na płycie, od razu więc wybrałam balkon.

Nie tracąc czasu na szatnię, z bananem radości na facjacie pobiegłam schodami do góry, gdzie w progu na widownię jakiś wysoki facet złapał mnie za twarz przycisnął do ściany i zabrał się…. No w każdym razie nie zabrał się, bo ja rozumiem, że lovemetal, ale nie przesadzajmy z tym love, nie będę się całować z obcymi facetami! Ciosem poniżej pewnego poziomu wynegocjowałam sobie wolność i czmychnęłam najdalej jak się da w balkonowy tłum. Skuliłam się gdzieś po lewej stronie, przy barierkach, i taką lekko zaszokowaną zastały mnie dźwięki pierwszego utworu – „Buried alive by love”.

(Pamiętajcie dziewczyny – Nikt Nie Ma Prawa Was Dotknąć Bez Waszej Zgody! Kop w jaja bez żadnych wyrzutów sumienia wrrrr… -C.N)

Zdecydowanie wolę muzyczne „Buried…” od doznanego chwilę wcześniej, w rzeczywistości. Napisałabym, że „Buried…” na dzień dobry rozgrzał tłum, gdyby to nie był koncert w Czechach – ich publiczność, albo bardzo ciężko i wolno się rozkręca, albo… albo właśnie tak się bawią, że polka przyzwyczajona do zdecydowanie mocniejszej, koncertowej żywiołowości zastanawia się… czy jednak się nie nudzą? I jeśli chodzi o publikę to tak przez cały koncert. Być może było lepiej w tłumie na płycie – zwłaszcza przód, pod sceną, wydawał się wiedzieć, gdzie jest i po co. Natomiast tyły i balkony….

Cóż, gdybym sama nie stała na balkonie pomyślałabym, że Ci ludzie to manekiny, atrapa. Wokalista więcej się natuptał nóżką na scenie, niż ludzie dookoła mnie. Ale pomijając kwestię trupio żywiołowej publiki – koncert był świetny. Stojąc wysoko bałam się o nagłośnienie, ale jednak okazało się być bardzo dobre. Ba – przy mocnych dźwiękach czułam to cudowne, koncertowe drżenie w posadach, przenoszące się od stóp do serducha. Po „Buried…” przyszedł czas na „Hearache Every Moment”, następny zaś był, chyba zawsze roztkliwiający najstarszych stażem fanów (czyli w tym i mnie… ach, och i chlip) „Your sweet 666”. „Kiss of Dawn”, po nim przeuroczy „Sacrament”, dalej tytułowy „Tears on Tape” z ich ostatniego, studyjnego albumu. Kolejnym utworem jaki wybrzmiał na scenie był porywający„Rip Out the Wings of a Butterfly” z płyty „Dark Light”, po nim zaś najcudowniejsza ballada HIM, czyli „Gone With the Sin”, śpiewana tak niesamowicie modulowanym głosem Ville Valo… „Soul on Fire” znów wprowadził odpowiednią dynamikę, a kolejny „Wicked Game” był jak ponowne przypomnienie samych początków istnienia zespołu. Podczas „Killing Loneliness” zdałam sobie sprawę, że wokalista naprawdę wkłada mnóstwo serca i wysiłku w swój śpiew i wygląda na zadowolonego z tego, co mu się udaje. Przy okazji, kiedy w utworach padały bardziej osobiście skierowane kwestie, zwykle starał się zwracać w tych momentach w stronę Mige – tak jakby żartobliwie wyśpiewywał je do basisty.

Inna rzecz – w chwilach kiedy mocno manipulował głosem łapał się wolną ręką za brzuch – ciekawa rzecz, czy go bolał, czy nie miał co zrobić z wolnym od fajek łapskiem, czy… czy ćwiczył jakieś chwyty wokalne i np. kontrolował przeponę, etc.? Nie wyznaję się na tego typu rzeczach, ale myślę, że warto może tu o tym napomknąć, niech potem wypowiedzą się chętni i bardziej obeznani w temacie. Ach i jeszcze – podejrzewam tu kumplowskie złośliwości między członkami zespołu – kiedy gitarzysta dawał solówkę, Valo pokazywał do Mige, że jest „tak seee…” – co tam, że cztery dekady na karku, radosne, szczenięce przepychanki i drobne uszczypliwości muszą być.

Ale wracając do utworów. „Poison Girl” również pięknie rezonował na wrażliwszej strunie mej pamięci. „Bleed Well” natomiast na pewno ucieszył naszych sąsiadów, zwłaszcza, kiedy Ville zmienił tekst piosenki i z szerokim uśmiechem zaśpiewał „…baby we’re bleeding well in Prrraha!” (Tak, czytać z wyraźnym naciskiem na seksowne, Valo’sowe „R”.) „Heartkiller”, po nim zaś publiczność entuzjastycznie zawyła na pierwsze dźwięki… no a jakże…. „Join me”. Mnie osobiście wyrywało się wycie przy następnym utworze – „Stigmata Diaboli” (la, la, „…I’m your Christ and I want youuuu!…” la, la…). I dalej na ukojenie fanowskich, emocjonalnie rozchwianych nerwów, ballada – „In Joy and Sorrow”, by po niej znów przyszło mocniejsze uderzenie dźwiękiem przy rytmicznym „Right Here In My Arms”. Kolejny utwór poprzedzony był, hm, „przeuroczą”, konkluzją, że jest skierowany do wszystkich tych obecnych tutaj ludzi, którzy kiedyś przecież umrą… czy jakoś tak. Zdecydowanie wierniejszej wersji tych słów zapewne doszperacie się w pokoncertowych filmikach na YouTubie. Tak „słodko” został poprzedzony oczywiście „Funeral of Hearts”. Oficjalnie koncert zakończony, teraz jeszcze bisy: nieodłączny „Rebell Yell” oraz melancholijny „When Love and Death Embrace”… po którym tu i ówdzie na fanowskich twarzach można dostrzec było najprawdziwsze łzy wzruszenia (nie mówiąc już o romantycznym widoku par w objęciach tańczących powoli w rytm tej piosenki… tak, tak! To było piękne! Noo… i publika się rozkręciła, a jednak!).

Ponieważ bić się o szatnię nie musiałam, szybciutko wyszłam z klubu i stanęłam sobie z boczku – całkiem nie tam, gdzie wylewała się cała ta tłumowa masa. Miałam na celu opanowanie pożyczonej na koncert komórki w stopniu umożliwiającym odpalenie jakiejś nawigacji, aby jednak dojść do wynajętego pokoju, a nie praskiego zamku. „Z boczku” okazało się miejscem gdzie stały dwa czarne, masywne autobusy. Zapytałam dwie ludzinki tam stojące czy są to czasem tourbusy? Tak, to były one, za barierkami, czarne i groźne, pilnowane przez ochronę. No ale przecież nie będę Wam tu opisywać motoryzacyjnych wynalazków do przewozu grupowego, bo nie o nie chodzi, ale o klawiszowca HIM, który pojawił się przy wspomnianych barierkach.

Jaka radość spojrzeć w te sympatyczne, czekoladowe oczka!

I oczywiście cyknąć sobie pamiątkową, wspólną fotkę i jeszcze poprosić o autograf na bilecie.

Ta obecna w tym miejscu garstka fanów (mniej niż palców u jednej ręki…) zachowała się bardzo grzecznie, pożyczenie mazaków, jeden drugiemu pomógł cyknąć ładną fotkę…. Pełna kultura. I wszyscy nie mogli się nachwalić do Burton’a jakie wspaniałe koncerty HIM dał tu i tam, i dziś, itd. Przesympatycznie i kulturalnie.

Oczywiście ktoś też (musiał!) zapytać o Valo. Na co klawiszowiec wzruszył ramionami i smutno wszystkich sprowadził na ziemię, że nie wyjdzie na bank, nie ma na to szans, zawsze przebiega szybko do busa.

Kiedy Burton się oddalił nie najmilsza, czeska ochrona kazała wszystkim opuścić teren przy tourbusach.

Przeszliśmy więc w stronę wejścia do klubu, po czym komuś wpadł do głowy pomysł obejścia budynku. Z drugiej strony, co prawda stalibyśmy za kratami, ale nie był to teren Forum Karlin więc… więc część osób jak pomyślała, tak zrobiła. W tym i ja, bo co mi szkodzi, prawda? Dzięki temu doczekałam się widoku wszystkich członków zespołu, w bardzo niewielkiej odległości, a nawet więcej – bo w pewnym momencie Mige i Linde zdecydowali się podejść i jeszcze na szybkiego rozdać po uścisku dłoni. Bardzo sympatyczny zabieg, ale mający na celu odwrócenie uwagi od szybko przemykającego za ich plecami, do busa, pana Valo. No cóż, nie miał ochoty witać się z fanami, nie musiał, chociaż ręki byśmy mu nie ucięli jakby nam tylko pomachał, prawda?

W każdym razie już po wszystkim zdałam sobie sprawę, że będę miała co wspominać: i świetny koncert i przypadkowe stalkowanie członków HIM po. Było warto tam być!

Tekst i zdjęcia: P(e)P(e)


I co wy na to kochanieńcy? Robimy polowanie na Valosa po koncercie? XD

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

Thank You Guys and Good Luck! – Farewell Tour Poland 2017

Hello Sweethears!

Na pewno już przebieracie niecierpliwie nóżkami czekając na relacje z koncertu… 😀 Nooo cóż, musicie jeszcze trochę poczekać, bo dziewczyny nie dość że zakochane w Valosie, nadal są pod urokiem, to w dodatku rozemocjonowane. Poganiam je batem ale no… Bądźmy ludzikami, niech trochę odpoczną i zbiorą myśli 🙂

Ja tymczasem przygotowałam dla was skrót z wydarzeń, które miały miejsce wczoraj. Niech to będzie taki wstęp dla tych, których tam nie było i nie mogli śledzić relacji na FB – gdzie wczoraj było moje centrum dowodzenia światem 😀

Wczoraj Stodoła przeżyła małe oblężenie – no ale któż nie chciał zobaczyć chłopaków ostatni raz 😀

Dziwna to była trasa… można się było obawiać o kondycję chłopaków – ich chciejstwo lub niechciejstwo grania i bycia w ogóle w tej trasie. Były wątpliwości co do tego, jak zagrają w Polsce, zważywszy na to, że nie było wielką tajemnicą, iż panowie traktują nasz kraj raczej z rezerwą. Ale wiecie co?

Wczorajszy wieczór był po prostu niesamowity!

Ja tylko mogę teraz pacnąć sama siebie, że nie zrobiłam tego co trzeba aby tam być, no ale…

PoValona ekipa ze znajomymi stawiła się oczywiście na koncercie i jakby było tego mało, to zrobiła o wiele więcej 😀

Trzeba przyznać, że już w Rosji Valo z chłopakami pozytywnie wszystkich zaskoczył. Wokalnie stanął na wysokości zadania. Myślicie, że w Polsce było tak samo? Błąd.

Było lepiej 😀

Filmik autorstwa Marty Kownackiej (LilithVampiriozah)

Powrócił także metalowy Heartagram, co również było zaskoczeniem 😀

Były piski, krzyki, wzruszenia (o tym największym za chwilę), śmiechy i niedowierzania 😀 Cóż za magiczne chwile dla tych, którzy tam byli!

(Pozdrawiam biedną Karolinę, która wylądowała z bandą dziwnych ludzi w samym środku tego szaleństwa XD)

Miałam to szczęście, że moje Himstery zadzwoniły do mnie z koncertu – jeszcze przed występem HIM. Cudownie było zobaczyć ich ryjki oraz scenę – nawet jeśli tylko wirtualnie przez ekran smartfona, ale przez ten moment mogłam poczuć odrobinę tej niesamowitej atmosfery ❤

Filmik autorstwa Marty Kownackiej (LilithVampiriozah)

Piękną niespodzianką było nowe intro do piosenki „It’s All Tears” – niech mi ktoś spróbuje powiedzieć, że to nie było magnetyzujące 🙂

Filmik autorstwa Marty Kownackiej (LilithVampiriozah)


„Dzień dobry Wszystkim,
Chciałabym podziękować za wspólną zabawę. Dziękuję, bo dzięki Wam zrozumiałam, że nie może mnie tam zabraknąć. Z napięciem obserwowałam każdy post, aż wreszcie w poniedziałek cudem udało mi się dorwać bilet. To było jak na razie najwspanialsze doświadczenie w moim 25 letnim życiu.
Koncert rozpierdolił mnie, rozkruszył w proch. Słucham HIMa od ponad 14 lat, jednak teraz można uznać, że jestem słuchaczem spełnionym.
Jeśli chodzi o samego ”Księcia”, to moja miłość do niego nie zna granic. To jest kosmita, nie człowiek, a jego ”doły” wciskały mnie w podłogę. Jeśli głos mógłby zapładniać, to z pewnością spodziewałabym się przynajmniej bliźniaków. 😉
I teraz apel: pomóżcie mi. Nie potrafię się ogarnąć, wrócić do normalności. Od rana płaczę co kilka minut, ale nie, że malutko – to jest szloch!
Jak zaakceptować ziemskie życie, skoro przez dwie godziny byłam w niebie?”


 


„Nie mam słów, żeby opisać to, co się tam wydarzyło 😵


„To był piękny wieczór. Każda piosenka wzbudzała mój zachwyt. Starałam się wszystko śpiewać, choć nie umiem. Ville, szczególnie gdy ,,wył”, ,,wydzierał się” to wywoływał uśmiech na mojej twarzy. Myślałam, co sobie myślą panowie ochroniarze. Czy im się podoba? Ale wow? Ale utalentowani ludzie? No i oczywiście popłakałam się na solówkach przy FUNERAL OF HEARTS i GONE WITH THE SIN. Pierwszy raz byłam w Stodole, ale jestem bardzo zadowolona. Z taką kochaną ekipą chętnie wybrałabym się jeszcze nieraz na koncert. Cały zespół dał z siebie wszystko. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszego eventu.”


„W życiu nie myślałam, że będzie aż tak dobrze. Ville cudownie śpiewał, był kontakt z widownią, były żarty, było cudownie. 💖💖💖💖”


„Koncert nie do opisania BYŁO MEGA MEGA… Najlepszy koncert jego na którym byłam. SZKODA ŻE JUŻ SIĘ NIE POWTÓRZY, ŻE JUŻ GO NIE ZOBACZĘ – NIE USŁYSZĘ. Sądzę, że reszty fanów to się też tyczy. DALI Z SIEBIE WSZYSTKO, JEST WIELKI, JEDYNY W SWOIM RODZAJU KOFFANYM 💖 💖 💖 


„Było pięknie. Ja chcę jeszcze raz 


„No jestem ogólnie zachwycona koncertem😍😍😍😍😍 Buźka dla każdego chłopaka.”


„Kuźwa, jaki on jest atrakcyjny na żywo 😍 Normalnie dopiero teraz tak popatrzałam, że no ma ten urok kuźwa…”


„Niesamowity wieczór. Naładowany emocjami, śmiechem, łzami i przede wszystkim świetną muzyką w niepowtarzalnym gronie. Coś o czym trudno będzie zapomnieć w najbliższej przyszłości”


„Valo był gorący jak kaloryfer w środku zimy i nie mam tu tylko na myśli wyglądu. Był jak miód na serce, poszarpane struny głosowe. I miło mi było jak parę razy odwrócił się w naszą stronę. Chłopaki także dawali z siebie wszystko, nawet niektórzy więcej (Linde) i niestety nie mogłam dojrzeć, czy Mige był w japonkach, czy jak cywilizowany człowiek w butach…Warto było zedrzeć gardło tego wieczoru i prawie zgubić spodnie, bo nie noszę paska” XD


Nie obeszło się też bez jakiegoś ekscesu, na szczęście niezbyt groźnego i sam Valos zainterweniował w tej sytuacji:

To wszystko to jeszcze nic. Chcieliście się wzruszyć? Myśleliście, że nie uronicie łezki a wasze serce nie drgnie widząc ich ostatni raz?

Taki oto zacny transparent przygotowała PoValona Anetka ale chwileeeczkę, to jeszcze nie koniec 😀 Patrzcie na to:

I poleciała flaga od naszej PoValonej Anety wprost w ręce Valosa 😁 Piękna chwila, piękne podziękowanie, nie da się nie wzruszyć 😭
Chciałam podziękować – Anetce –> za przygotowanie tej flagi oraz przejęcie szefostwa pod moją nieobecność 😀 Podziwiam wytrwałość jeśli chodzi o kolejkę i oczekiwanie pod Stodołą 🙂 Marcie  –> za relację na żywo i focisze specjalnie dla mnie 😛 Mel, , Oli, Annie i Milenie czyli moim robaczkom z ekipy (dzięki, że zadzwoniliście do mnie z koncertu 🤗😘) oraz Ewie za wsparcie no i tajemniczej Paulinie XD
ORAZ WAM WSZYSTKIM – ZA TO ŻE JESTEŚCIE I KOCHACIE NASZ ZESPÓŁ! ❣️❣️❣️

Cóż, być może ktoś tam przeczytał panom naszego bloga i w końcu wzięli się za siebie 😀 Patrząc na to, jak się dzisiaj zaprezentowali – choć mnie tam nie było – jestem bardzo zadowolona z formy zespołu oraz jeszcze bardziej z zachowania fanów  Pożegnaliście zespół w sposób godny zapamiętania i myślę, że panowie tak właśnie to odbiorą. Mam nadzieję, że dobrze się bawiliście i teraz czekam na wasze relacje – filmiki, selfiki, zdjęcia i opisy wrażeń 😏😉

Ale to jeszcze nie koniec!

A kto ma setlistę? No kto? I kościcho gitarowe? 🤘😏😎❣️
Dziewczyny nasze PoValone oczywiścieeeee 
Fuck Yeahhh!

 

To by było na tyle z mojej strony – na większą relację musicie poczekać 🙂 Cieszę się, że jesteście z nami tutaj i byliście na FB Wydarzeniu. Teraz poza relacjami, czekamy na kolejne koncert – będzie Praga, będzie Szwajcaria… No i ja… Na szarym końcu, podreptam na koncert w Londynie, pożegnać panów nie z pierwszego rzędu lecz z oddali, rzewnie kiwając głową i myśląc:

Dlatego spędziłam z nimi te wszystkie lata. Było warto. 

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

„To świętowanie tego, co zrobiliśmy i tego, co ludzie zrobili dla nas aby to się mogło stać, muzyka natomiast jest soundtrackiem do tego wszystkiego.”

Dobry wieczór 🙂

Ja wspominałam w poprzednim poście, wywiad Ville Valo był w przygotowaniu. Jest zrobiony na szybko, więc proszę wybaczcie mi wszelkie błędy. Dla angielskojęzycznych fanów pozostaje przeczytać oryginał, lecz blog jest dla polskich fanów i tłumaczenie robimy, by także ci, którzy nie znają angielskiego, mogli wiedzieć co też tam w głowie pana Valo siedzi 🙂

A muszę przyznać, że czytając/tłumacząc ten wywiad – moje serce drgnęło… Ale ciii… Nie mówcie nikomu, bo jeszcze będzie, że jednak jestem uczuciowa 😛

 


„Nie było tej iskry. Zaczęliśmy pracować nad nowym materiałem. Moim uszom nie brzmiało to doskonale, brzmiało tak samo staro i znajomo, tak samo staro” – mówi po prostu Ville Valo – frontman HIM, o powodzie zakończenia kariery fińskiej grupy, po ćwierć wieku grania razem.

Jesteśmy na symbolicznym Synset Marquis rankiem tuż po tym, jak zespół zagrał pierwszy z dwóch wyprzedanych koncertów w Wiltern. Trasa, nazwana z typową dla HIM fantazją „Bang&Whimper” jest zdecydowanie bardziej Bang (uderzenie, huknięcie itp.) niż Whimper (chlipanie, skomlenie). Od momentu kiedy światła zgasły, a utwór otwierający „Buried Alive By Love” wprowadził tłum w istne szaleństwo.

Kiedy mówię Valo o kobiecie przy barze, która zbyt entuzjastycznie podeszła do koncertu i rzucała się po całej podłodze, uśmiecha się: „Nie wiedziałem, że ludzie jak ona nadal istnieją” – mówi śmiejąc się. Ale potem dodaje jeszcze właściwie „To jak jakiś rodzaj maszyny do podróży w czasie”

Przez 25 lat, legendy „Love Metalu”, jak zostali nazwali przez ich bardzo unikalne, melodyjne i romantyczne piosenki, oraz znakomite pop/metalowe hooks (?) i riffy, zbudowali ogromny kult wyznawców, z których wielu poprzysięgało na HIM, aż od samego początku. Więc fani się żegnają, a emocje oraz energia podczas tej pożegnalnej trasy bierze nawet sam zespół z zaskoczenia.

Amerykańska trasa kończy się wraz z jutrzejszą nocą, 7 listopada, w Nowym Jorku. Można sobie tylko wyobrażać furię tłumów, gdy rozlegną się słowa finałowej, ostatniej piosenki „When Love And Death Embrance”, która to jest najbliższa tej trasie, wypełniającą Hammerstein Ballroom.

W tym ekskluzywnym, jedynym na Ameryką Północna wywiadzie, Valo mówi o przyszłości, dlaczego był to czas by się pożegnać i jak wyczekuje „chodzenia po cienkim lodzie” jako artysta.

 

Ostatnie show w Wiltern było szaleństwem. Jak tylko zgasły światła ludzie się po prostu zatracili.

Yeah, nie wiem co się stało, to jak jakiś rodzaj maszyny do podróżowania w czasie. I to znów się wydarzy dzisiejszego wieczoru. Jest to dość rzadkie dla zespołu rockowego by do tego dojść , nazywam to budowaniem światów. Zespoły jak Zeppelin, Type O Negative, Sisters Of Mercy, AC/DC, zostajesz wessany w ich świat, który ma własne zasady, własną geografię i to jest ekscytujące. Więc jeśli nawet na najmniejszym, mikroskopijnym poziomie się tam znajdujemy gdzieś w tym, to jest to wspaniałe. Mnóstwo nowych zespołów nie ma tego rodzaju rzeczy.

Więc spędziłeś prawie 25 lat budując tę wioskę. Czy stało się to przytłaczające albo smutne myśleć o tym, że trzeba zostawić ten świat za sobą? A może czujesz się na to gotowy?

Myślę, że wszystkie z powyższych jeśli mam być szczery. Ostatecznie na samym końcu musisz zaufać swoim wnętrznościom. To jest ciężka rzecz do zrobienia, kiedy jest pięciu ludzi znających się od momentu, kiedy byli dziećmi i którzy razem zbudowali ten świat, czy jakkolwiek chcesz to nazwać, przez ćwierć wieku. Nawet kiedy twoje wnętrzności mówią ci, że to jest najlepszy czas na wyskoczenie z tego pociągu, nie jest to najłatwiejsza rzecz do wykonania. Więc zajęło to dwa lata, aby ostatecznie rozwiązać ten problem i być pewnym, że wszyscy jesteśmy na tej samej stronie i w końcu musi to być zrobione. Koncertowanie jest nadal miłe, koncertowanie jest zabawne, bycie razem jest naprawdę dobre, ale to była też inna rzecz o której pomyślałem: miło jest zrobić tą ostatnią serię „hurra” w trasie.

Czy odpowiedź publiczności zainspirowała cię do rozważenia tego?

To zmotywowało mnie do napisania jeszcze lepszych piosenek do mojego kolejnego projektu, cokolwiek to może być. To jest, jak ja myślę. Niektóre z piosenek przebyły naprawdę dobrą drogę, gramy piosenki z późnych lat 90 i wszyscy ci ludzie, wliczających tych nowych, śpiewają te teksty, które napisałem gdy miałem 20 albo 19 lat, co jest ekscytujące. Więc nie widzę powodu dla którego miałby nie kontynuować, nieco inaczej prawdopodobnie, ale to jest ta emocjonująca część. Cieszę się ze skakania po cienkim lodzie. Myślę, że musi być ten element nieodzownego niebezpieczeństwa ale i niespodzianki oraz trzymania się w szachu. Jeśli rzeczy stają się zbyt łatwe lub wygodne, musisz coś z tym zrobić. I myślę, że to właśnie robimy.

Zgadzam się z tobą, ale jest dużo mentalności w rock and rollu, żeby grać bezpiecznie dla świata, który się zbudowało.

Wiem, lecz ostatecznie ten szczególny świat nie wybiera się donikąd. Doceniamy to co zrobiliśmy, jesteśmy naprawdę szczęśliwi, iż to wszystko naprawdę przemierzało tak dobrze i ciągle rozbrzmiewa, co jest naprawdę dziwne. Oczywiście jest to dziwne dla nas, na wszystkich możliwych poziomach. Byłoby łatwiej, gdyby był jakiś uraz. Pierwotnie nie mieliśmy robić tej trasy, ale pomyślałem że musimy zostawić za sobą dudnienie.

Przeskoczmy więc do stycznia 2018 roku. To będzie noc po ostatnim show HIM. Teraz, kiedy zaczęliście trasę możesz przewidzieć jak będziesz się czuł tego dnia?

Nie mam pojęcia, mamy ciągle do zagrania 43 koncerty zanim trasa się skończy. Zobaczymy więc jak bardzo będziemy po tym wyczerpani. Na ostatnich kilka koncertów, które będą miały miejsce w Finlandii, będzie wokół nas nasza rodzina, a także nasi starzy przyjaciele. Więc to będzie dla nas szczególne także z tego powodu i w tym sensie bardziej rytualne w przeciwieństwie do koncertu. Jestem pewien, że będzie dziwnie, jestem pewien, że będzie także fantastycznie. Ale będzie i niesamowicie, a moja technika przykrycia pustki i poczucia opuszczenia sprawi, że sięgnę po gitarę, ponieważ zawsze tak robię, gdy czuję się niekomfortowo. Będę więc pisał więcej piosenek. Mam już ich trochę napisanych. Część z nich miała być dla HIM, ale z racji tego że nie pracujemy nad kolejnym rozdziałem tej historii, muszę coś z nimi zrobić.

Czy wyobrażasz sobie swój solowy album, czy póki co nie masz jeszcze pojęcia co to będzie?

Jeśli mam być z Tobą szczery to nie wiem. Zabawne jest to, że pracowałem nad jakimiś piosenkami i ostatecznie, nawet nowe piosenki brzmią jak te zrobione dla HIM. Więc to nie jest moim celem, że teraz stanę się solowym przedsiębiorcą grającym cokolwiek z folku i stworzenie z tego czegoś rzadkiego, pozbywając się wszystkiego albo oblekając to w kwiaty makowe czy coś w tym stylu. Nie jestem tym zainteresowany. Jestem zainteresowany rock and rollem, lecz cesarz potrzebuje nowych szat.

Więc nie wydasz albumu tanecznego?

Kur… nie. Nie wiedziałbym nawet jak. Podoba mi się elektroniczna muzyka, zawsze tak było ale lubię głośne gitary i melancholię, toteż gdy zaczynam słuchać tych rzeczy, które lubię, to brzmią one bardzo jak HIM.

To będzie bardzo interesujące zobaczyć jak to wyewoluuje, ponieważ masz swój styl i głos.

To będzie interesujące, natomiast jest to też oczywiście trudne. Nie mam już 20 lat więc ta nagła zmiana, aby zrobić coś kompletnie nowego, jest wyzwaniem samym w sobie oraz trzeba mieć na uwadze czy to w ogóle spodoba się ludziom. Ale wolę raczej ponieść to ryzyko i zobaczyć resztę chłopaków idących własną ścieżką oraz również ponoszących ryzyko, niż stać się na wpół zepsutą szafą grającą, jak swój własny tribute band, jeśli mimo to moglibyśmy się sprzedać, jeśli można by dodać kilka zer na końcu – wtedy miałoby to jakiś sens. jak droga którą poszli The Rolling Stones.

Nadal możesz podjąć to wyzwanie bez żadnych animozji…

Wciąż mamy do zagrania 43 koncerty więc będzie animozja na samym końcu (śmieje się) Jeszcze raz, nigdy nie mów nigdy. Szczerze uwielbiam chłopaków więc nie miałbym nic przeciwko, aby znów zrobić coś razem. Ale teraz nie jest na to czas, więc nie wiem co przyniesie przyszłość, nie mam pojęcia. Myślę, że część chłopaków będzie pracowała nad wypuszczeniem swoich muzycznych rzeczy. Ale osoby w zespole są dość różne od siebie. Trudno powiedzieć, czy fizycznie będziemy w tym samym mieście przez najbliższe lata. Ale zobaczymy. Jest powód dla którego to się stało i nie wiemy jak na to wszystko zareagujemy. To jak szalka Petriego w akcji, to chemiczny proces albo test, czy jakkolwiek chcesz to nazwać, dzieje się właśnie teraz i wiemy, że pod koniec się to zmieni, mniej lub więcej. A wtedy będę potrzebował trochę czasu na regenerację.

Czy są piosenki, które mają dla ciebie szczególne znaczenie kiedy wiesz, że być może śpiewasz je ostatni raz z chłopakami?

To jest pierwsza trasa odkąd wiem, że nie nagramy już nic razem jako HIM w przyszłości. Mogę zobaczyć cały materiał, który gramy każdego wieczoru jako całość, ponieważ nie będzie już tego więcej. Po raz pierwszy raz słowa piosenki „Join Me” słyszę w inny sposób, może śpiewam także piosenki w inny sposób. Doceniam, że niekoniecznie jako outsider, lecz mogę dostrzec las za pojedynczymi drzewami. Jest inaczej. W końcu, taka też jest funkcja tej trasy, jest tak, że my też możemy być również fanami. Fanami niekoniecznie nas samych ale całego tego ruchu, który się wydarzył podczas tych 26 lat. To jest możliwość dla grupy losowych ludzi pochodzących z losowego kraju pośrodku niczego, mniej więcej, mających możliwość podróżowania po świecie i nadal być odpowiednim dla kilku osób. Więc to jest całkiem niesamowite. To świętowanie tego, co zrobiliśmy i tego, co ludzie zrobili dla nas aby to się mogło stać, muzyka natomiast jest soundtrackiem do tego wszystkiego.

Źródło: Forbes.com

Tłumaczenie: Catherine Noir

(Ville Valo po 43 koncertach :D)

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

 

Życie trwa, gitara gra dalej

Cześć!

Już coraz bliżej, już za parę dni, za chwilkę… 😛

No ale póki jeszcze mamy ciszę przed burzą, proponuję poczytać na rozluźnienie tym razem nie o frontmanie Ville Valo lecz o Bambi, czyli gitarzyście 🙂

Nie rozumiem ludzi, którzy nie mogą wytrzymać ciszy” – wywiad z Mikko „Linde” Lindström, gitarzystą HIM.

Linde stawia właśnie czoła nowym wyzwaniom. Jego przyszłość jest jasna i znana jednak tylko do końca ostatniej trasy zespołu, wszystko po niej jest zaciemnione – i pełne możliwości.

Urodzony w Kaukkala w sierpniu 1976, Mikko „Linde” Lindström jest najbardziej znany jako Milczący Gitarzysta HIM. Jednak, gdy bardziej wgłębimy się w jego życiorys,  możemy stwierdzić, że w momencie gdy wymaga tego sytuacja, jest on także zdolnym wokalistą i autorem piosenek.

W HIM to Ville Valo jest głównym tekściarzem, jednak od tej reguły zdarzają się wyjątki. Już na debiutanckiej płycie zespołu, którą jest Greatest Lovesongs Vol. 666 (1997) możemy znaleźć parę kawałków, które zostały napisane wspólnie przez Valo i Linde. Kilka kompozycji Mikko znalazło się także na pierwszym albumie Manny (jego pierwszej żony), Sister (2007).

Od momentu powstania w 1991r. HIM pracowało w taki sposób, że jego członkowie byli ciągle zajęci i skupieni tylko na zespole, wobec czego Linde nie miał zbyt dużo czasu na żadne poboczne projekty. Mimo to, sześciostrunowy czarodziej w dredach, zdołał w 2008 roku dołączyć do legendy „Carcass” – Jeff’a Walkera, który przebywał właśnie w Helsinkach nagrywając country-metalową płytę (zrobili covery starych piosenek country, oczywiście w metalowej aranżacji – przyp. autorka). Tak powstał album „Welcome to Carcass Cuntry” autorstwa Jeff Walker Und Die Flüffers, gdzie swoje trzy grosze dołożyło wielu znanych w Finlandii i nie tylko, artystów.*

Jednym z bardziej znanych projektów pobocznych Linde, jest też Who Cares – heavy rockowa supergrupa, która zbierała fundusze na wsparcie ormiańskiej szkoły muzycznej, zniszczonej podczas trzęsienia ziemi. W singlu charytatywnym „Out of My Mind” (2011) do Linde dołączyli perkusista Iron Maiden, Nicko McBrain, były basista Metalliki Jason Newsted i legendy Deep Purple: Ian Gillian i Jon Lord. Sam projekt został zainicjowany przez światowej sławy gitarzystę i jednocześnie ojca ówczesnej partnerki Linde, mistrza riffów Black Sabbath, Tony’ego Iommi.

Najbardziej osobistym projektem jest Daniel Lioneye – alter ego Linde, który ze zwariowanej i bluesowej ody do kobiet i alkoholu, przeistoczył się w prawdziwy i aktywny zespół, dzięki któremu Linde może wyrażać siebie. Dodatkowo stał się dla gitarzysty swoistą odskocznią od HIM. Zresztą nie tylko dla niego – jego koledzy z zespołu czasem pomagają mu w tworzeniu, dzięki czemu próbują nowych rzeczy i nie stoją w miejscu. Mimo to Daniel Lioneye to przede wszystkim zespół kierowany przez Linde, który osobiście komponuje i śpiewa wszystkie utwory.

Daniel Lioneye pierwotnie nie był przeznaczony do spełniania cudzych oczekiwań, ale z biegiem lat przewyższył je wszystkie. Debiutancki album grupy, zatytułowany „King of Rock’n’Roll wydany w 2001 roku, bardziej przypominał zabawny sposób na złagodzenie stresu i próbę relaksu, niż chęć zdobywania jakichkolwiek artystycznych osiągnięć.

Kolejny album musiał czekać prawie dziesięć lat na wydanie, ponieważ Linde był zajęty HIM. Wydany w kwietniu 2010r. Vol. II zawierał w sobie czarny, ciężki i awangardowy rock z wpływami black metalu. Tą płytą przed Daniel Lioneye otworzyły się drzwi do Stanów Zjednoczonych, gdzie odbyli ogromną trasę koncertową, supportując Cradle of Filth. Więcej na ten temat można znaleźć w książce „Jenkkirundi”autorstwa Kimmo Aroluoma – członka ekipy zespołu. Opierając się na prawdziwej historii, obejmuje wydarzenia zza kulis, życie w trasie w tym oczywisty brak luksusu, coś, do czego Daniel Lioneye i załoga tak naprawdę nie przywykli.

Vol III, opublikowany w sierpniu 2016r. przedstawia nam dojrzałego Daniela Lioneye. Zespół Linde w ambitny sposób połączył elementy z poprzednich wydawnictw. To także obiecująca przyszłość dla członków HIM, która obecnie jest całkowicie otwarta.

HIM i jego love metalowa saga zakończy się pod koniec tego roku w formie pożegnalnej trasy. Linde będzie wtedy musiał działać na własną rękę.

PO PROSTU MIŁY FACET

Obecnie Linde mieszka na wsi, około godziny jazdy od Helsinek. Człowiek, który spędził młodość w stolicy i wielokrotnie podróżował po całym świecie, nie tęskni za tętniącymi życiem miastami. Gitarzysta, który dzieli swój dom z psem i trzema kotami, mówi, że „stał się całkowicie rustykalny”. Ponieważ jego zawód sprawia, że podróżuje więcej, niż potrzebuje, Linde celebruje spokojne życie. Jego ulubioną czynnością są długie spacery z psem.

Jest także ojcem 14-letniej córki. Chociaż nie jest już żonaty z matką, jego relacje z nastolatką pozostają bliskie.

Spędzamy razem czas i naprawdę dobrze się bawimy. Cieszę się z tego faktu– mówi Linde –Mam też grupę świetnych przyjaciół, z którymi chciałbym spędzać więcej czasu w przyszłości. Jednak bardzo lubię być sam. Może trochę za bardzo-

Jest to całkowicie zgodne z wizerunkiem, który Linde wykreował przez te wszystkie lata. Kojarzony jest często z szarą eminencją HIM, mężczyzną z kluczową rolą w zespole, który nie chce znajdować się w centrum zainteresowania, nawet w imię międzynarodowej sławy rocka.

Nie jestem typem frontmana– przyznaje –Lubię mówić o właściwych rzeczach, ale te wszystkie „small talk” są do dupy, nigdy się tego nie nauczyłem. Nie rozumiem ludzi, którzy nie mogą wytrzymać ciszy

Z tego punktu widzenia, wybór kariery Mikko wydaje się nieco nie na miejscu. Praca performera nie jest idealna dla osoby, która nie lubi światła reflektorów. Mimo to, Linde nie może narzekać, ponieważ to Valo ponosi większość ciężaru, jakim jest rozgłos. Dzięki temu pozycja gitarzysty HIM jest dla Linde optymalna. Lubi swoją pracę tak bardzo, że czuje się uprzywilejowany.

Ten biznes nie jest dla wszystkich i uważam, że to jeden z powodów do picia, narkomanii, przedwczesnych zgonów i samobójstw. Staram się jednak pamiętać o tym, że mam ogromne szczęście, mogąc pracować w ten sposób przez tyle lat. Wszystkie zawody mają swoje cienie, w tym także i ten, ale najłatwiej jest narzekać –

Albumy i koncerty Daniela Lioneye udowodniły, że wyjście z zacienionego kąta na środek sceny, gdy wymaga tego sytuacja, nie stanowi dla Linde problemu. Ale jak on się z tym czuje?

Cóż, jest trochę inaczej, w zależności od dnia. Śpiewanie nie jest moim ulubionym zajęciem, szczególnie na żywo. W studiu, śpiewanie w samotności jest o wiele łatwiejsze. Jestem pogodzony z tym, że mam taki głos, a nie inny, ale nie kocham go. W końcu bardzo niewiele osób ma świetny głos do śpiewu i jest to coś, w czym jestem dość krytyczny-

POD WPŁYWEM GITARY

Kiedy Mikko Lindström był mały, jego ojciec słuchał wielu kaset w czasie samochodowych wycieczek. Ta sama miłość do muzyki została również pochłonięta przez dzieci na tylnym siedzeniu, Linde i jego młodszego o cztery lata, brata. Ojciec inżynier był wielkim fanem Elvisa Presleya, który nadal jest ulubieńcem Linde. Ten człowiek był bardzo dobry w śpiewaniu.

Dziesięcioletni Linde dostał swoją pierwszą gitarę, akustyczną mini Landolę, jako prezent na Boże Narodzenie.

Błagałem o nią przez jakiś czas– wspomina Linde –Zacząłem brać lekcje od razu i szybko się nauczyłem, ponieważ byłem tym tak podekscytowany. Mój pierwszy riff był prostą wersją „Heaven’s on Fire” KISS. Grałem to kciukiem jeden ton, na raz. To nie brzmiało tak samo, jak KISS, ale jakoś trzeba zacząć-

Kiedy Linde zaczynał swoją przygodę z gitarą, Duran Duran i KISS były wielkimi zespołami wśród młodszej młodzieży. Linde wybrał je, ponieważ rock był jego ulubionym gatunkiem.

W KISS gra na gitarze była bardziej widoczna, niż w Duran Duran, więc poszedł w tym kierunku. Gitara go zainteresowała, miała jakiś niewyjaśniony, magiczny urok.

Lata 80-te były złotym wiekiem gitarowych bohaterów. Ich królem był były gitarzysta Frank Zappa, Steve Vai. Co zaskakujące, Vai był przez jakiś czas wielkim bohaterem Linde.

W tym czasie grał z Davidem Lee Rothem, a ja byłem wielkim fanem Eat’em and Smile and Skycraper. Podobały mi się również jego solowe płyty „Flexable” oraz „Passion & Warfare”. Vai zainspirował mnie do spędzenia jednego lata w Bostonie w Berklee College of Music. Miałem wtedy 15 lat. Inspiracją było siedzenie przy tej samej szkolnej ławce, w której kiedyś siedział Vai –

Kiedy słuchasz gry Linde, nazwisko Steve Vai, nawet nie przychodzi do głowy. Jego Gibson brzmi bardziej bluesowo i dużo ciężej, niż Ibanez Vai. Są to dwie różne szkoły gry na gitarze.

Vai to jedyny gitarzysta tego rodzaju, którego jestem w stanie słuchać. Zawsze był w stanie zaoferować coś poruszającego emocjonalnie, a nie tylko czystą sprawność techniczną- tłumaczy Linde.

-Dzięki przyjaciołom poznałem Black Sabbath, Led Zeppelin, Jimiego Hendrixa i innych-

Te nazwy są łatwiejsze do skojarzenia z grą Linde, zwłaszcza Black Sabbath. Nawet jego ulubiona gitara to Gibson SG. Ta sama którą wybrał wcześniej, bo w latach 60-tych Tony Iommi. Komponując riffy dla Black Sabbath, rozpoczął pewnego rodzaju tradycję, którą HIM kontynuował i dopracowywał w swoim własnym, romantycznym stylu.

Kiedy grasz na gitarze długo i namiętnie, rozwijasz swój własny styl. Linde widzi swoje największe atuty w połączeniu improwizacji z precyzją i pewnością.

I poczucie smaku, mimo że to kwestia gustu. Dobry gitarzysta ma zarówno umiejętności techniczne, jak i nieubłaganą wizję. Ogólnie rzecz biorąc, wymaga to doświadczenia życiowego i odwagi, aby grać „źle”

UCZUCIA DOTYCZĄCE ODEJŚCIA

Mikko Lindström jest HIM’owym Linde już ponad ćwierć wieku, jednak wkrótce pozostawi to wszystko za sobą. Jeden z najpopularniejszych fińskich zespołów ogłosił wiosną, że koniec jest bliski. Według zespołu decyzja ta nie wiąże się z żadnym większym dramatem. Wszystkie dobre rzeczy kiedyś dobiegają końca i teraz przyszedł czas na HIM.

Będąc love metalowcem przez większą część życia, Linde ma pewne trudności z przyzwyczajeniem się do nowej rzeczywistości, chociaż miał kilka miesięcy na przygotowanie się do tego.

Zespół był tak wielką częścią naszego życia, że wciąż mam mieszane uczucia. Z jednej strony odczuwam ulgę, z drugiej jestem przerażony. To wielka zmiana i nie wiem, co o niej myśleć. Czas pokaże, co się potem wydarzy. Mam nadzieję, że coś dobrego– mówi.

Teraz mamy do czynienia z pożegnalną trasą HIM, która potrwa do końca roku.

Wspaniale jest dzielić się uczuciami z tłumem, po raz ostatni. Jestem pewien, że ta trasa będzie naprawdę dobra-

HIM przechodził od jednego zwycięstwa do drugiego, aż do 2010r. Sprzedał miliony płyt, wiele razy koncertował na świecie i zbudował solidną bazę fanów na wszystkich kontynentach. Te osiągnięcia nie były oczywiste dla zespołu, który miał sprawiedliwy udział w „co, do cholery, tutaj się dzieje”.

Kiedy „Join Me” stało się numerem jeden w Niemczech, na przełomie tysiącleci, moje oczy się rozszerzyły. To samo kilka lat później, kiedy „Dark Light” trafiło na 18 miejsce na liście Billboard w USA i pokryło się tam złotem. Potem pojawiło się uczucie, że ktoś musiał popełnić jakiś błąd-

HIM to nie tylko międzynarodowa historia sukcesu, ale także zespół rockowy założony przez przyjaciół, którzy znali się od dzieciństwa. Linde spotkał Ville i Mige w siódmej klasie i przez ponad 15 lat grał także z Burtonem. Linde mówi, że najbardziej tęskni za mrocznym poczuciem humoru grupy.

Jestem pewien, że pozostaniemy ze sobą w kontakcie. No chyba, że zostanę pustelnikiem na wsi. To także możliwy scenariusz-

ŻYCIE TRWA, GITARA GRA DALEJ

Rozpad HIM to sytuacja, w której Linde nie ma żadnego doświadczenia. Oczywiście nie musi zaczynać wszystkiego od początku, ale jeśli chce kontynuować działalność w branży muzycznej, musi znaleźć coś nowego i trwałego, a także nauczyć się czegoś innego, niż bycie Linde.

Świat muzyki jest teraz zupełnie inny, niż wtedy, kiedy zaczynał. Jaką radę dałby swojej córce, gdyby chciała zostać profesjonalnym muzykiem?

Odpowiedź jest tradycyjna i ojcowska, ale zupełnie nieoczekiwana od człowieka, który sam gra rocka.

Myślę, że zasugerowałbym jej, żeby nie wchodziła w ten świat, lub przynajmniej przygotowała jakiś plan awaryjny. Biznes muzyczny zmienił się tak bardzo, że obawiam się, że moje wskazówki mogą być przestarzałe. Jednak „nie byłoby rozsądne umieszczać twojego nazwiska na jakimkolwiek papierze, którego nie rozumiesz” jest chyba wciąż ważną radą

Sam Linde nie potrzebuje żadnej z nich, z wyjątkiem części dotyczącej umów. Jako absolwent liceum, Linde nigdy nie opracował planu awaryjnego.

Nigdy nie dostałem się do szkoły średniej Sibeliusa, więc uczyłem się w Käpylä. A właściwie podchodziłem tylko do obowiązkowych testów i prac, resztę olewając– wspomina –Rano wsiadałem do autobusu jadącego do centrum, żeby oszukać moją mamę. Będąc na miejscu, zamiast do szkoły kierowałem się do księgarni, żeby czytać erotyczne komiksy. Następnie z kawą w ręku szedłem do Stockmann (dom towarowy w Helsinkach), żeby się trochę rozejrzeć i wracałem do domu. Zmarnowałem na tym dwa i pół roku życia. Nie byłem największym molem książkowym, ale osiągnąłem dobre oceny, których nigdy nie potrzebowałem w całym moim życiu

I wątpliwe, że kiedyś mu się jeszcze przydadzą. Kiedy HIM przestanie istnieć, życie będzie toczyć się dalej, a gitara wciąż będzie grać. Linde niedawno przekroczył 40tkę, co oznacza, że nadal jest dość młodym człowiekiem w dzisiejszym biznesie rockowym.

Chcę dalej kontynuować projekt Daniel Lioneye, ale poza tym nie mam żadnych innych planów. Nie mam większych celów i marzeń, ale nadal zamierzam tworzyć muzykę. Praca nad nową piosenką lub riffem, to wciąż najlepsze uczucie na świecie-

Ale nie wyprzedzajmy przyszłości. HIM wciąż jest w pożegnalnej trasie.

Potem mogę skoncentrować się na przyszłości. Cokolwiek się stanie, chcę to przyjąć z pozytywnym i otwartym umysłem


*Nie byłabym naczelną researcherką, gdybym tego gruntownie nie sprawdziła. Oprócz Linde, obok pozycji „perkusja” znajduje się niejaki Pus Sypope. Jest to nikt inny, jak Gas Lipstick. Ville Valo także brał udział w nagrywaniu części basów („The End Of The World) i chórków (Keep On Rocking In The Free World), jednak nie jest w ogóle uwzględniony na płycie ani pod pseudonimem, ani pod własnym nazwiskiem. Dotarłam do wywiadu z Jeff’em, gdzie tłumaczy, że oni sami go o to poprosili. Powiedział coś w stylu, że nie sądzi, żeby Valo to przeszkadzało i myśli [Jeff], że to żart. Za to Gas nie chciał, żeby ktoś kupił ten album tylko ze względu na jego nazwisko (a spotkała go już taka sytuacja). Na albumie pojawili się też tacy muzycy jak m.in.: bracia Cavanagh i Les Smith (Anathema), Shane Embury i Bill Steer (Napalm Death), Niclas Etelävuori i Pasi Koskinen (Amorphis).

Źródło: inferno.fi

Tłumaczenie zostało dokonane z fińskiego na angielski przez „randomową osobę z netu” a potem na polski przez Vixen Black. Przyczyniła się do tego Anna, która wysłała mi maila z tym wywiadem, dając nam tym samym kopa do zakasania rękawów i zabrania się za niego 😀

W kolejce czeka wywiad z V.V – pamiętajcie –> My też mamy swoje życia 🙂

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

HIM is Dead! (+ PRZYGODNIK)

Dobry wieczór Robaczki 🙂

Choć w sumie czy dobry czy nie, można spekulować 😛 Ostatnio narzekałam (i żeby nie było, to nie tylko ja 🙂 ) na brak newsów z ostatniej trasy. HIM jest wciąż w Ameryce, ale już coraz bliżej do koncertów europejskich tylko… Co z tego?

No właśnie – żadnych relacji, żadnych wywiadów, nudy, nudy i jeszcze raz nudy. Nic się nie dzieje, wychodzą, grają, schodzą 😀

Być może teraz napiszę coś dość kontrowersyjnego ale niech tam –  może ktoś z was ma podobne odczucia 🙂 Mianowicie im bliżej do koncertu, tym coraz mniej chce mi się na niego iść. Nie mam zbytnio ochoty, żeby oglądać ten sam kolejny występ, który niczym się nie różni od tych automatycznie wykonywanych każdego dnia. Nie ma we mnie ani tej radości co kiedyś, ani żadnej ekscytacji…

Ja jestem już zmęczona i z tego co się orientuję wielu z was również. Tyle lat spędziliśmy z zespołem, kupowaliśmy płyty, wspieraliśmy na dobre i na złe… Nie oczekujemy fajerwerków ale zwykłego ludzkiego podejścia. Pana Valo nic nie kosztuje kilka słów skierowanych do fanów, żeby dać nam poczucie że jesteśmy jednak dla nich ważni…

Kiedy trasa dobiegnie końca, nie wiem co dalej będzie z blogiem – jako kapitan tonącego statku zostanę do samego końca 🙂 Ale jeśli HIM już definitywnie umrze a członkowie usuną się w cień, mniejszy lub większy, nie pozostanie mi nic innego jak również pójście na dno i pożegnanie się z wami 🙂

Wiem, że za chwilę mogą tu paść pod moim adresem nieprzyjemne komentarze jaką to nie jestem „true fanką” XD Uwierzcie mi, nie chciałbym być tak nazywana, bo mnie przynajmniej, kojarzy się to z psychofankami, groupies itp. Jestem z wami szczera i mam nadzieję, że to uszanujecie 🙂 Poza tym, jesteś już w zupełnie innym „miejscu” w moim życiu i HIM jakoś już w nim nie gości – nie musi, nie jest mi potrzebny – poszłam dalej a HIM został w tyle 🙂

Ale żeby nie było tak do końca pesymistycznie to w tej gazetce:

Jest podobno dość długi EKSKLUZYWNY XD wywiad. Nie wiemy jeszcze co tam jest takiego ciekawego, ja tego nie kupię, mam dość wydawania hajsu na Valo 😛 Poczekamy jednak, może w sieci się coś pojawi heh

———————————————————————————————-

Teraz jeszcze Sara, która napisała już dla nas o swojej wycieczce do Pragi pojechała tym razem do Finlandii 😀 Specjalnie dla nas napisała relację z tego wyjazdu, a ponieważ nabazgroliła dość dużo stron podzielę to na części i dzisiaj zaprezentuję wam CZĘŚĆ 1 – HELSINKI TRIP

A obraz Mel dalej wisi w sklepie papy Valo 😀 Miłego czytania 😉

Finlandia 20 – 25.09.2017

Nie wiem dokładnie, kiedy wpadłam na pomysł odwiedzenia Helsinek, ale pewnie było to jakiś rok po tym, jak zaczęłam słuchać HIMu (chyba wiosna 2015). Był to moment gdy z bogów muzyki stali się dla mnie po prostu ludźmi – osobami rzeczywistymi. Do tego ludźmi, którzy mieszkają wcale nie tak daleko, bo po drugiej stronie morza Bałtyckiego. Pamiętam, że najpierw sprawdzałam promy i autobusy jadące przez Petersburg. Wynikało to z moich poprzednich wycieczek do Szwecji czy Petersburga właśnie. Jednak ceny i czas potrzebny do takich przepraw trochę mnie zdemotywowały. Z kolei ceny wycieczek zorganizowanych do Skandynawii należą moim zdaniem do jednych z najdroższych.

Przełom nastąpił dokładnie rok później, gdy Doris dodała swój przygodnik (lipiec 2016). Teraz wiedziałam już, że wycieczka do Helsinek jest jak najbardziej możliwa, a nawet na moją studencką kieszeń. Zmusiłam nawet moją współlokatorkę Karolinę do obietnicy, że pojedzie ze mną. Od teraz zaczęłam po prostu czatować na odpowiedni termin. A ponieważ byłam  w trakcie robienia inżyniera, przypadł on dopiero na ten wrzesień 2017. Sprawdzałam oferty lotów na stronie Skyscanner co dwa dni. W końcu doszłyśmy do zgody z moją towarzyszką podróży, że pasuje nam termin 20-25.09.2017. Nie była to najtańsza oferta, ale i tak korzystna. (Uwaga: strona podaje oferty dla klubowiczów Wizzaira, niedostępnych dla pospolitej ciżby.) W sumie wyszło jakieś 150 zł, ale dokupywałam też bagaż większy podręczny + ok. 70 zł. Stwierdziłyśmy po prostu z Karoliną, że końcówka września będzie zimna i potrzebujemy dużo swetrów. Znalazłam dwa dość tanie hostele: jeden w Turku i jeden w Helsinkach. Za 5 noclegów z śniadaniami dla jednej osoby wyszło jakieś pięć stów polskich. Jeśli chodzi o dotarcie do gdańska z samego dołu Śląska, to udało mi się załatwić z rodzicami – akurat chcieli wybrać się na weekend nad morze i tylko dopasowali sobie termin do mojego wyjazdu. Miałam więc podwózkę pod same lotnisko w dwie strony.

Lot do Turku miałyśmy z Gdańska o 10:00, a planowany przylot o 12:30 czasu Fińskiego. Jednak piloci bardzo się śpieszyli i lot trwał ledwo godzinę. W sumie po pięćdziesięciu minutach ogłosili lądowanie. Dla Karoliny był to pierwszy lot samolotem w życiu i śmiała się bardzo, że był krótszy niż niejedna podróż tramwajem po Krakowie. Na lotnisku powitał nas Muminek! Z którym koniecznie zrobiłam sobie zdjęcie.

Lotnisko wydawało się być małe, ale nie rozglądałyśmy się więcej, tylko wskoczyłyśmy do autobusu nr. 1 za 3 Euro. (dopiero wracając odkryłam, jak bardzo jest małe!) Już z autobusowego okna wiedziałam, że jestem w innym kraju. Szczególnie po architekturze wiedziałam, że jestem w Skandynawii. Te obite drewnianymi panelami domki są po prostu cudowne. Żadnych płotów, sąsiedzi sobie nawzajem nie kradną rowerów. Różnicę było też widać po roślinności i co dziwne, Polska złota jesień była już w Finlandii we wrześniu, a u nas dopiero od połowy października.

Nasz przystanek był przedostatni na trasie, zaraz obok portu – Forum Marinu. Gdyż naszym hotelem w Turku był statek cumujący na rzece – MS Bore/Laivahostel Borea.

Dostałyśmy naszą zarezerwowaną wcześniej kajutę bez okna  z mikrołazienką. (Uwaga: można zapomnieć, ale skoro nie ma okna, to słońce nie obudzi Was rankiem, pamiętajcie o budziku!) Rozpakowałyśmy się i ruszyłyśmy na miasto – głównie w poszukiwaniu sklepu spożywczego. Zaczął padać okropny deszcz, a sklepu szukałyśmy z godzinę. Okazało się, że mieszkałyśmy w centrum przemysłowo-fabrycznym, więc żadnych sklepów w promieniu 2 kilometrów. Wydaje się być blisko, ale byłyśmy strasznie zmęczone, a pogoda tylko nas przybiła. Plus był taki, że miałyśmy Zamek w Turku za rogiem.

I to od niego zaczęłyśmy zwiedzanie drugiego dnia – pogoda była wyśmienita, nie licząc kilku kałuży. (Uwaga: trzeba zarezerwować sobie przynajmniej 4 godziny na zwiedzanie samego zamku.) Naprawdę ma szeroki asortyment i jest wart odwiedzenia, bardziej niż samo miasto. (Ciekawostka: istnieje sala w której można się przebrać za księżniczkę lub rycerza bez ograniczeń wiekowych.)

Na każdym kroku stoją przewodnicy poprzebierani za średniowiecze. Niektórzy cię ignorują, a niektórzy porywają i z entuzjazmem oprowadzają po lochach. Jeśli chodzi o miasto – miałam wcześniej przygotowaną mapkę zwiedzania na jeden dzień. Prowadzi ona od zamku -> wzdłuż rzeki -> na jej drugą stronę (Uwaga: istnieje darmowy „prom” dla pieszych przez rzekę, inaczej nie dostaniecie się na drugi brzeg)  -> w kierunku stadionu Paavo Nurmi -> przez trzy parki -> do Katedry w Turku . Następnie główną ulicą do rynku  -> odbiłyśmy do Muzeum Sztuki  -> bocznymi uliczkami do pięknego kościoła Michała. Z kolei od niego skierowałyśmy się już do portu (gdzie cumuje fińska wersja Daru Pomorza i również fińska wersja Błyskawicy). Przy okazji zwiedziłyśmy więzienie – mój mały błąd – chciałam skrócić nam drogę przez coś, co na mapie wyglądało jak pałacowy park. Pałac okazał się być więzieniem, a park faktycznie był. Jeśli chodzi o samo miasto – od razu da się zauważyć typową skandynawską zabudowę – budynki mieszkalne to takie klasyczne drewniane domki z pocztówek.  Z kolei wszystkie przemysłowe budynki mają elewacje z cegły. Cała reszta jest bardzo nowoczesna, miałam wrażenie jakby połowę budynków wybudowali w ostatnich kilkudziesięciu latach. Wszystko jest zadbane, budynki są po renowacjach. Co tu mówić, gołym okiem widać, że to nie polska.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Trzeciego dnia spakowałyśmy się i wsiadłyśmy do autobusu nr 1. Następnie w McDonaldzie przeczekałyśmy na OnniBusa, ponieważ znowu padało. Przed wyjazdem Karolina „nabazgrała” mały rysunek i notkę w księdze wpisów na naszym stateczku.

Koło 14:30 byłyśmy już w Helsinkach. Tutaj miałyśmy zamęt. Jednym słowem dworzec na Kamppi jest … porąbany. Nie dało się wyjść! A jak już wyszłyśmy, to nie miałyśmy pojęcia gdzie jesteśmy.

Także łaziłam w kółko przyklejona do telefonu z mapą i z walizką skłonną do wywrotek w drugiej ręce. W końcu udało nam się trafić na przystanek… – ale wsiadłyśmy do złego tramwaju. Choć o ile tramwaj był dobry, to po prostu jechał w złym kierunku. Modliłyśmy się, żeby dojechać na miejsce w terminie ważności biletu – który zakupiłyśmy kilkadziesiąt minut wcześniej z automatu na Kamppi. W wyniku pomyłek i złego zmysłu orientacji, straciłyśmy jakieś pół godziny z ważności biletu, a potem musiałyśmy czekać 9 minut na odpowiedni tramwaj. Ale udało się! Po drodze mignęła mi taksówka Papy Valo – jak później się okazało nasz tramwaj jeździł tuż obok sklepu.

Nasz CheapSleep Hostel mieścił się na ulicy Sturenkatu 27 B i naprawdę szczerze go polecam. Co prawda pokoje są osobno z łazienkami, ale jest bardzo czysto i przyjaźnie. Mamy do dyspozycji kuchnię i jej całe wyposażenie – warunkiem jest tylko sprzątanie po sobie. Dostajemy rano śniadanie – wielką kanapkę, jakiś owoc i żeton na kawę z automatu. Dostałyśmy nawet kapcie, a łazienki są lepsze niż w niejednym akademiku. Hostel organizuje „wieczorki zapoznawcze” gdzie można poznać znajomych z całego świata. Jedyna możliwa wada jest taka, że dostałyśmy okno na główną ulicę, a ja mam słaby sen.

Wracając do zwiedzania – najbliżej miałyśmy do parku rozrywki Linnanmäki. Zawsze chciałam mieć w mieście taki lunapark, gdzie jak w amerykańskich filmach można codziennie chodzić na randki czy spacerki XD. Wstęp jest darmowy, więc skorzystałyśmy i się przeszłyśmy wieczorem po prostu pooglądać jak ludzie wrzeszczą – ma to też taki swój klimat – światełka i muzyka. No i oczywiście wszechobecne Muminki. Chciałam sobie kupić jednego na pamiątkę, ale jestem strasznie skąpa i w końcu zrezygnowałam – cena mnie nie zadowalała. Pragnę dodać, że w Finlandii są wszechobecne ciemne, grafitowe głazy. I nie mam na myśli kamieni tylko głazy. Np. idziemy sobie przez park i nagle zamiast chodniczka mamy … kamienie.  Miałam okazję porozmawiać na ich temat z rodowitą finką i potwierdziła, że dopiero gdy turyści zaczęli robić im zdjęcia, kapnęła się, że takie głazy nie występują wszędzie w Europie.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

W sobotę z samego rana zabrałyśmy się za zwiedzanie Helsinek. Zaczęłyśmy od kościoła w dzielnicy Kallion, którego sześćdziesięcio-pięcio metrowa wieża góruje nad całym miastem – można ją dostrzec z prawie któregokolwiek punktu – w architekturze nazywamy to zjawisko dominantą. A ponieważ była sobota, w kościele odbywał się ślub i nie mogłyśmy wejść do środka, bo goście nieprzyjaźnie na nas patrzyli. Stamtąd miałyśmy blisko do sklepu Pana Valo – już z daleka było widać taksówkę. Nie ma co rzuca się w oczy jaskrawym żółtym kolorem, ale też rocznikiem wozu. (Jestem fanką motoryzacji = córeczka tatusia, hehe – więc zwracałam uwagę na to, jakie marki jeżdżą po Helsinkach. Wyliczyłam tylko jednego mustanga, ale były też ze cztery amerykańskie stare wozy. Głównie tylko porsche, jaguary, mercedesy i BMW, więc Finowie bogaci są nie ma co.) Karolina chciała mi zrobić zdjęcie, ale jestem osobą, która nie lubi rzucać się w oczy. Dlatego robię zdjęcia z ukrycia i uciekam. Z resztą i tak miałam wrażenie, że mam na czole wypisane – ona tu jest powodu HIMu!!! Ale to już moje osobiste zdziwaczenia. Także, gdy dotarłyśmy do sklepu, ubłagałam Karolinę, by weszła pierwsza. Za bardzo się wstydziłam. Potem Pan Valo się do nas uśmiechnął, a ja wskazałam na obraz Mel, powołując się na waszą „znajomą” i było po krzyku. Coś tam poopowiadaliśmy sobie po angielsku. Wręczyłam mu przewodnik w języku angielskim po moim rodzinnym mieście i plik pocztówek z ładnym fotografiami najważniejszych zabytków. Pochwaliłam się, że jeden z nich – zabytkowa rotunda – jest na dwudziestozłotówce i zaprezentowałam mu banknot polski (Tak, wydało się, jestem z Cieszyna). Na co Pan Valo stwierdził, że miasto wygląda świetnie, jutro kupuje bilet i tam jedzie! Następnie wręczył nam po pocztówce swojego sklepu, a my poprosiłyśmy go o jakieś bazgroły.

W międzyczasie zauważyłam, że bardzo lubię jego taksówkę. Na co on zauważył, że mam koszulkę z Impalą (Z Supernatural) i zapytał czy to moje auto. Odpowiedziałam, że nie, jeżdżę Fiatem 500, ale Impala to moje wymarzone auto i oboje się roześmialiśmy. Kupiłyśmy jeszcze po koszulce HIM z krucyfiksami za 5 Euro – był to „specjalny pakiet” dla dwóch osób za 10 Euro 😀 Powiedziałyśmy, że teraz będziemy miały co założyć na koncert w listopadzie. Wręczył nam jeszcze stertę przewodników i map, a potem pożegnaliśmy się i ruszyłyśmy do dalszego zwiedzania.

KONIEC CZĘŚCI 1.

Tekst: Sara (Szarratu)


Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!