Prof. Miodek o HIM :) +PRZYGODNIK CZ.2

Heej!

Niestety jeszcze nie posiadam tekstu wywiadu i nie wiem czy jest tam coś wartego uwagi. Podejrzewam, że na pewno znajdzie się choć jedno zdanie, które nie jest kolejnym wyświechtanym frazesem od których więdną nam już uszy 😛 No ale jak będzie coś wiadomo to będziemy się dzielić z wszystkimi.

Tymczasem, w ostatniej notce zamieściłam relację Sary z jej wyjazdu do Finlandii 🙂 Jak się okazało, ktoś zwrócił uwagę na to, iż napisała ona „że słucha HIMu” – a powinno być „słucha HIMa”. No i się zaczęło 😀

Ja nie jestem grammar nazi, nie jestem też językoznawcą a i przecinki mi się czasem mieszają, z ortografią lepiej jednak czasem nad czymś się zawieszę XD No ale generalnie, nie jestem fanem takiego czepiania – to wasze teksty i ja raczej staram się mało w nie ingerować 🙂 No ale ta odmiana „Zrobiła nam dzień” 😀

A skoro nie wiadomo co i jak, to trzeba się zwrócić do kogoś, kto to co i jak wie 😀 Przeczytajcie co na ten temat powiedział prof. Miodek, którego Ola zapytała o zdanie 🙂

„Szanowny Panie Profesorze,

Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że jest Pan Profesor moim Autorytetem w dziedzinie poprawnej polszczyzny. Piszę do Pana Profesora, ponieważ mamy z koleżankami nie lada problem. Otóż jesteśmy fankami fińskiego zespołu metalowego o nazwie HIM. Jest to skrót od angielskiego wyrażenia His Infernal Majesty czyli Jego Piekielna Wysokość. Mamy wątpliwości dotyczące odmiany tej nazwy. Czy możemy mówić ,,Słuchamy HIM”, ,,Słuchamy HIM-u” czy może ,,Słuchamy HIM-a”?”

Bardzo proszę Pana Profesora o odpowiedź.

Serdecznie pozdrawiam w imieniu Heartagram Poland.

Aleksandra G.

Szanowna Pani!

Czasownik słuchać wchodzi w związki składniowe z dopełniaczem, więc „słuchamy zespołu HIM”. Gdy opuścimy człon „zespołu”, sprawa się skomplikuje, bo dystrybucja końcówek dopełniacza -a, -u nie rządzi się ścisłymi regułami i nawet tak popularne słowa, jak krawat czy filar, mają równorzędne warianty krawata//krawatu, filara//filaru. W moich uszach przyjemniej brzmi wariant HIM-u, ale końcówka -a jest dziś produktywniejsza i głowę daję, że większość wybierze wariant „słuchamy HIM-a”. Podkreślam jednak: oba warianty są poprawne.

Pozdrawiam serdecznie

Jan Miodek


DZIĘKUJEMY PANIE PROFESORZE 🙂

Być może profesor sprawdzi teraz, co to za zespół i zostanie nowym fanem XD Któż to wie 😛 Ale jak już wiemy, obie formy są poprawne, jeśli jednak nie jesteście pewni jak napisać odmianę HIM, najlepiej chyba tego nie robić 🙂

Oj, Sara – namieszałaś nam tutaj hehe


Następną w planie miałam wyspę Tervasaari (spodobało mi się, że wyspy i półwyspy miały w nazwie Saari – co brzmiało prawie jak moje imię tylko po Fińsku 🙂 ). Potem przeszłyśmy się wzdłuż portu do Soboru Uspieńskiego – gdzie również odbywał się ślub. Uciekając przed tłumem Chińczyków wyszłyśmy jakimś tylnym wyjściem i trafiłyśmy na dwie śliczne kamieniczki, które zgodnie ochrzciłyśmy mianem „Wyjętych z Harrego Pottera”.

Obok stało SkyWheel Helsinki i nowoczesna budowla widokowa w kształcie statku/parowca (tak przy okazji to dosłownie podobny zaprojektowałam na zajęciach rok wcześniej).

W porcie widziałam kilkoro osób kąpiących się w morzu! Owszem było bardzo ciepło, ale no… takie wrześniowe kąpiele nie są dla mnie. Zaraz obok znajduje się Kauppatori, na którym straciłyśmy strasznie mnóstwo czasu. Był to kiedyś targ rybny, a teraz głównie można kupić pamiątki. Zauważyłam tu, że Helsinki są architektonicznie strasznie podobne do Petersburga i ucieszyłam się, gdy mój przewodnik ilustrowany zgodził się ze mną, stwierdzając dokładnie: architektura rosyjska.

(Miałam na myśli te klasycystyczne pałace, które Piotr I Wielki kazał budować wzdłuż morza i rzeki, żeby zwiedzający z łodzi goście z Europy myśleli: jaki ten Petersburg jest piękny i bogaty!) W końcu dostałyśmy się na plac Senacki i tam powtórzyło się moje wrażenie rosyjskiej zabudowy. Wściekłam się, gdy się okazało, że nie można wejść do środka Katedry Ewangelickiej, bo bardzo ważna osobistość ma ślub! Obeszłam więc budynek dookoła i pooglądałam architekturę w uliczkach bocznych, gdzie nie docierały wycieczki. Następnie przeszłyśmy się ulicą Aleksanterinkatu, gdzie znowu wstąpiłyśmy do Mc’a (Zabijcie mnie, ale Happymeal był najtańszym posiłkiem jaki mogłyśmy znaleźć – nie licząc zupek chińskich z Polski i spaghetti domowej/hotelowej roboty). Przy jedzeniu złapałam darmowe wifi i kapnęłam się, że miałyśmy iść jeszcze do kościoła św. Jana. Musiałyśmy więc się troszkę „wrócić”. Opłacało się, bo kościół był pusty. Wesele już się odbyło, a młoda para robiła sobie zdjęcia przed. (Notka Architektoniczna: Adolf Emil Melander, zbudowany w latach 1888–1891, neogotyk). Tutaj natrafiłyśmy na kawiarnię Muminkową! A ponieważ pluszaki Muminki i breloczki Muminki były drogie, kupiłyśmy sobie po kawie w kubku Muminkowym.

 

 

Stąd miałyśmy się dostać do Riffu, ale w wyniku braku zmysłu orientacji i zażartej kłótni w jaki sposób obrócić mapę, nie doszłyśmy. Jak się później okazało, weszłyśmy w złą ulicę – dosłownie o ulicę niżej. Także zamiast Riffu, znalazłyśmy ładną „łatę urbanistyczną/architektoniczną”. Tiiaa. Whatever. Pewnie i tak bym się bała wejść, przez mój za bardzo rozwinięty Introwertyzm. Ulicą Annakantu doszłyśmy do jakiegoś kościółka Vanhakirkko, w którym też odbywał się ślub. Minęłyśmy go więc, bo miałyśmy mało czasu. Naszą następną stacją był dworzec główny w Helsinkach. (Notka Architektoniczna: Zaprojektowany przez Eliel’a Saarinen i ukończony w 1919, został wybrany jednym z najpiękniejszych dworców na świecie przez BBC w 2013 roku. Styl art nouveau). Potem spacerkiem minęłyśmy Helsinki Music Centre i budynek Parlametu, by zatrzymać się pod Muzeum Fińskiej Historii Naturalnej – zaciekawił mnie łoś przed budynkiem i żyrafy na balkonie.

(Ps. mieszkałyśmy z dziewczynami blisko tych żyrafek i zawsze miałyśmy polew z nich 😀 Ale był wyznacznikiem że do domu już rzut beretem ehehe -C.N.)

Później ruszyłyśmy w stronę Kościoła w Skale, ale natknęłyśmy się na jedynego Mustanga w Helsinkach, więc musiałam cyknąć fotki. Po tym jak odwiodłam Karolinę od pomysłu, by włączyć alarm w samochodzie (no przecież właściciel to mąż dla ciebie = nie dość, że jeździ Mustangiem to mieszka w Helsinkach), dostałyśmy się do kilku sklepików z pamiątkami, gdzie zakupiłyśmy bilety wstępu do kościoła. Przed samym wejściem okazało się, że skała w której wykuto kościół, to taki sam granitowy głaz jak w całych Helsinkach, a w Turku w sumie też (wspominałam o nich przy Lunapraku). Dla tych którzy nie wiedzą jak to sobie wyobrazić: są sobie wysokie kamienice mieszkalne, między nimi wielki plac z ogromnym głazem, a w tym głazie okrągły kościół z miedzianą kopułą (ma podobno 24 metry średnicy).

W sumie wygląda to jak Ufo które wbiło się w środek miasta w potężny głaz. Efekt ten nasilił się po wejściu do środka. Ściany są ze skały, więc wygląda to trochę klaustrofobicznie. Osobiście pobadała mi się wielka miedziana płyta służąca za sufit i 180 szklanych paneli, przez które wpadało światło dzienne. (Notka Architektoniczna: Kościół Temppeliaukio zaprojektowali bracia Timo i Tuomo Suomalainen, wybudowany w 1969 r., styl modernizm w nurcie brutalizmu.) Wychodząc z kościoła zauważyłyśmy mnóstwo karteczek wielkości dużej zakładki do książki. Były we wszystkich językach świata, a podpis obok głosił, by zabrać ze sobą słowo boże w ojczystym języku. Wzięłam sobie w japońskim – mimo że jestem niewierząca – bo ślicznie wyglądał 😀 Następnie przeszłyśmy obok Fińskiego Muzeum Narodowego, ale że było już koło 18, nie wchodziłyśmy do środka. Powiem tylko, że sam budynek wygląda jak kościół i bardzo mi się podobał.

(NA: zaprojektowany przez grupę fińskich architektów, otwarty w 1916, reprezentuje styl architektury muzealnej panujący na przełomie XIX i XX w.)  Na koniec doszłyśmy do Fińskiej Opery Narodowej, gdzie miałyśmy autobus do hotelu. Niestety zapomniałam, że autobus ten jeździ o innych godzinach w soboty. W związku z tym musiałyśmy wracać na piechotę jeszcze dwa kilometry – z górki a potem pod górę. Była to prawie droga pokutna, bo byłyśmy tak wykończone.

 

 

 

 

Niedziela była bardziej spokojna. Poszłyśmy na autobus i za darmo – bo kierowcy zepsuł się automat do biletów – dojechałyśmy na osiedle Munkkiniemen. Celem była oczywiście wizyta pod wieżą Valosa. Ponieważ panowała Złota Jesień, bluszcz, który porastał budynek był czerwono bordowy.

A słońce świeciło tak mocno, że żadne zdjęcie nie wyszło dobrze. Karolina próbowała zrobić sobie selfie, ale ja błagałam ją, żebyśmy uciekały, bo mieszkańcy na pewno gapią się na nas z okien. Czułam się tak cholernie niekomfortowo, że zadowolenie i zachwyt, poczułam dopiero, gdy uciekłyśmy i przeglądałyśmy zdjęcia w parku. O 13:00 miałyśmy zwiedzanie domu Alvara Aalto, najsławniejszego fińskiego architekta, o którym miałyśmy prawie półtora godzinny wykład na historii architektury. Aczkolwiek musiałyśmy zapłacić 18 euro za wejście i było to największe zdzierstwo wszechczasów. Miałam ochotę w ogóle nie wchodzić, no ale skoro już tam byłyśmy… Narobiłam mnóstwo zdjęć, żeby było warto, a Karolina nażarła się piankami i cukierkami, które leżały w misach jako poczęstunek. No skoro już wydałam tyle euro, to zeżrę wszystkie. (Dom i jednocześnie biuro architekta wybudowano w altach 1935-36 w stylu modernistycznym. Taka ciekawostka, to Alvar Allato z żoną zaprojektowali większość mebli, które obecnie sprzedaje IKEA. Więc jeśli macie coś w domu z IKEI, to na 90% zostało zaprojektowane przez nich.) Następnie miało miejsce wcześniej zaplanowane spotkanie z bratem-znajomego mojego taty z pracy – który ma żonę finkę i od ponad dwudziestu lat mieszka w Finlandii. Także fajnie było spotkać się z kimś z Polski w obcym kraju. Małżeństwo było jakieś dziesięć lat starsze od moich rodziców, ale bardzo sympatycznie się z nimi rozmawiało. Pan Mirek trochę kaleczył język polski, bo przestawił się już na Fiński, ale jego żona bardzo dobrze mówiła po angielsku. Zabrali nas swoim samochodem do muzeum w Domu Prezydenta Urho Kekkonena. Budynek – Villa Tamminiemi – ma dołączoną najdroższą saunę na świecie – o ile dobrze pamiętam jakieś 1500 euro za wieczór, ale chyba pomyliłam.

(NA: Villa wybudowana w 1903 roku, w stylu Art Nouveau, wnętrze utrzymane w wystroju na lata 60 i 70) Miałyśmy tam najfajniejszego przewodnika, który bardzo się przejął tym, że jesteśmy z polski i starał się mówić wyraźnie oraz opowiadać o sprawach fińskich-polskich, które by nas zainteresowały. Po skromnym lunchu w kawiarni – Karolina zjadła fińskiego pieroga karelskiego tzw. karjalanpiirakat. Ja zadowoliłam się szwedzką, zawijaną, bułeczką cynamonową. Wracając z powrotem autem pana Mirka, zobaczyłam z okna Pomnik Sibeliusa – te wielkie organy w parku dzielnicy Töölö. Pod hotelem wymieniliśmy się prezentami – my dostałyśmy fińskie czekolady, a podarowałyśmy polską żubrówkę, zakupioną na lotnisku. Wieczorem znowu wybrałyśmy się do  Linnanmäki.

 

W poniedziałek spakowane wsiadłyśmy do tramwaju i zrobiłyśmy sobie przesiadkę w dzielnicy Kalio, bo potrzebowałam wymienić koszulkę na inny rozmiar w sklepie Papy Valo. Miałam kilka minut do przybycia następnego tramwaju, więc zostawiłam Karolinę z walizka i naszym wielkim plecakiem, a sama pobiegłam wzdłuż ulicy. Także wpadłam do sklepu zdyszana, a Pan Valo zaczął się ze mnie śmiać. Wyjaśniłam mu mój problem i to, że dziś wracamy do Polski. A on z uśmiechem na twarzy wymienił mi koszulkę i życzył bezpiecznej podróży oraz szybkiego powrotu do Helsinek. Już bez większych przeszkód dotarłyśmy do Kamppi, gdzie Karolina zrobiła dla mnie kilka zdjęć Tavastia.

Ja za bardzo się wstydziłam wyciągać aparat w obecności tylu ludzi czekających w kolejce. Potem znowu błądziłyśmy po samym dworcu, ale w koniec końców wsiadłyśmy do OnniBusa i wróciłyśmy szczęśliwie do Turku. Udało nam się siąść w autobusie piętrowym na górze przed samą szybą.

Ostatnia przygoda, jaka na mnie czekała, to bieganie po Turku i szukanie kogoś, kto sprzeda mi znaczek pocztowy. Wcale nie było to takie proste jak się wydawało. Karolina czekała na mnie z walizkami w McDonaldzie, a ja biegałam to tu, to tam. Najpierw przez godzinę szukałam znaczka. A potem przez godzinę szukałam skrzynek pocztowych. Gdy w końcu je znalazłam, nie byłam pewna czy wyrzucić pocztówkę do niebieskiej czy pomarańczowej. Finowie powinni pokusić się o napisy po angielsku! Suma summarum moja pocztówka trafiła w ręce adresatki następnego dnia rano. Więc chyba mają Ghost Ridera w Poczcie Fińskiej, bo nie ma innego wyjaśnienia, chyba że teleportacja też wchodzi w grę.

Na lotnisku byłyśmy już koło 20 wieczorem mimo, że wylot był o 21:55, a o 22:20 miałyśmy być już w Polsce czasu Polskiego. Dopiero wtedy dotarło do nas jak bardzo małe jest lotnisko w Turku. Nie było żadnych sklepów oprócz dwóch kawiarni, do tego tylko jedna była czynna tak późno. Po odprawie biletowej miałyśmy do dyspozycji tylko automaty z przekąskami i napojami. Po czym razem z wszystkimi pasażerami naszego lotu ściskaliśmy się w małej poczekalni. Lot wydawał się jeszcze krótszy niż poprzedni. Ja spędziłam go obok starszych pań z Rosji, które uczyły się polskiego. Od czasu do czasu czytałam im jakieś słówko, a one bardzo się śmiały z tego jak brzmiało. Rodzice odebrali nas z Gdańska i koło czwartej rano byłam już w domu.

Później musiałam opowiadać wszystkim po kolei jak było: babciom i dziadkom, wszystkim koleżankom, dlatego mam wrażenie, że opowiadam to setny raz. Jestem bardzo zadowolona, choć przez cały pobyt w Finlandii strasznie się stresowałam. Był to pierwszy raz, kiedy sama musiałam wszystko zorganizować, więc była mała presja. Przyłapywałam się też czasami na sytuacjach, gdy trzymałam telefon z mapą w ręce, a z paniką macałam się po kieszeniach, będąc pewną, że go zgubiłam. Tiaaa… Blondynka. Mam nadzieję, że kiedyś znowu uda się tam wybrać. Na razie mam w planach oglądanie zorzy polarnych, więc jeszcze nie wiem czy Laponia czy Norwegia 😀

Tekst: Sara (Szarratu)

POZDRAWIAMY KAROLINĘ 🙂


Kochani! Taki wniosek wyciągam z waszych opowieści i zasłyszanych oraz zapisanych 😛

MUSIMY CHYBA POJECHAĆ WSZYSCY RAZEM DO „RIFFU” I ZROBIĆ TAM POPIJAWĘ 😀 Bo ja tak słucham o tych waszych problemach z nieśmiałością, introwertyzmem to aż chcę mi się was tam wszystkich opić i dobrze się bawić. Pamiętajcie – raz się żyje 😀

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

Ps. możemy też wszyscy razem pójść się nażreć pianek i cukierków za 18 euro 😛

Reklamy

HIM is Dead! (+ PRZYGODNIK)

Dobry wieczór Robaczki 🙂

Choć w sumie czy dobry czy nie, można spekulować 😛 Ostatnio narzekałam (i żeby nie było, to nie tylko ja 🙂 ) na brak newsów z ostatniej trasy. HIM jest wciąż w Ameryce, ale już coraz bliżej do koncertów europejskich tylko… Co z tego?

No właśnie – żadnych relacji, żadnych wywiadów, nudy, nudy i jeszcze raz nudy. Nic się nie dzieje, wychodzą, grają, schodzą 😀

Być może teraz napiszę coś dość kontrowersyjnego ale niech tam –  może ktoś z was ma podobne odczucia 🙂 Mianowicie im bliżej do koncertu, tym coraz mniej chce mi się na niego iść. Nie mam zbytnio ochoty, żeby oglądać ten sam kolejny występ, który niczym się nie różni od tych automatycznie wykonywanych każdego dnia. Nie ma we mnie ani tej radości co kiedyś, ani żadnej ekscytacji…

Ja jestem już zmęczona i z tego co się orientuję wielu z was również. Tyle lat spędziliśmy z zespołem, kupowaliśmy płyty, wspieraliśmy na dobre i na złe… Nie oczekujemy fajerwerków ale zwykłego ludzkiego podejścia. Pana Valo nic nie kosztuje kilka słów skierowanych do fanów, żeby dać nam poczucie że jesteśmy jednak dla nich ważni…

Kiedy trasa dobiegnie końca, nie wiem co dalej będzie z blogiem – jako kapitan tonącego statku zostanę do samego końca 🙂 Ale jeśli HIM już definitywnie umrze a członkowie usuną się w cień, mniejszy lub większy, nie pozostanie mi nic innego jak również pójście na dno i pożegnanie się z wami 🙂

Wiem, że za chwilę mogą tu paść pod moim adresem nieprzyjemne komentarze jaką to nie jestem „true fanką” XD Uwierzcie mi, nie chciałbym być tak nazywana, bo mnie przynajmniej, kojarzy się to z psychofankami, groupies itp. Jestem z wami szczera i mam nadzieję, że to uszanujecie 🙂 Poza tym, jesteś już w zupełnie innym „miejscu” w moim życiu i HIM jakoś już w nim nie gości – nie musi, nie jest mi potrzebny – poszłam dalej a HIM został w tyle 🙂

Ale żeby nie było tak do końca pesymistycznie to w tej gazetce:

Jest podobno dość długi EKSKLUZYWNY XD wywiad. Nie wiemy jeszcze co tam jest takiego ciekawego, ja tego nie kupię, mam dość wydawania hajsu na Valo 😛 Poczekamy jednak, może w sieci się coś pojawi heh

———————————————————————————————-

Teraz jeszcze Sara, która napisała już dla nas o swojej wycieczce do Pragi pojechała tym razem do Finlandii 😀 Specjalnie dla nas napisała relację z tego wyjazdu, a ponieważ nabazgroliła dość dużo stron podzielę to na części i dzisiaj zaprezentuję wam CZĘŚĆ 1 – HELSINKI TRIP

A obraz Mel dalej wisi w sklepie papy Valo 😀 Miłego czytania 😉

Finlandia 20 – 25.09.2017

Nie wiem dokładnie, kiedy wpadłam na pomysł odwiedzenia Helsinek, ale pewnie było to jakiś rok po tym, jak zaczęłam słuchać HIMu (chyba wiosna 2015). Był to moment gdy z bogów muzyki stali się dla mnie po prostu ludźmi – osobami rzeczywistymi. Do tego ludźmi, którzy mieszkają wcale nie tak daleko, bo po drugiej stronie morza Bałtyckiego. Pamiętam, że najpierw sprawdzałam promy i autobusy jadące przez Petersburg. Wynikało to z moich poprzednich wycieczek do Szwecji czy Petersburga właśnie. Jednak ceny i czas potrzebny do takich przepraw trochę mnie zdemotywowały. Z kolei ceny wycieczek zorganizowanych do Skandynawii należą moim zdaniem do jednych z najdroższych.

Przełom nastąpił dokładnie rok później, gdy Doris dodała swój przygodnik (lipiec 2016). Teraz wiedziałam już, że wycieczka do Helsinek jest jak najbardziej możliwa, a nawet na moją studencką kieszeń. Zmusiłam nawet moją współlokatorkę Karolinę do obietnicy, że pojedzie ze mną. Od teraz zaczęłam po prostu czatować na odpowiedni termin. A ponieważ byłam  w trakcie robienia inżyniera, przypadł on dopiero na ten wrzesień 2017. Sprawdzałam oferty lotów na stronie Skyscanner co dwa dni. W końcu doszłyśmy do zgody z moją towarzyszką podróży, że pasuje nam termin 20-25.09.2017. Nie była to najtańsza oferta, ale i tak korzystna. (Uwaga: strona podaje oferty dla klubowiczów Wizzaira, niedostępnych dla pospolitej ciżby.) W sumie wyszło jakieś 150 zł, ale dokupywałam też bagaż większy podręczny + ok. 70 zł. Stwierdziłyśmy po prostu z Karoliną, że końcówka września będzie zimna i potrzebujemy dużo swetrów. Znalazłam dwa dość tanie hostele: jeden w Turku i jeden w Helsinkach. Za 5 noclegów z śniadaniami dla jednej osoby wyszło jakieś pięć stów polskich. Jeśli chodzi o dotarcie do gdańska z samego dołu Śląska, to udało mi się załatwić z rodzicami – akurat chcieli wybrać się na weekend nad morze i tylko dopasowali sobie termin do mojego wyjazdu. Miałam więc podwózkę pod same lotnisko w dwie strony.

Lot do Turku miałyśmy z Gdańska o 10:00, a planowany przylot o 12:30 czasu Fińskiego. Jednak piloci bardzo się śpieszyli i lot trwał ledwo godzinę. W sumie po pięćdziesięciu minutach ogłosili lądowanie. Dla Karoliny był to pierwszy lot samolotem w życiu i śmiała się bardzo, że był krótszy niż niejedna podróż tramwajem po Krakowie. Na lotnisku powitał nas Muminek! Z którym koniecznie zrobiłam sobie zdjęcie.

Lotnisko wydawało się być małe, ale nie rozglądałyśmy się więcej, tylko wskoczyłyśmy do autobusu nr. 1 za 3 Euro. (dopiero wracając odkryłam, jak bardzo jest małe!) Już z autobusowego okna wiedziałam, że jestem w innym kraju. Szczególnie po architekturze wiedziałam, że jestem w Skandynawii. Te obite drewnianymi panelami domki są po prostu cudowne. Żadnych płotów, sąsiedzi sobie nawzajem nie kradną rowerów. Różnicę było też widać po roślinności i co dziwne, Polska złota jesień była już w Finlandii we wrześniu, a u nas dopiero od połowy października.

Nasz przystanek był przedostatni na trasie, zaraz obok portu – Forum Marinu. Gdyż naszym hotelem w Turku był statek cumujący na rzece – MS Bore/Laivahostel Borea.

Dostałyśmy naszą zarezerwowaną wcześniej kajutę bez okna  z mikrołazienką. (Uwaga: można zapomnieć, ale skoro nie ma okna, to słońce nie obudzi Was rankiem, pamiętajcie o budziku!) Rozpakowałyśmy się i ruszyłyśmy na miasto – głównie w poszukiwaniu sklepu spożywczego. Zaczął padać okropny deszcz, a sklepu szukałyśmy z godzinę. Okazało się, że mieszkałyśmy w centrum przemysłowo-fabrycznym, więc żadnych sklepów w promieniu 2 kilometrów. Wydaje się być blisko, ale byłyśmy strasznie zmęczone, a pogoda tylko nas przybiła. Plus był taki, że miałyśmy Zamek w Turku za rogiem.

I to od niego zaczęłyśmy zwiedzanie drugiego dnia – pogoda była wyśmienita, nie licząc kilku kałuży. (Uwaga: trzeba zarezerwować sobie przynajmniej 4 godziny na zwiedzanie samego zamku.) Naprawdę ma szeroki asortyment i jest wart odwiedzenia, bardziej niż samo miasto. (Ciekawostka: istnieje sala w której można się przebrać za księżniczkę lub rycerza bez ograniczeń wiekowych.)

Na każdym kroku stoją przewodnicy poprzebierani za średniowiecze. Niektórzy cię ignorują, a niektórzy porywają i z entuzjazmem oprowadzają po lochach. Jeśli chodzi o miasto – miałam wcześniej przygotowaną mapkę zwiedzania na jeden dzień. Prowadzi ona od zamku -> wzdłuż rzeki -> na jej drugą stronę (Uwaga: istnieje darmowy „prom” dla pieszych przez rzekę, inaczej nie dostaniecie się na drugi brzeg)  -> w kierunku stadionu Paavo Nurmi -> przez trzy parki -> do Katedry w Turku . Następnie główną ulicą do rynku  -> odbiłyśmy do Muzeum Sztuki  -> bocznymi uliczkami do pięknego kościoła Michała. Z kolei od niego skierowałyśmy się już do portu (gdzie cumuje fińska wersja Daru Pomorza i również fińska wersja Błyskawicy). Przy okazji zwiedziłyśmy więzienie – mój mały błąd – chciałam skrócić nam drogę przez coś, co na mapie wyglądało jak pałacowy park. Pałac okazał się być więzieniem, a park faktycznie był. Jeśli chodzi o samo miasto – od razu da się zauważyć typową skandynawską zabudowę – budynki mieszkalne to takie klasyczne drewniane domki z pocztówek.  Z kolei wszystkie przemysłowe budynki mają elewacje z cegły. Cała reszta jest bardzo nowoczesna, miałam wrażenie jakby połowę budynków wybudowali w ostatnich kilkudziesięciu latach. Wszystko jest zadbane, budynki są po renowacjach. Co tu mówić, gołym okiem widać, że to nie polska.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Trzeciego dnia spakowałyśmy się i wsiadłyśmy do autobusu nr 1. Następnie w McDonaldzie przeczekałyśmy na OnniBusa, ponieważ znowu padało. Przed wyjazdem Karolina „nabazgrała” mały rysunek i notkę w księdze wpisów na naszym stateczku.

Koło 14:30 byłyśmy już w Helsinkach. Tutaj miałyśmy zamęt. Jednym słowem dworzec na Kamppi jest … porąbany. Nie dało się wyjść! A jak już wyszłyśmy, to nie miałyśmy pojęcia gdzie jesteśmy.

Także łaziłam w kółko przyklejona do telefonu z mapą i z walizką skłonną do wywrotek w drugiej ręce. W końcu udało nam się trafić na przystanek… – ale wsiadłyśmy do złego tramwaju. Choć o ile tramwaj był dobry, to po prostu jechał w złym kierunku. Modliłyśmy się, żeby dojechać na miejsce w terminie ważności biletu – który zakupiłyśmy kilkadziesiąt minut wcześniej z automatu na Kamppi. W wyniku pomyłek i złego zmysłu orientacji, straciłyśmy jakieś pół godziny z ważności biletu, a potem musiałyśmy czekać 9 minut na odpowiedni tramwaj. Ale udało się! Po drodze mignęła mi taksówka Papy Valo – jak później się okazało nasz tramwaj jeździł tuż obok sklepu.

Nasz CheapSleep Hostel mieścił się na ulicy Sturenkatu 27 B i naprawdę szczerze go polecam. Co prawda pokoje są osobno z łazienkami, ale jest bardzo czysto i przyjaźnie. Mamy do dyspozycji kuchnię i jej całe wyposażenie – warunkiem jest tylko sprzątanie po sobie. Dostajemy rano śniadanie – wielką kanapkę, jakiś owoc i żeton na kawę z automatu. Dostałyśmy nawet kapcie, a łazienki są lepsze niż w niejednym akademiku. Hostel organizuje „wieczorki zapoznawcze” gdzie można poznać znajomych z całego świata. Jedyna możliwa wada jest taka, że dostałyśmy okno na główną ulicę, a ja mam słaby sen.

Wracając do zwiedzania – najbliżej miałyśmy do parku rozrywki Linnanmäki. Zawsze chciałam mieć w mieście taki lunapark, gdzie jak w amerykańskich filmach można codziennie chodzić na randki czy spacerki XD. Wstęp jest darmowy, więc skorzystałyśmy i się przeszłyśmy wieczorem po prostu pooglądać jak ludzie wrzeszczą – ma to też taki swój klimat – światełka i muzyka. No i oczywiście wszechobecne Muminki. Chciałam sobie kupić jednego na pamiątkę, ale jestem strasznie skąpa i w końcu zrezygnowałam – cena mnie nie zadowalała. Pragnę dodać, że w Finlandii są wszechobecne ciemne, grafitowe głazy. I nie mam na myśli kamieni tylko głazy. Np. idziemy sobie przez park i nagle zamiast chodniczka mamy … kamienie.  Miałam okazję porozmawiać na ich temat z rodowitą finką i potwierdziła, że dopiero gdy turyści zaczęli robić im zdjęcia, kapnęła się, że takie głazy nie występują wszędzie w Europie.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

W sobotę z samego rana zabrałyśmy się za zwiedzanie Helsinek. Zaczęłyśmy od kościoła w dzielnicy Kallion, którego sześćdziesięcio-pięcio metrowa wieża góruje nad całym miastem – można ją dostrzec z prawie któregokolwiek punktu – w architekturze nazywamy to zjawisko dominantą. A ponieważ była sobota, w kościele odbywał się ślub i nie mogłyśmy wejść do środka, bo goście nieprzyjaźnie na nas patrzyli. Stamtąd miałyśmy blisko do sklepu Pana Valo – już z daleka było widać taksówkę. Nie ma co rzuca się w oczy jaskrawym żółtym kolorem, ale też rocznikiem wozu. (Jestem fanką motoryzacji = córeczka tatusia, hehe – więc zwracałam uwagę na to, jakie marki jeżdżą po Helsinkach. Wyliczyłam tylko jednego mustanga, ale były też ze cztery amerykańskie stare wozy. Głównie tylko porsche, jaguary, mercedesy i BMW, więc Finowie bogaci są nie ma co.) Karolina chciała mi zrobić zdjęcie, ale jestem osobą, która nie lubi rzucać się w oczy. Dlatego robię zdjęcia z ukrycia i uciekam. Z resztą i tak miałam wrażenie, że mam na czole wypisane – ona tu jest powodu HIMu!!! Ale to już moje osobiste zdziwaczenia. Także, gdy dotarłyśmy do sklepu, ubłagałam Karolinę, by weszła pierwsza. Za bardzo się wstydziłam. Potem Pan Valo się do nas uśmiechnął, a ja wskazałam na obraz Mel, powołując się na waszą „znajomą” i było po krzyku. Coś tam poopowiadaliśmy sobie po angielsku. Wręczyłam mu przewodnik w języku angielskim po moim rodzinnym mieście i plik pocztówek z ładnym fotografiami najważniejszych zabytków. Pochwaliłam się, że jeden z nich – zabytkowa rotunda – jest na dwudziestozłotówce i zaprezentowałam mu banknot polski (Tak, wydało się, jestem z Cieszyna). Na co Pan Valo stwierdził, że miasto wygląda świetnie, jutro kupuje bilet i tam jedzie! Następnie wręczył nam po pocztówce swojego sklepu, a my poprosiłyśmy go o jakieś bazgroły.

W międzyczasie zauważyłam, że bardzo lubię jego taksówkę. Na co on zauważył, że mam koszulkę z Impalą (Z Supernatural) i zapytał czy to moje auto. Odpowiedziałam, że nie, jeżdżę Fiatem 500, ale Impala to moje wymarzone auto i oboje się roześmialiśmy. Kupiłyśmy jeszcze po koszulce HIM z krucyfiksami za 5 Euro – był to „specjalny pakiet” dla dwóch osób za 10 Euro 😀 Powiedziałyśmy, że teraz będziemy miały co założyć na koncert w listopadzie. Wręczył nam jeszcze stertę przewodników i map, a potem pożegnaliśmy się i ruszyłyśmy do dalszego zwiedzania.

KONIEC CZĘŚCI 1.

Tekst: Sara (Szarratu)


Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

 

Nieco bliżej niż Helsinki :D #Przygodnik

Dzień Dooobry!

Do końca wakacji zostało już niewiele czasu, no chyba że jesteście studentami – bez kampanii wrześniowej oczywiście, lub zacnie pracującymi ludźmi, którzy urlopu i tak mają znacznie mniej 🙂 Niemniej jednak, w związku z nadarzającą się okazją chciałam wam dzisiaj zaprezentować tekst o wycieczce do Czech.

Wszyscy z was kojarzą chyba ten teledysk:

To złote czasy ery HIM, Ville i Bam Bama 😀 Ale nie o tym teraz 😛 Niektórzy z was może wiedzą także, że teledysk do tej piosenki był realizowany w Czechach, czyli tuż tuż, u naszych sąsiadów. Ten uroczy zamek to Zamek w Ploskovicach – ale co ja będę wam o tym pisać…

Przeczytajcie tekst Sary, która tym samym debiutuje na łamach bloga 🙂


Jeśli ktoś z was był w Finlandii albo w innej lokalizacji powiązanej z HIM

i chciałby się podzielić z nami swoimi wrażeniami, zdjęciami, napiszcie maila: CatherineNoir666@gmail.com

w tytule maila wpisując PRZYGODNIK 😀


W HIM zakochałam się na przełomie lipca i sierpnia w 2014 roku. A dokładnie rok później udało mi się wkręcić na koncert. Wcześniej jednak, namówiłam moją rodzinę na wycieczkę do Pragi. Bardzo często robimy sobie takie wycieczki, głównie odwiedzamy Czeskie i Słowackie zamki. Dlatego rodzinka szybko się zgodziła – oni też myśleli o Pradze, choć nie mieli tych samych powodów co ja 😉

A powód był oczywisty – teledysk do „The Sacrament”. Po roku od zainteresowania się zespołem, znałam już ich wszystkie piosenki i przejrzałam wszystkie najbardziej znane fotki w odmętach Internetu. Zabrałam się więc za filmiki. No i tu miałam niespodziankę, bo okazało się, że jest coś takiego jak „Making of” do teledysków! Teraz miałam nawet wgląd, w których miejscach dokładnie HIM przebywał w Pradze.

Na dokładkę udało mi się znaleźć wpis fanki – niejakiej Liz – która też wpadła na ten sam pomysł, a nawet całkiem dokładnie opisała całą trasę do zwiedzania na swoim blogu (Plotbunnyhunter) Miałam, więc z górki.

Muszę tu tylko wspomnieć, że mieszkam na granicy Polsko-Czeskiej, dlatego mieliśmy cztery do pięciu godzin autem do stolicy, a z Pragi do Zamku Ploskovice jest około godziny. Nie było tak źle, ja lubię jeździć autem, bardziej niż pociągiem. Dlatego jeśli się ma sprawne i wygodne auto; mieszka w województwie Śląskim lub Opolskim, to wcale nie jest tak daleko jakby mogło się wydawać.

Chcę jeszcze uprzedzić, że nie trzymałam się prawie w ogóle trasy, którą Liz umieściła na blogu. Uzgodniłam z mamą, że to ona poprowadzi wycieczkę, a jeśli uda się też „zaliczyć punkty turystyczne związane z HIM”, to będę wystarczająco zadowolona. Szczerze mówiąc, najbardziej nie mogłam się odczekać zwiedzania Zameczku w Ploskovicach.

Dojechaliśmy na miejsce koło 10 rano 18 lipca 2015 roku. Było dość upalnie, miałam kapelusik na głowie i filtr 50+ w torebce. Zaczęliśmy zwiedzanie od dworca głównego PKP, gdzie mieliśmy parking 🙂 oraz pięknego budynku Muzeum Narodowego w Pradze (jeśli kogoś interesuje architektura, to zdradzę – jest to neo-renesansowy budynek według projektu Józefa Schulz’a z lat 1885-1891) Na przeciwko mamy pomnik Św. Wacława i McDonalnds. Ruszyliśmy zwiedzać Wacławską Aleją czy raczej placem Wacława. To bardzo dobre miejsce, żeby zacząć. W samym centrum w dzielnicy Nowego Miasta.

Potem skręciliśmy w prawo na Bramę Prochową – jeden z symboli Pragi. Jest to sześćdziesięciopięcio metrowa brama miejska w stylu późnogotyckim. Piszę o tym, bo tata ciągle mnie zadręczał pytaniami typu: No i co to za styl, pani architekt? A wszelkie pomyłki uwieczniał na kamerze wideo. (Stąd jest tylko 400 metrów do hotelu HIM – Design Hotel Josef) Ale my już sobie darowaliśmy.

Stamtąd przeszliśmy urokliwą uliczką na Rynek Staromiejski w Pradze (po drodze mija się muzeum figur woskowych). No a to miejsce znamy już z The Making of Sacrament i samego teledysku. Gdzie oprócz Ville widać kawałek pomnika Jana Husa, dwie gotyckie wieże Kościóła Najświętszej Marii Panny przed Tynem oraz Galerią Narodową w Pradze. Galeria ta składa się kilku obiektów, ale ten konkretny to Pałac Kinskich – w stylu rokoko 😉

(Według mojej skromnej opinii Praga to jedno z najpiękniejszych miast Europy razem z Wiedniem, ale nie będę się spierać)

Tutaj przeszliśmy obok Praskiego Zegara Astronomicznego, który jest częścią Ratusza Staromiejskiego, po czym zagłębiliśmy się w uliczki i kamienice Pragi, by dojść do Mostu Karola. Był wypchany po brzegi turystami i ulicznymi artystami. Co metr ma siedzisko jakiś malarz, rzeźbiarz albo muzyk. Przy wejściu na most stoi Kościół św. Franciszka z Asyżu. Obok jest mały placyk z tarasem widokowym na wzgórze zamkowe, most i rzekę Wełtawę. Dla zainteresowanych Ville stał po drugiej stronie wejścia na most, na podobnym tarasie przy muzeum.

Nie będę ukrywać, most jest naprawdę piękny, a rzeźby i latarnie nadają mu uroku. Choć bardziej pasowałaby do niego ponura jesienna pogoda.

Z mostu Karola przeszliśmy kolejnymi uroczymi uliczkami do barokowego kościoła św. Mikołaja. Po drodze jest kilka świetnych barów z dobrym czeskim piwem. Tam odbiliśmy już ostro pod górę do Zamku na Hradczanach. Pierwsze co tu się rzuca w oczy, to niesamowity widok na całą Pragę. Potem oczywiście sam zamek, który o ile dobrze pamiętam jest największym pod względem zajmowanej powierzchni zamkiem na świecie.

Tutaj też jest Złota Uliczka, choć ładna, to cena za zwiedzanie też jest na miarę złota. Nie skorzystaliśmy, tylko ukradkiem zajrzeliśmy. Zwiedziliśmy za to Katedrę Świętych Wita, Wacława i Wojciecha, której gotyckie i neogotyckie fasady zdobią najróżniejsze gargulce. Wnętrze przypomina Wielką Salę w Hogwarcie. Bardzo lubię gotyk, więc z podziwem się rozglądałam. Najpiękniejsze i efektowne były kolorowe witraże i rozeta.

Na koniec udaliśmy się na wzgórze Petřín – choć w takim upale nie polecam, a nawet polecam zamiast tego wyjazd kolejką liniowo-terenową. Którą my zjechaliśmy, zamiast wyjechać. Wobec tego obdarły mnie moje buty i nie wyszłam już na Wieżę Petrińską. To sześćdziesięciometrowa wieża widokowa, troszeczkę przypominająca niektórym Wieżę Eiffla.

Noc spędziliśmy w tanim hotelu na obrzeżach stolicy. Nie pamiętam już jak się nazywał, ale jak na jedną noc był idealny.

19 lipca wyruszyliśmy do Ploskovic.

Wujek Google pokazuje mi dzisiaj jedną godzinę i dwadzieścia minut. My dojechaliśmy też tak mniej więcej, jeśli nie szybciej z moim tatą kierowcą rajdowym. Odstrzeliłam się trochę w zwiewną kiecę, jak szaleć to szaleć. Niestety już na parkingu dostaliśmy złą wiadomość. Otóż pewna uprzejma pani poinformowała nas, że na zamku jest kręcony film i nie można zwiedzać budynku. Dostępne są ogrody i park.

Szczęka mi opadła. Byłam w szoku. Poczułam jakby ktoś przebił mnie szpilką i tak jak powietrze z balonu, cała radość i ekscytacja, ulotniły się ze mnie w sekundę. Tylko po to tu jechałam! Tak na to czekałam! A o ni mi z czymś takim wyjeżdżają? Ku ironii losu – HIM nie mógł nagrywać, bo musieli pozwolić turystom na zwiedzanie. A mnie zakazano zwiedzać, bo ktoś nagrywał film. Śmiać się czy płakać.

Na szczęście miałam familiadę za swoimi plecami i wszyscy zgodnie zaciągnęli mnie do parku, którego powierzchnia ma jakieś 8 hektarów, a aranżacja ogrodów wokół zameczku jest w stylu francuskim – jeśli coś to komuś mówi.

Pierwsze powitały nas okrzyki pawi. To fantastyczne zwierzęta, ale nie miałam pojęcia, że tak wysoko skaczą. Niektóre siedziały na gałęziach drzew i sfruwały potem parę metrów w dół.

Nagle między drzewami ukazał nam się fragment białej ściany barokowego zamku. A parę metrów dalej widziałam go już w całej okazałości. Była to jego północna elewacja, ta której nie było w teledysku. W lewym „skrzydle” mieści się szkoła podstawowa, a w prawym kawiarnia Pav.

Spróbowaliśmy wejść do budynku od tej prawej strony przy kawiarni. Zauważyłam, że drzwi były otwarte, a  w środku – w przedsionku – siedziały dwie starsze panie – najpewniej sprzątaczki. Gdy zobaczyły jak świecą mi się oczy, uśmiechnęły się i kiwnęły głowami. Pozwolono mi wejść do środka!

Znowu poczułam falę emocji i przeszłam przez ich pomieszczenie. Widziałam bałagan jaki zostawiła ekipa filmowa, ale okazało się, że w tej chwili kręcili sceny w parku! Miałam więc chwilę, by zakraść się do środka.

Przy schodach, które Bam Magera pokazuje w filmiku, stał wieszak z kostiumami. Szybko jednak o nich zapomniałam, bo oto na środku pomieszczenia stał … FORTEPIAN od Burtona!!!! Wydałam z siebie okrzyk radości i zasiadłam przy klawiszach. Całość została uwieczniona zdjęciem.

Następnie rozejrzałam się i stwierdziłam, że wszystko jest takie same! Biało-czarne kafelki, doniczka z kwiatkiem, barokowe rzeźby Atlasa podtrzymujące sklepienia.

Panie sprzątaczki widząc mój entuzjazm, postanowiły otworzyć mi drzwi na balkon! Więc zaraz rozkazałam tacie biec do ogrodu, by mógł mi zrobić zdjęcie niczym Julii… ekhem niczym Ville Valo na balkonie.

Wtedy, moje zauroczenie zespołem było jeszcze świeże. Niesamowicie było więc stać w miejscu, w którym dwanaście lat temu stał mój idol. Oprzeć ręce na balustradzie, którą on trzymał. Bardzo pozytywne uczucie.

Niestety oprócz holu ze klatką schodową i fortepianem nie dane było mi obejrzeć wnętrza. Podziękowałam więc ładnie paniom sprzątaczkom i udałam się do ogrodu. Pod balkonem na którym stałam, było wejście do podziemi, w których Ville śpiewa oparty o ścianę. Niestety były zamknięte na wielką kłódkę. Tacie udało się wsadzić aparat między kraty i cyknąć fotę.

Jak już zrobiliśmy sesję zdjęciową i sprawdziliśmy każdy dostępny kąt, musieliśmy się poddać i wrócić do samochodu. Byłam jednocześnie szczęśliwa i zrezygnowana. Szybko podęłam decyzję, że muszę tu natychmiast wrócić, gdy żaden film nie będzie kręcony!

Krótka informacja na koniec: zamek został odwiedzony przez Kim Kardashian i Kanye Westa. Co uznałam za profanację naszego świętego miejsca. 😀

Tekst: Sara (Szarratu)


No to kto się wybiera na weekend do Pragi? 😀

Na sam koniec dodam jeszcze, że bilety na Helldone rozeszły się jak świeże bułeczki a dostać je było trudniej niż zrobić fotki dobrej jakości UFO 😛

Także fińska trasa Helldone została wyprzedana, podobnie jak i nasz koncert w Warszawie bo właśnie Heartagram.com potwierdziło, że koncert jest wyprzedany co oczywiście wiedzieliśmy 5 minut po rozpoczęciu sprzedaży biletów, no ale jak oni mają zapłon jak silnik Diesla na mrozie to co się dziwić 😀

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

Helsinki – mój drugi raz #Przygodnik

Cześć 🙂

Wakacje w pełni więc większość z was ma zaplanowane wyjazdy, albo już jest po wypoczynku 😀 Jeśli ktoś z was wybrał się do Helsinek czy Finlandii w ogóle, to chętnie zapoznalibyśmy się z waszymi wrażeniami 🙂

Nasz blogowy, francuski łącznik czyli Ewa, znowu wybrała się do tego kraju, jednak tym razem już nie tylko z powodu pana Valo, ale po prostu z narastającego zamiłowania do tego kraju.

Co tym razem jej się przytrafiło? (jej pierwszą relację możecie przeczytać tutaj – Ewa w krainie Muminków 🙂 )

I jaki to związek miało z naszą wyprawą? (Helsinki, miasto gdzie nie ma nocy ale jest HIM 🙂 )


Helsinki – mój drugi raz (i nie ostatni)

Kiedy rok temu wróciłam z pierwszego pobytu w Helsinkach, od razu postanowiłam oszczędzać na kolejne wakacje w tym mieście, które w niewytłumaczalny, magiczny  sposób stało się MOIM. Przez okrągły rok dojrzewały we mnie plany, co jeszcze chcę zobaczyć, czego doświadczyć, a przed oczami miałam już sceny z przyszłego pobytu.

Wpadłam też na pomysł pewnego projektu, zaczerpniętego z filmu “Amelia” Jean-Pierre’a Jeunet’a. Zapragnęłam przedstawić moje wakacje w Helsinkach z punktu widzenia krasnala, w moim przypadku zrobionego w włóczki, którego nazwalam Ville. 🙂 Niestety już na drugi dzień po wylądowaniu zdałam sobie sprawę, jak bardzo jest to pracochłonne i że jeśli chcę być naprawdę TU I TERAZ, to muszę zarzucić mój projekt, co pozwoli mi w pełni cieszyć się chwilą obecną i patrzeć dookoła mnie, a nie jedynie na krasnala. Ville pojawił się tylko na kilku zdjęciach, ale towarzyszył mi przez cały czas, schowany w plecaku. 🙂

(Ja też mam swojego  – ale nie jest krasnalem a… Reniferem XD I nazywa się Valcio 😛 – C.N.)

Moja podróż rozpoczęła się od odwołania lotu ze Strasbourga do Amsterdamu, skąd miałam dalej lecieć do Helsinek. Jednak dzięki tej niedogodności na lotnisku w Strasbourgu poznałam Johna, również podróżującego do Helsinek. John odwiedził stolicę Finlandii, bagatela, 27 razy, bo jego tata mieszka tam od lat ze swoją fińską żoną. Nawiązała się między nami nić sympatii i  podróż do Paryża, specjalnym TGV wynajętym przez “Air France”, minęła nam szybko i przyjemnie. Następnie wsiedliśmy w samolot “Finnair” i z kilkugodzinnym opóźnieniem w stosunku do pierwotnie planowanego lotu, znaleźliśmy się w Helsinkach, życząc sobie pięknie spędzonego czasu.

Nazajutrz, 11 lipca, pognałam jak na skrzydłach do “Tiketti Galeria”, gdzie dosłownie ostatni dzień mogłam obejrzeć wystawę Ville Juurikkala “Right Here in My Eyes”. Zauważyłam, że przeniesiono do niej kilka zdjęć z HAM (“Helsinki Art Museum”), w którym ta sama wystawa zakończyła się już 3 lipca.

Po wyjściu z “Tiketti” z sercem na ramieniu ruszyłam do sex-shop’u Kariego Valo. Nie wiedziałam, czy będzie mnie pamiętał. W plecaku niosłam dla niego prezencik: kubek z Poznaniem, moim rodzinnym miastem. Na początku Kari nie bardzo mnie skojarzył, ale wspomniałam mu o mojej wizycie rok temu i o mailu, który wysłałam do niego pod koniec maja z zapytaniem, czy sklep będzie otwarty. Przypomniał sobie. 😀

Wspomniałam też o naszej Heartagramowej ekipie z Catherine na czele. “Ach tak, jedna z tych dziewcząt dała mi swój obraz, o ten.” i wskazał na płótno wiszące nad drzwiami wejściowymi. “A jak ta dziewczyna ma na imię?”, “Emanuela” – odpowiedziałam, “Emanuela” – powtórzył Kari.

(I pomyśleć, że Mel nie była pewna czy go zabrać 😀 A teraz wisi sobie w sex shopie pana Valo XD – C.N.)

Kiedy wręczyłam mu kubek, Kari bardzo się wzruszył. Naprawdę nie spodziewałam się aż tak żywiołowej reakcji z jego strony. Obracał kubek w dłoniach i powtarzał “Jaki on ładny!”, “Podoba mi się, że jest zielony w środku. Bardzo lubię ten kolor.” i uściskał mnie tak mocno i z takim uczuciem, jakbyśmy byli parą dobrych znajomych. Powiedziałam, że tym razem chcę kupić koszulki, jedną dla mnie i jedną dla koleżanki. Miałam na oku model z taką babeczką i kajdankami, ale niestety prawie wszystkie koszulki z tym wzorem wyprzedały się podczas festiwalu TUSKA. Stanęło więc na modelu klasycznym, jedynie z logo sklepu.

Kiedy już je wybrałam, Kari niespodziewanie zaproponował mi: “Może ją założysz? Możesz przebrać się tutaj” i wskazał na drzwi za ladą, które były drzwiami toalety. 😀

Potem rozmawialiśmy jeszcze o Laponii, o kąpielach w przeręblach, a także wymieniliśmy kilka słów o końcu HIM. Gdy wspomniałam, iż czuję, że Ville szykuje solowy projekt, Kari powiedział: “Tak, Ville jest od zawsze w muzyce. Żartuje, że będzie śpiewał na promie do Sztokholmu.” i zaśmiał się na własne słowa. 😀 Na pożegnanie tym razem to ja uściskałam Kariego i zostałam obdarzona komplementem, po którym po prostu stopniało mi serce. “You are a wonderful woman.” brzmiało mi w głowie do końca dnia. To było niesamowite spotkanie, pełne emocji i autentycznej radości.

(Ja wam mówię, pan Valo to taki fajny flirciarz w fińskim stylu, podejrzewam, że Valo ma tak samo XD Ale fakt Ewa, wyglądacie już jak para dobrych znajomych 🙂 – C.N )

Nazajutrz postanowiłam pojechać na wyspę Seurasaari, na której znajduje się skansen Finlandii, ze zrekonstruowanymi domostwami i zagrodami, do których można zaglądać, jeśli kupi się bilet. Okazała się ona bardzo przyjaznym miejscem dla wiewiórek, które dają się podziwiać z całkiem bliska i karmić orzeszkami.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Po ponaddwugodzinnym pobycie na Saurasaari i po krótkiej regeneracji w uroczej kawiarence, gdzie raczyłam się przepysznym ciastem z koniakiem (Dieta na wyjazdach nie obowiązuje! 😉 😀  ), ruszyłam w kierunku wieży Valo, która znajduje się całkiem niedaleko wyspy. Idąc tak w jej stronę, zastanawiałam się, czy Ville zdarzało się dokarmiać wiewiórki na Seurasaari i uśmiechnęłam się na tę myśl. 😀 Zaskoczyło mnie, że wieża wcale nie jest taka wysoka, jak to sobie wyobrażałam i jak to sugerowały zdjęcia w internecie. Zrobiłam kilka fotek i poszłam sobie posiedzieć w parku ta tyłach wieży.

Wieczorem wybrałam się do pubu “The Riff”. Zamówiłam piwo „Karhu” (hi hi hi!), rozsiadłam się wygodnie i uwieczniłam kilka ścian. 😀

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

A skoro jestem przy lokalach, to chcę napisać jeszcze o dwóch miejscach. Pierwszym jest sieć restauracji “Soppakeittio” specjalizująca się w zupach. Jedna z tych restauracji znajduje się w Kauppahalli, tuż przy Kauppatori. Każdego dnia jest inne menu. Jadłam tu trzy razy i za każdym byłam zachwycona. Zupy są przepyszne i niedrogie, a najeść można się naprawdę do syta.

Drugim miejscem jest “Mumin Kaffe”, których w Helsinkach również jest kilka. Ja odwiedziłam kawiarnię na Liisankatu. Bardzo miłe miejsce, przyjazne dzieciom, gdzie można zjeść ciacho, wypić kawkę i powrócić trochę do dzieciństwa. 😀

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

W piątek pojechałam autobusem do Porvoo, 50 km od Helsinek. Porvoo to drugie, po Turku, najstarsze miasto Finlandii. Znane jest ze swojej uroczej starówki oraz czerwonych drewnianych budynków nad brzegiem rzeki Porvoonjoki, które służyły niegdyś za magazyny, gdzie składowano towary przybyłe z odległych krajów. Idąc w stronę starówki, natknęłam się na sklep z płytami, “Riverside Records”, który po części jest komisem. Za pierwszym razem odkryłam “Music Hunter”, a tym razem sklep w Porvoo! 😀

Zapytałam życzliwego sprzedawcę, czy ma coś HIM, a on poprosił mnie, bym zaczekała kilka minut i zanurzył się w stertach płyt na tyłach sklepu. Wrócił z trzema tytułami, a ja zdecydowałam się na dwa z nich. Powiedział, że ma też fińską biografię HIM w dobrej cenie i nawet zaczął jej szukać, ale niestety gdzieś się zapodziała.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

No właśnie, podróże to nie tylko spotkania z miejscami, ale także z ludźmi. Tak, jak spotkanie z Davidem podczas jednego ranka, kiedy przechadzałam się po rynku Kauppatori i oglądałam stoiska. Moją uwagę przykuł stolik z kamieniami i drucianą biżuterią z kamieniami, a że uwielbiam takie rzeczy, to zatrzymałam się i zaczęłam uważniej się im przyglądać. Sprzedawca zagaił mnie i dowiedziałam się, że jest Kolumbijczykiem, że sam szlifuje swoje kamienie i sam tworzy prezentowaną biżuterię, także bezpośrednio na stoisku. Zaczęliśmy rozmawiać o energii kamieni, o energii w ogóle i w miarę rozwoju rozmowy pojawiła się we mnie chęć, by kupić jedną z jego zawieszek, ale wolałam, by zrobił ją specjalnie dla mnie. Wybrałam opal andyjski, który okazał się dość drogi, a do tego dochodziła jeszcze jego oprawa. Powiedziałam wprost Davidowi, że nie mogę sobie pozwolić na ten kamień i zaczęłam szukać innego, a wybór był przebogaty.

Na to David zwrócił się do mnie: “Emanujesz tak piękną energią, że chcę, żebyś miała kamień, który cię przyciągnął. Chcę, żebyś miała coś ode mnie. Sprzedam ci go taniej i zrobię ci z nim coś pięknego.”, po czym dodał: “Wiesz, najfajniej jest, kiedy nie szukamy, ale po prostu znajdujemy. Ty znalazłaś.” Przeszył mnie dreszcz wzruszenia. Po piętnastu minutach wręczył mi gotową zawieszkę, uściskał mnie, ucałował… i dal mi jeszcze grudkę cytrynu w prezencie. 😀

Cały ten tygodniowy pobyt był pełen wzruszeń. Podobnie jak za pierwszym razem, czasami aż nie chciało mi się wierzyć, że tego wszystkiego doświadczam. Kiedy ostatniego dnia spacerowałam brzegiem morza, zachciało mi się płakać, a następnie pojawiło się we mnie uczucie przeogromnej wdzięczności za to, że mogę tu być oraz pragnienie, by znowu tu wrócić.

To już postanowione.

Od września będę oszczędzać na mój trzeci raz w Helsinkach. 🙂 Zainteresowałam się tym miastem z powodu Valo, ale obecnie moja fascynacja tym miejscem znacznie wykracza poza HIM-owy kontekst. A co, jeśli trafiłam na HIM, żeby trafić do Helsinek? Czuję się tu jak u siebie.

A dla zamknięcia całej historii dodam tylko, że do Francji wracałam… z Johnem. 😀

Tekst i zdjęcia: Ewa Włodarczyk


No cóż, jak wiadomo wszystko co dobre kiedyś się kończy 😦 Jeśli jednak ktoś z was również był w Finlandii, lub dopiero ma taki zamiar i chciałby się podzielić z nami swoimi wrażeniami, zdjęciami, napiszcie maila: CatherineNoir666@gmail.com

w tytule maila wpisując PRZYGODNIK 😀

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

Helsinki – miasto, gdzie nie ma nocy, ale jest HIM :) #Przygodnik

Hello Sweethearts!

Oto jestem!

Pojechałyśmy do Hellsinek i wróciłyśmy w jednym kawałku, a mnie udało się w końcu skrobnąć parę słów na temat tego jak było 😀

Zapewne jesteście ciekawi, więc bez zbędnego przedłużania —> Oto Jest 🙂 Relacja pisemna i filmowa.

ENJOY 🙂


Na początku zaznaczę, że relację przygotowałam z wszelkich HIM miejsc, aby nie przedłużać już i tak znacznie długiego tekstu. Wszystkie miejsca związane z Helsinkami, które możecie znaleźć w przewodniku omijam i skupiam się na tym, co was, czytelników bloga o specyficznej tematyce, powinno zainteresować 🙂

Cóż… Po co ja tam jadę… Tak mi się nie chce… Zimno, ciemno i bez tej ekscytacji, którą pewnie czułabym wiele lat temu, kiedy HIM miał jeszcze na mnie duży wpływ.

Teraz pan Ville Valo ani mnie ziębi, ani grzeje lecz jak się okazało na samym końcu, ta wyprawa była mi potrzebna by… Ale zacznijmy od samego początku…

Pół roku temu pomyślałam, że od długiego czasu wybierałam się do Helsinek i jakoś ostatecznie z planów tych nic nie wynikało. Temat podjęła Ola i od słowa do słowa, od maila do maila doszło do tego, że kupiłyśmy bilety, następnie dołączyła do nas Mel i zaczęły się poszukiwania mieszkania do wynajęcia w Helsach – machina ruszyła…

I choć cieszyłam się, że mam bilet na lot, to jednak nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że zamiast tej podróży powinnam polecieć, jak to na ciepłolubnego człowieka przystało, na Ibizę bądź Majorkę czy tym podobne kierunki. Ale dziewczyny były podekscytowane, a ja nie miałam się już jak wycofać 😀 Słowo się rzekło, bilety się kupiło.

No więc niech tak będzie – jadę do Helsinek, gdzie podobno miało być zimno, drogo, a Finowie nie wchodzą w żadne interakcje z obcymi. Jadę do Helsinek, gdzie podróż ta miała być sentymentalnym powrotem do chwil świetności zespołu HIM, który obecnie kończy karierę – gdzie większość fanów lamentuje, tam ja się zgadzam z podjętą przez nich decyzją ale teraz nie o tym…

Spotkałyśmy się na lotnisku w Krakowie i od momentu oderwania kół samolotu od pasa startowego, zaczęła się nasza wspólna przygoda.

Już sam widok miasta w nocy wydawał się być czymś zupełnie innym niż to, co widziałam do tej pory. Horyzont pokrywała łuna światła jak przy zachodzącym słońcu, ale niecodzienność tego zjawiska uświadamiała pora… Było to bowiem o 1 nad ranem… Białe noce dały mi się we znaki, ale o tym ponarzekam później (tak, jestem śpiochem i dzień w nocy strasznie mi przeszkadza oraz wyprowadza z równowagi :P)

Już pierwszego dnia postanowiłyśmy nie odkładać najważniejsze wizyty podczas całego wyjazdu, gdyż jak się okazało, natrafiłyśmy na okres świąteczny, gdzie sklepy bywały zamykane wcześniej lub były nie otwierane wcale. A zakupów w tym jednym, szczególnym sklepie nie mogłyśmy przecież sobie darować…

 

Chwyciłyśmy więc mapę Muminków w dłoń i zaczęłyśmy podążać do celu pielgrzymek każdego fana HIM w Helsinkach.

Nieśpieszne, spacerując po mieście, które ostatecznie okazało się na tyle małe, że spokojnie można je zwiedzać spacerując i w kilka dni zwiedzić każdy ważniejszy punkt (kto twierdzi, że Helsinki są duże chyba nie zna definicji tego słowa, zwłaszcza, iż to przecież jest stolica 😀 ) dotarłyśmy do miejsca przeznaczenia, które zacnie było zakreślone na naszej Muminkowej mapie. Po drodze zaczęłyśmy obalać mit, jakoby Finowie byli narodem zamkniętym i uprzedzonym do wchodzenia w jakiekolwiek interakcje z obcymi – panowie i panie sami do nas podchodzili, tłumacząc nam drogę a także rozmawiając o mieście czy o nich samych.

Nim się obejrzałyśmy, naszym oczom ukazał się szyld sklepu znany każdemu fanowi. Kiedy stanęłyśmy pod jego drzwiami, nie będę kłamać, że poczułam się nad wyraz podekscytowana, ale dziwnie surrealistycznie było uczucie wiedzieć, że za drzwiami znajduję się tata pana Valo…

Kiedy otworzyłyśmy drzwi, podejrzewam że w pierwszym momencie Kari Valo, jak i jego znajomy, wiedzieli kim jesteśmy, a przynajmniej mam nadzieję, że nie wyglądamy zbytnio na fanów miejsc  oraz zabaw związanych z takim miejscem XD Kiedy się przedstawiłyśmy i powiedziałyśmy, że jesteśmy fanami HIM, wszystko stało się jasne a papa Valo zaczął nam pokazywać koszulki, na widok których zaświeciły się nam oczy. Chwilę trwało nim wybrałyśmy swoje rozmiary, pocztówki, kajdanki dla mnie (papa Valo stwierdził, że mój chłopak jest szczęściarzem i uśmiechnął się przy tym porozumiewawczo ponownie w ten sam sposób, kiedy zapytał czy któraś z nas życzy sobie pejczyk lub owe kajdanki, a tylko ja wyraziłam entuzjazm 😀 Być może wyczuł we mnie fana W.Controla XD)

Kari Valo był bardzo miły i każdej z nas dał nawet parę kartek jako prezent, a cenowo zakupy naprawdę były udane. Poza tym, kupiłyśmy TĄ jedną koszulkę, na którą każda z nas polowała.

Przez cały ten czas, kiedy dziewczyny robiły zakupy ja się rozejrzałam nieco po sklepie. U właściciela rzucił mi się w oczy wytatuowany motyw taksówki na lewym przedramieniu, co nie jest dziwne jeśli się wie, że papa Valo był przecież taksówkarzem. Nawiązuje do tego także wiszące w sklepie zdjęcie Roberta DeNiro – kadr z filmu „Taksówkarz”, i drugi kadr – fotografia Nowego Jorku. Poza tym, mnóstwo tam rzeczy dla dorosłych, wiadomo, to sklep dla nich ale powstrzymam się od szczegółowego opisu 😉 Była tam także mapa z zaznaczonymi na niej punktami – te punkty to miejsca z których fani go odwiedzają. Dało się też zauważyć Heartagramy i plakaty zespołu a nad ladą wisiał sobie obraz z okładki płyty „Venus Doom”.

Teraz być może, wisi tam i także inny, gdyż Mel – nasza Heartagramowa artystka podarowała panu Kariemu jeden ze swoich obrazów, który to bardzo mu się spodobał, a my także poczęstowałyśmy go naszymi polskimi słodyczami 😀

Kiedy przyszedł czas na fotki, przyjaciel pana Valo był nam bardzo pomocny – podejrzewam, że to zawodowy fotograf HIMfanów w sklepie XD Trzeba przyznać, że wie co robi i jesteśmy mu wdzięczne za fajne zdjęcia. Jeśli sami się tam pojawicie, to prawdopodobnie również skorzystacie z jego usług 😀

Zbierałyśmy się do wyjścia, kiedy pan Valo do mnie podszedł, gdy otwierałam drzwi i wskazał na… polską naklejkę z napisem „Uśmiechnij się”. Jak przeczytałam tak zrobiłam i podjęłam jeszcze rozmowę na temat tego, ilu fanów ma w sklepie i czy dużo polskich fanów go odwiedza. Kari potwierdził i dodał także, że przychodzi również sporo Rosjan oraz Niemców. Podziękowałyśmy mu więc za poświęcony czas i ruszyłyśmy w dalszą drogę ale…

No właśnie 😀

Okazało się, że poszłyśmy w innym kierunku i musiałyśmy zawrócić w dół drogi, aby dotrzeć do sklepu muzycznego w którym Ola chciała się zaopatrzyć w płyty. Musiałyśmy więc znów przejść obok sklepu papy Valo.

Jakież było nasze zdziwienie, kiedy spotkałyśmy go przed sklepem, stojącego tuż koło samochodu!

Oczywiście nie omieszkał się nam nim pochwalić, na co my oczywiście nie omieszkałyśmy pochwalić jego cudowności na czterech kołach. Przy wspólnej fotce zapytałam:

-Jak długo ma pan ten samochód?-

-Ooo- nie zastanawiał się długo – 21 lat, tyle co masz ty- uśmiechnął się.

-Nie, nie, definitywnie nie panie Valo, jestem znacznie starsza- odparłam więc Kari kurtuazyjnie stwierdził, że góra 23 lub 24.

-Czy próbowaliście naszych cukierków?- zagadnęłam ponownie. „Nasz” pan fotograf też tam był.

-Nie, jeszcze nie ale zaniosę je żonie, uratowaliście moje małżeństwo- śmieszek z tego pana Valo 😀

Był bardzo chętny, by pomóc nam odnaleźć poszukiwany sklep muzyczny, pokazałam mu więc naszą mapę… Muminkową mapę… 😀 Że nie wybuchł śmiechem to się dziwię, najlepsze jest to, że przy adresie stało jak byk „po drodze do sklepu papy Valo” a on centralnie najechał tam palcem więc musiał to widzieć XD Ehhh… Ola i jej zapiski 😀 A pan Valo pobiegł jeszcze do sklepu i dał na mnóstwo ulotek o Helsinkach oraz… Mapę 😀 Bardziej szczegółową i tym razem bez Muminków XD

Kolejnymi naszymi punktami był sklep muzyczny, gdzie Ola zaopatrzyła się w płytkę zespołu a ja przejrzałam winyle HIM, które możecie zobaczyć na filmiku z naszej podróży.

W okresie, w którym byłyśmy w Helsinkach odbywały się dwie wystawy powiązane z zespołem – jedna w muzeum HAM.

I tu miałyśmy szczęście w nieszczęściu, bo kiedy dotarłyśmy do muzeum było one zamknięte, ale mogłyśmy pooglądać wystawę przez szybę. Miało być otwarte następnego dnia lecz Finowie stwierdzili – Nie, jest święto, jedziemy do lasu na grilla i saunę więc sorrka… 😀

Ale… tuż obok Tavasti, bo oczywiste jest, że podeszłyśmy do tego jakże sławetnego klubu, była kolejna galeria (klub też nas polubił – na fejsie co prawda, ale się liczy :P)

Tiketti Galeria – przyciągnęła nas ryjem Valosa, choć to nasza radarowa Ola, która wypatrzy wszystko co z nim związane, odnalazła tę galerię. W środku znajdowała się bardzo miła pani, która pozwoliła nam zwiedzić i obejrzeć wszystko, co tylko chcemy.

Białe noce, wiatr, dziwny język nie do wymówienia, niska temperatura… Męczące zjawiska… Jednak sporadyczny drink pozwala przetrwać… Teraz się nie dziwię, czemu Finowie tyle piją 😀

Kolejnego poranka powstrzymałam już swoją frustrację faktem słońca, które prawie nie zachodzi, ulicy, która nie ma nazwy, Helsinek – miasta podobnego do życia, gdzie raz jedziesz z górki, a raz tułasz się mozolnie pod górkę.

Tego dnia bowiem, miałyśmy z dziewczynami wyruszyć do kolejnego ważnego celu. Symbolu pewnej epoki, nieodłącznie kojarzonego z „księciuniem Valoskiem”. Czy już się domyślacie o co chodzi???

Dzielnica na obrzeżach miasta wydawała się bardzo przyjazna i spokojna. W istocie taka też była. Kiedy się w niej pojawiłyśmy, miałam wrażenie, że te niedobitki ludzi nas mijających od razu wiedzą kim jesteśmy i czego szukamy.

Nie mylili się.

Gdy po krótkim spacerze naszym oczom ukazała się wieża Valosa, był to piękny widok budowli oplecionej zieloną, wiosenną i kwitnącą roślinnością, jakby nikt tu nigdy nie tworzył depresyjnych piosenek i nie komponował smutnych melodii. Jakby wieża pokazywała – tamtej epoki już nie ma, przyszły zmiany i nastąpił koniec.

Ale nie ujmowało to jej piękna. Wystarczyło spojrzeć i można było zrozumieć dlaczego Valos zaszył się w tej okolicy, w tej wieży…

Najzabawniejsze jest to, iż nigdy bym nie przypuszczała, że sama kiedyś stanę na tej ulicy i zobaczę ją na własne oczy.

Jeśli miałabym wybrać moment najbardziej dla mnie znaczący z całej tej naszej PoValonej ekspedycji, to byłby właśnie ten moment, kiedy stanęłam pod wieżą Valo. I nie miało to znaczenia, że jego tam nie ma. Że nikogo tam nie ma.

To był symbol wszystkiego. Myślę, że wielu z was rozumie o co mi chodzi.

Nie byłyśmy tam długo i nie weszłyśmy dalej niż nakazywało to uczucie przyzwoitości – parę zdjęć z ulicy w zupełności nam wystarczało, bo choć zapewne nikogo w środku nie było, nie chciałyśmy nikomu zakłócać spokoju, lecz przemknąć raczej w miarę niepostrzeżenie.

Wspominałam coś o drinku??? 😀

Jakżeby nie napić się w najsławniejszym barze w Helsinkach – The Riff.

Wybrałyśmy się tam ostatniego wieczoru, by zobaczyć czy miejsce to faktycznie zasługuje na swoją sławę. Przy drinku „Summer of 69” rozglądałyśmy się po knajpie, gdzie pełno było śladów obecności wielu muzyków, w tym i oczywiście ryj Valosa 😀

Od razu odpowiadam na pytania – Jussiego nie było, a loża Children Of Bodom była pusta. My natomiast sączyłyśmy drinki w HIM Lounge, w której panowie przechodzący do toalety, sympatycznie uchylali nam czapek i kapeluszy w geście powitania 😀 Wydawało się, że jeszcze zbyt mało wypili by się do nas dosiąść 😀

Och… cóż za sentymentalna podróż. Dlaczego mi była potrzebna? Dlatego, by w ten sposób zamknąć ten rozdział życia. Dopisać zakończenie do historii mojej i zespołu. Teraz jest ona pełna i nawet jeśli zespół w końcu po ostatecznej trasie zakończy karierę, mnie już to nie dotknie tak, jak niektórych z was. Bo już dawno poszłam dalej, poza HIM… Może jeszcze tylko postawię kropkę nad i, kiedy zdecyduję się pójść na ostatni koncert, na który bilet już na mnie czeka…

Musicie mi wybaczyć, ale wiele szczegółów już mi umknęło – chciałam codziennie pisać relacje z każdego dnia, ale wracałyśmy dosyć późno, i ostatnie o czym myślałam to pisać 🙂

Mogę za to dorzucić parę ciekawostek:

-Helsinki są małym miastem, jeśli o to chodzi to Ville nie mijał się z prawdą twierdząc tak w wywiadach

-Co za tym idzie, nikogo nie dziwi fakt, że wszyscy muzycy się znają ze sobą

-Nie jest tak, że Finowie uciekają na twój widok, kiedy chcesz z nimi porozmawiać 🙂

-Helsinki nie są aż tak drogim miastem jakby się wydawało – kiedy jedziesz ze znajomymi – wynajmij mieszkanie 🙂 Wyjdzie taniej a i posiłki można robić samemu, co znacznie obniża koszty niż kiedy stołujesz się w restauracjach

-Muminki, wszędzie Muminki – musisz kupić choć jednego 😛

-Miasto jest czyste, bez wszechobecnych reklam i bezpieczne. Spaceruje się tam jak po własnej dzielnicy i ma wrażenie, że mijający cię ludzie to twoi sąsiedzi

-Uwaga na ryj Valosa 😀 Potrafi wyskoczyć zza rogu hehe Może nawet trafisz na ten prawdziwy XD

-Dobre drinki, dobra wódka i dobre piwo Karhu 😛

-Bywa, że będziecie chodzić uliczkami, które prowadzą raz pod górkę a raz z górki 🙂

-Pogoda… tego najstarsi szamanowie nie przewidzą XD Ale czapka to nie najgorszy pomysł, zabierz też szaliczek heh

-Białe noce…. ehhh.. serio? 😛

A teraz czas na relację filmową:

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

Ewa w krainie Muminków :) #Przygodnik

Hej 🙂

Dzisiaj w niedzielę, mam dla was kolejną relację z wyjazdu do Finlandii. Ewa- fanka HIM mieszkająca we Francji postanowiła wyruszyć tropem pana Valo do jego ojczyzny i tak jak wcześniej Doris, postanowiła się podzielić z nami swoimi wrażeniami z podróży.

Także nalejcie sobie rosołku albo zróbcie kawy i przeczytajcie co też ją spotkało w krainie Muminków 😀


Chcąc przekazać Wam relację z mojej podróży do Helsinek, muszę cofnąć się do samego początku… Nie, nie do moich narodzin :D… Jedynie do momentu, w którym zainteresowałam się HIM i Ville Valo, a było to całkiem niedawno, bo w październiku 2014 roku.

Wszystko dzięki „Bittersweet” zespołu Apokalyptica, który to utwór znałam już kilka lat, ale tamtej jesieni przechodziłam trudne chwile i słuchałam tego utworu na okrągło, oglądając teledysk na You Tube’ie. W pewnym momencie zatrzymałam się i pomyślałam : „Zaraz, zaraz, ale właściwie kim jest ten przystojniak o aksamitnym głosie?”

Zaczęłam szperać w internecie i… wsiąkłam kompletnie. Równolegle z rosnącą fascynacja Valo i HIM wzrastało moje zainteresowanie Finlandia i Helsinkami. Poczułam się wręcz przyciągana przez  tamte rejony, a towarzyszyła temu bardzo dziwna, niewytłumaczalna tęsknota. Poczułam dosłownie, jakby Ville Valo „dał” mi Helsinki. Ta fascynacja narodziła się dzięki niemu i zaczęła żyć własnym życiem. Po koncercie HIM w Gdańsku, w sierpniu 2015, postanowiłam uroczyście: latem 2016 roku polecę sama do Helsinek na kilka dni!

Dotychczas nie miałam zwyczaju podróżować sama, ale tym razem wiedziałam, że tak po prostu musi być. Nie chciałam robić z mojego ukochanego «bodyguarda». On ma swoje pasje, ale Finlandia nią nie jest. Poza tym finansowo samotna podróż jest łatwiejsza do zrealizowania.

cien

Jesienią 2015 na Facebooku poznałam Doris z HIM Poland – Polish Fans (Pozdrawiamy 🙂 ) i zaczęłam z nią korespondować. Dowiedziałam się, że odwiedzenie Helsinek to również jej marzenie i że ona także planuje podróż tego samego lata.

Dużo pisałyśmy do siebie na ten temat i to ona zainspirowała mnie, aby szukać hotelu już w lutym. Udało mi się znaleźć pokój w hotelu położonym bardzo blisko ścisłego centrum, z 40% zniżką, bez możliwości anulowania rezerwacji. Podjęłam to ryzyko. Następnie kupiłam bilet na lot ze Strasbourga przez Amsterdam, również ze znaczną zniżką. (Ze Strasbourga, bo od ośmiu lat mieszkam we Francji, w małym miasteczku w Wogezach)

Doris poleciała do Finlandii w czerwcu i jej relacje mogliście przeczytać na tej stronie już jakiś czas temu 😀 Moja podroż miała się odbyć pomiędzy 11 a 15 lipca. Do  samego końca przygotowań towarzyszyła mi mapa Helsinek zawieszona na ścianie po mojej stronie łóżka, a ze stoliczka nocnego nie znikał przewodnik „Helsinki” z serii „Miasta Marzen” Gazety Wyborczej. 😀

Kiedy samolot zniżał się do lądowania, poczułam, że mam kule w gardle i byłam bliska płaczu. Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje, i nawet szczypałam się w przedramię, aby się upewnić, że to nie sen.

ladowanie

To tylko wyjazd do Helsinek, powiecie… ale dla mnie to było coś bardzo ważnego. Dla mnie to była podroż wewnętrzna odbywająca się w trzech wymiarach. Za moment miałam zobaczyć na własne oczy to, co dotychczas zwiedzałam jedynie wirtualnie i o czym czytałam.

Po opuszczeniu lotniskselfiefontannahavisamandaa wsiadłam w autobus, który dojeżdżał do Głównego Dworca Kolejowego w Helsinkach. Wysiadłam i… byłam kompletnie zagubiona, a jednocześnie miałam przedziwne, kojące uczucie, że jestem u siebie. (Ja miałam to samo uczucie, kiedy pierwszy raz pojawiłam się w Wenecji – jakbym wróciła do domu 🙂 Do tej pory to moje ukochane miasto i doskonale wiem o czym mówisz 🙂 -C.N.)

To dobry moment, aby Wam powiedzieć, że nie mam smartphona, więc byłam offline. Do mojej dyspozycji miałam przewodnik, papierową mapę i moją łamaną angielszczyznę. 😀 Tak, total vintage! 😀 O drogę do hotelu zapytałam przechodniów. Finowie, lepiej lub gorzej, ale mówią po angielsku. Podczas całego pobytu, za każdym razem, kiedy pytałam o drogę, z uśmiechem odpalali swoje smartphony i notbooki, tłumacząc mi cierpliwie „Pani jet tutaj i idzie tam.” 😀

Do hotelu dotarłam przed 15.00 czasu fińskiego i o 16.00 byłam już gotowa do wyjścia. Z radością skonstatowałam, ze Kościół w Skale, ten, który z lotu ptaka przypomina latający spodek, znajduje się na końcu jednej z przecznic, tuż przy hotelu (Dlaczego na mapie to nie było takie oczywiste?! :D).

Kiedy wyszłam z kościoła, rozpadało się. Zdecydowałam, że nie wracam do hotelu po kurtkę, tylko ruszam naprzód. Padało coraz bardziej, a ja dosłownie biegłam w stronę Centrum, od czasu do czasu chowając się przed deszczem pod zadaszeniami. W pewnym momencie z zaskoczeniem stwierdziłam, że moja chaotyczna bieganina zawiodła mnie prosto pod klub „Tavastia” ! 😀 To był naprawdę piękny dzień! 😀

tavastia

Wszystkie pozostałe dni były równie piękne, a do tego słoneczne i cieple (około 20-22°C). Z hotelu wychodziłam przed 10.00, a wracałam po 20.00. Celowo w ogóle nie korzystałam z komunikacji miejskiej, tylko chodziłam… chodziłam… chodziłam. (Ja też uwielbiam takie spacery – uważam, że to najlepszy sposób na poznanie miasta – C.N.) Przez cztery dni (15 lipca nie liczę, bo samolot miałam wcześnie rano) zobaczyłam prawie wszystko, co sobie zaplanowałam. Nie byłam tylko na wyspie Seurasaari, na której znajduje się skansen Finlandii „w pigułce”.

piwko

 

Rozkoszowałam się każdym widokiem, głęboko oddychałam, i od czasu do czasu… szczypałam się w przedramię. 😀 Piłam herbatę rooibos w nadmorskiej kafejce „Ursula”, jadłam mięso z renifera na placu Kauppatori , piłam fińskie piwko i zatrzymywałam się, by posłuchać i wesprzeć ulicznych muzyków, miedzy innymi Henry’ego Vistbacke, który przykuł moją uwagę swoim wykonaniem „Wicked Game”.

Odwiedziłam też Kariego Valo w jego sex-shopie.

Po drodze do Dzielnicy Kallio, w której znajduje się sex-shop, zaintrygowała mnie witryna sklepu muzycznego «Music Hunter» (Unioninkatu 45). Weszłam do środka i myślałam, że już stamtąd nie wyjdę! Płyty cd i analogowe, dvd i mnóstwo gadżetów, wszystko w kilku połączonych ze sobą pomieszczeniach, w których panuje duszna metalowa atmosfera. 😀

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

To najprawdopodobniej komis, bo ceny są naprawdę atrakcyjne. Od razu wiedziałam, że zostawię tu pieniądze. 🙂 Zapytałam właściciela, gdzie znajdę płyty HIM, a on wskazał mi «HIM section». 😀 Kopiłam dwie części „Uneasy listening”, dvd „Love Metal Archives vol. 1” i  HIMowy prezent dla koleżanki. Kiedy płaciłam, właściciel spojrzał na dvd i powiedział: „To wydanie nie jest najlepsze. Dam pani pierwsze wydanie w tej samej cenie”. Z płytami w plecaku i z szerokim uśmiechem ruszyłam do sex-shopu KariegoValo.

sexshop

Weszłam do sklepu z szybko bijącym sercem, przedstawiłam się i uścisnęliśmy sobie dłonie. Po wymianie kilku uprzejmości, Kari zapytał mnie, czy widziałam video do „Olet Mun Kaikuluotain”.

Odpowiedziałam, że  słyszałam tylko piosenkę, no to on poszukał video na You Tube’ie i tak sobie oglądaliśmy przez moment jego syna na ekranie laptopa. To znaczy, ja próbowałam, ale czułam się jakoś dziwnie… 😀 W ogóle nie wiedziałam, gdzie mam patrzeć, żeby nie wybuchnąć śmiechem, bo sklep jest malutki i zewsząd atakują rozmaite kurioza :D, wiec skupiłam się na Karim i na rozmowie z nim. Zapytał mi się też, czy chciałabym może kupić koszulkę. Powiedziałam, że chętnie, ale nie noszę czarnego (Całą młodość byłam czarna i w kolorach ziemi, to w wieku dojrzałym noszę wszystkie kolory tęczy i biały.) i zapytałam, czy nie ma białych, a on na to, że niestety nie, ale powie Ville, żeby zrobili białe! 😀 Kiedy zaproponował mi kupno pejczyka z inskrypcja HIM, myślałam, że się posiusiam, ale dałam rade. 😀 Do końca nie wiedziałam, jak będzie ze zdjęciem, bo to byłoby selfie, ale na szczęście w odpowiednim momencie do sklepu wszedł klient i od razu się zaoferował. Kari spojrzał na zdjęcia i skwitował «Very romantic pictures.» A jak! 😀

karivalo

Helsinki i Finlandia to nie jest dla mnie historia jednej podroży. Już oszczędzam na powrót tam w przyszłym roku, tym razem na tydzień. Marzy mi się także Laponia i obserwowanie zorzy polarnej. Często śnię o Helsinkach i nieustannie czuję tę tęsknotę…

Tekst i zdjęcia: Ewa Włodarczyk

No cóż, jak wiadomo wszystko co dobre kiedyś się kończy😦 Jeśli jednak ktoś z was również był w Finlandii lub dopiero ma taki zamiar i chciałby się podzielić z nami swoimi wrażeniami, zdjęciami, napiszcie maila: CatherineNoir666@gmail.com

                                                                       w tytule mail wpisując PRZYGODNIK😀

Być może i wkrótce przeczytacie moją relację, kto wie…? 🙂

Na sam koniec, ponieważ zapomniałam podać tę informację w poprzedniej notce zapodaję newsa dotyczącego koncertu HIM na Tuska Festival 😀

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!