„Nothing lasts forever”- książę Valo przerywa milczenie na festiwalu Miljoona Rock :)

Greetings Sweethearts!

Dzisiaj będzie notka informacyjno – organizacyjna, a do tego nawiążę do ostatniego postu, który wywołał nieco kontrowersji 😀 Nie, nie będę się łasić ani przepraszać 😛 A nawet jeszcze ciut podgrzeję atmosferę XD

Na samym początku jednak, chciałam podziękować wszystkim tym, którzy wzięli udział w dyskusji i co więcej, utrzymywali ją na wysokim poziomie 🙂 To mnie przekonuje, że jednak fani HIM mają w sobie dużo kultury i póki co, nie muszę się martwić o banowanie kogokolwiek (sorry LimaK XD)

Panowie z HIM zagrali kolejny festiwalowy koncert, który ponownie miał miejsce w Finlandii – był to festiwal Miljoona Rock i przy tej okazji w końcu Książę Valo udzielił wywiadu, w którym mówi nareszcie o rozpadzie zespołu, planach na przyszłość itp.

Wywiad jest po fińsku, ale ma napisy angielskie więc myślę, że część z was będzie w stanie zrozumieć o czym on mówi. Niestety nie mam czasu na tłumaczenie, ale generalnie opowiadał o rozpadzie zespołu, że rozmawiali z chłopakami o nowej płycie i kierunku w jakim podążała ich muzyka. Ville znów nawiązał do gwiazd, które nie były na swoim miejscu – dyplomatycznie jak polityk (oczywiście podkreślił, że nie chce tak zabrzmieć hehe Valos Polityk, ale by była jazda XD Z tymi jego wywodami, to by nie opuszczał mównicy :P)

Według niego muzyka brzmiała dobrze, ale nie było tej ekscytacji, która powinna być. Priorytety się zmieniły niestety. Podkreślił przy tym, że to nie była tylko jego decyzja i że z tego powodu miał ból głowy oraz był zaniepokojony, gdyż zespół to ogromna część ich życia.

 

Zapytany, czy ma do udowodnienia jeszcze coś komuś lub sobie samemu, odpowiada że zawsze ma sobie coś do udowodnienia, lecz jako zespół już nie bardzo. Ville użył terminu „Złotej Klatki” jako określenia jego sytuacji, gdzie fani oczekują od niego pewnego rodzaju muzyki, a zespół jest jednocześnie bardzo cenny i jednocześnie bardzo wiążący. Stwierdził, że mają piosenki od których nie chcą uciec, czy się ich pozbyć, ale jednak ich nie powtarzać. Powiedział także, że nie są na tyle odważni, by zrobić totalnie inny album jak to zrobiło U2. Generalnie chodzi mu o to, że nie można kontynuować czegoś, jeśli wszyscy nie są usatysfakcjonowani.

Poza tym, Valo nic nie wie o żadnym DVD z koncertów. Ponadto Valos nie zamierza podlewać kwiatków XD (Hell no! :D), choć to lubi i podobno jest w tym dobry huehuehe I ma jakieś tam plany solowej kariery – lubi muzykę głośną ale i melodyjną, więc jeśli będzie coś kombinował to prawdopodobnie będzie miało to brzmienie podobne do HIM.

Co do samego festiwalu Miljoona Rock – uważam, że było lepiej niż na Tuska. Być może pan Valo miał lepszy humor czy coś. Nawet głosowo wydaje mi się, że było lepiej, choć nadal podtrzymuje swoje zdanie z poprzedniej notki co do tej kwestii.

Tutaj możecie zobaczyć występ z innej perspektywy 🙂

A pamiętacie naszą wycieczkę do Helsinek? Tym razem do Finlandii pojechała nasza francuska korespondentka Ewa 🙂 I oczywiście odwiedziła pana Kariego Valo – a pan Kari Valo jak to pan Valo – flirciarz w fińskim stylu XD Nie dość, że Ewę pamiętał, nas też, to jeszcze mogę z dumą ogłosić, że obraz Mel – naszej blogowej korektorki wywiadów, która także jest artystką, wisi w sklepie papy Valo! ! !

GRATULUJEMY!

(I teraz czekamy aż Ville go obczai i podkradnie na okładkę do solowej płyty :D)

Nasza Ewa tymczasem już wróciła do domu, więc czekajcie na jej relacje z Helsinek i z tego, jak się przebierała u papy Valo w toalecie w koszulkę zakupioną w jego sklepie 🙂

A tutaj macie dwie panie + ryjek Valosa 😀 Zdjęcie zostało zrobione w jego nowym domu – od razu wyjaśniam, zanim się pojawią komentarze o stalkowaniu go – znajomy tych pań sprzedał Ville jakieś muzyczne graty, więc dlatego miały okazję zrobić sobie z nim fotkę. Nie czaiły się pod jego domem 🙂

Teraz chciałam nawiązać do tematu grupy FB, bądź stronki bloga na FB. Sama takowych nie posiadam, ale jeśli jesteście zainteresowani nowinkami, zapowiedziami tego, co się ukaże na blogu oraz informacji o tym, co się właśnie na nim ukazało, to zapraszam was tutaj:

Rambo Rimbaud Polish Fansite

Współpracuję z autorką już od dłuższego czasu, więc ma ona moje pełne pozwolenia na publikację 😀 Zapraszam serdecznie HIMofanów 🙂 I niech was nie zmyli nazwa – to tylko „chłyt” marketingowy, żeby się wyróżnić pośród wszystkich HIM stron, Valo stron itp. Stronka informuje o poczynaniach całego zespołu.

Ok, gotowi?

Czas trochę namieszać 😀

Widzicie tą panią? Ja to przy niej jestem… Bardzo delikatna XD Ona natomiast się nie bawi w uprzejmości 😛 Otóż pani ta jest dziennikarką magazynu fińskiego Ilta – Sanomat i napisała ona relacje z koncertu HIM z festiwalu Tuska. Brzmi ona mniej więcej tak:

Imponujący początek.

HIM zaczął początek koncertu z mocnym basem, który objął nawet dźwięk głosu Ville Valo i wszystko inne na scenie, kiedy rozpoczęło się „Buried Alive by Love”.

Wkrótce po rozpoczęciu koncertu nastrój zaczął się psuć. Valo wydawał się być bardzo marudny na scenie. Skierował do publiczności kilka rozflirtowanych uśmiechów, lecz jednak były one dla niego trudne i wręcz go przytłaczały.

Zespół nie komunikował się na scenie przez cały koncert a Valo stojący na czele zespołu, był jak samotna, leniwa latarnia morska. Grali hit za hitem, ale żadna z piosenek nie wywołała entuzjazmu pośród frontowych fanów. Cały koncert był jak pudełko od prezentu, obwiązane jedwabnymi wstążeczkami lecz w środku nie było nic.

W końcowych fazach koncertu młodzi fani patrzyli na swojego idola z desperacją.

Charyzma Valo nie uleciała ale jego motywacja i pokora już tak. Jako słuchacz, byłam poirytowana, że atmosfera na festiwalu została kompletnie zatracona.

Źródło: Ilta – Sanomat

I teraz jeszcze na zakończenie tekst Ewy – naszego francuskiego łącznika, która chciała się wypowiedzieć na temat tego, co znaczy być fanem.

« Czy głos Ville to łabędzi śpiew? »

albo « Co to znaczy być fanem ? »

Jeśli ta notka ma podwójny tytuł, to jest dla tego powód. Piszę ten artykuł, zainspirowana jednym komentarzem, który ukazał się pod poprzednim wpisem na blogu (“Tuska 2017 – czyli coś sobie pochodzę i pośpiewam, a potem zdradzę że…”), i który wywołał pewne poruszenie. Autor tego komentarza wyraził opinię, że ów wpis ma znamiona hejtu, a uwagi o prezencji Valo są “płytkie”. Nie, nie piszę tego artykułu, by polemizować z opinią komentującego, a tym bardziej, by go do czegoś przekonywać. Komentarz tej osoby zainspirował mnie natomiast do pewnej refleksji, którą wyłuszczę poniżej.

W swoim komentarzu owa osoba nie zgodziła się z opinią Catherine, że – najogólniej ujmując – wydaje się, iż wokal Valo w ostatnim czasie znacznie się pogorszył, a że osoba ta jest zawodowym wokalistą, to wie, o czym mówi. Jeśli o mnie chodzi, nie jestem specjalistką: ani zawodowym muzykiem ani trenerem śpiewu, ale zgadzam się z opinią Catherine oraz kilku innych osób komentujących jej artykuł. Dla mnie wokal Valo nie prezentuje się tak, jak kiedyś, a także zauważam, że obecnie jego podejście do własnego śpiewania jest również inne. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mu się po prostu mniej chce, tak jakby coś w nim zgasło czy się wypaliło. To moja osobista opinia, za którą biorę pełną odpowiedzialność.

Owszem, to opinia, która nie jest zbyt przychylna Valo. I w tym miejscu pojawiają się pytania, będące sednem tego artykułu: “Czy jako kompletna amatorka mam prawo wygłaszać taką opinię?” oraz “Czy ta opinia jest godna fana, czy raczej hejtera HIM?”. A te pytania zawierają się z kolei w pytaniu bardziej ogólnym: “Co dla mnie znaczy być fanem?”. Na ostatnie odpowiem przez negację.

Bycie fanem na pewno NIE OZNACZA bałwochwalczego podejścia do mojego idola. Bardzo mnie męczy nieustanne pozostawanie na kolanach. Idealizowanie moich ulubionych muzyków, osobowości kultury czy ogólnie ludzi, z którymi mam kontakt, kończyło się dla mnie zawsze boleśnie. Nikt z nas nie jest idealny i to czyni nas interesującymi i wartymi poznania.

Tak jest też z Valo. To skomplikowany facet, pełen sprzeczności i niedoskonałości. Jako jego fanka nie czerpię dzikiej przyjemności z moich obserwacji, że jakość jego głosu się pogorszyła oraz nie czekam, aż lub czy definitywnie polegnie. Tak, to byłyby oznaki hejtu. Tymczasem ja zastanawiam się, co może być tego przyczyną. Na myśl przychodzi mi jego alkoholowa przeszłość i nałogowe palenie, które mogły się do tego przyczynić i jest mi po prostu smutno, a także zwyczajnie i po ludzku złoszczę się na niego. To oczywiście jego życie i jego wybory, ale że lubię skubańca, to prowokuje on we mnie przeróżne emocje.

Nie jestem specjalistką, ale ufam mojemu własnemu odbiorowi jego śpiewu i jego osoby. Daję sobie do tego pełne prawo, bez narzucania mojej opinii innym. Inni mogą się ze mną nie zgadzać, ale czyjeś zdumienie czy sprzeciw w żaden sposób nie wpływają na moje własne odczucia i obserwacje. Daję sobie prawo do bycia subiektywną oraz do niebycia specjalistką we wszystkim. Moja opinia ma znaczenie dla mnie samej i dla mojej “relacji” z Valo, która ewoluuje, zmienia się, a także przechodzi kryzysy, zupełnie jak w realnym życiu, o czym nie tak dawno rozmawiałyśmy z Catherine. W moim własnym odczuciu bycie fanem nie wyklucza bycia krytycznym, nie wyklucza niezgody z pewnymi zachowaniami czy posunięciami idola, nie wyklucza też żartowania z niego.

No właśnie, jeszcze krótko o żartowaniu czy o “chichraniu” z Valo, jak to uroczo napisała w swoim komentarzu pod artykułem o Tuska Olka. Poczucie humoru jest dla mnie jak powietrze. Uwielbiam żartować, także na własny temat. Osoba z poczuciem humoru z pewnością odróżni je od drwiny czy złośliwości. Uważam, że żartowanie z naszych idoli jest bardzo zdrowe i nie ma nic wspólnego z hejtem. Powiem coś, co zabrzmi jak paradoks: Dystans do naszego idola spowodowany śmiechem sprawia, że staje się on nam bliższy, bardziej dosięgalny, bardziej “z krwi i kości”. Zdejmujemy go z piedestału i stawiamy obok siebie, na równi, jak partnera. Nawiązuje się dialog, choćby tylko wewnątrz nas samych, rodzi się inspiracja. Osobiście, w moich idolach nie szukam figury, do której mogę się modlić, ale szukam elementów nam wspólnych, “esencji”, która nas łączy, przy absolutnym poszanowaniu ich odmienności i unikalności. Śmiech jest doskonałym środkiem do ogarnięcia paradoksu, że choć każdy z nas jest inny, to tak naprawdę wszyscy jesteśmy też tacy sami.

Tekst: Ewa Włodarczyk

Cóż… Mam nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony 🙂 Moim zdaniem także bycie fanem nie polega tylko na wzdychaniu i idealizowaniu tak bardzo, żeby nie widzieć kiedy nasz idol czasem zawali sprawę 🙂 W pewnych momentach trzeba tupnąć nóżką i powiedzieć – Ej, koleś co ty odpi#$%sz? 😀 I nie ma w tym nic złego bo ostatecznie i tak przecież wszyscy go kochamy 😀

Zapraszam do dyskusji 😀

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

Reklamy

TUSKA 2017 – czyli coś sobie pochodzę i pośpiewam a potem zdradzę że…

Dobry wieczór!

Dzisiejszy wieczór poświęcam na napisanie tej notki zamiast leżeć w łóżeczku z książką, no ale „książe” Valo znowu coś miesza, przy czym zaczyna mnie już spektakularnie wkurzać, mogę więc być złośliwa wobec niego 😛

HIM wystąpił właśnie na festiwalu TUSKA i nasza książęca mość udzieliła z tego powodu kilka wywiadów, dzięki czemu dowiedzieliśmy się parę ciekawych rzeczy, ale zanim do tego przejdziemy, parę słów o tym jak było na TUSKA.

W skrócie:

Wyszedł –> Zaśpiewał –> Poszedł

Koniec relacji.

Ubrał się pan Valo tak samo jak i w Hiszpanii – nic to, że tam można się było ugotować, oczywiście zabrał ze sobą swój kaszkiet, no bo jeszcze by się przeziębił przez hiszpańskie podmuchy mroźnych wiatrów… Co innego taka Finlandia – słonecznie, fajnie, ciepło.

– Cóż, ubiorę sobie marynarkę i będzie spoko – pomyślał.

A potem jak pomyślał, tak zrobił.

Ale cóż to…? HIM postarał się o dekorację? Taaaak!

Możecie zobaczyć ogromny Heartagram wiszący jeszcze dumnie, nie zdeptany wizją pana Valo prowadzącą do… no właśnie? Ale zaraz…? Co dalej?

Fajerwerki! No szał po prostu!

Być może te fajerwerki miały odwrócić uwagę od kiepskiego wokalu samego lidera HIM, który zmasakrował na przykład „Gone With The Sin”, a i przy innych utworach się wybitniej także nie popisał…

Zastanawiam mnie ten fakt, bo skoro ja, głucha nieco, potrafię usłyszeć, że Valo śpiewa źle, ale ludzie i tak mu biją brawa, a żaden dziennikarz w relacji z koncertu nie pisze o kondycji jego głosu i uników wyciągania pewnych tonacji, to musi to chyba oznaczać, że sentyment do tej grupy jest znacznie większy, niż można by przypuszczać. Jestem ciekawa, na jak wiele pozwolą fani…

Jak już wspominałam wyżej, pan Światło udzielił kilka wywiadów. Mówił , że ma nadzieję, iż ostatni koncert HIM zagrają na scenie Tavastii, a do fanów zwrócił się życzeniowo, że ma nadzieję, iż jego muzyka była dobra i to wystarczyło.

„Wydawało się, że nowy materiał będzie źródłem nowego początku. To miała być pewna historia, ale czegoś w niej brakowało. Gwiazdy nie były na właściwej pozycji” – powiedział Valo.

Panowie z zespołu pracując nad nowym albumem uzmysłowili sobie, że nie mają nic nowego do zaoferowania. Uznali więc swoją porażkę i czym się to skończyło już wiemy. Ale Ville mówi, że w 2018 nie spocznie na laurach i te piosenki, które stworzone były dla HIM, przygarnie do swojego solowego projektu. Czyli… napisał piosenki na album HIM, które się dla HIM nie nadawały, więc rozwiązali zespół, a teraz weźmie te same piosenki i zaśpiewa je jako solowy artysta, być może w kolaboracji z kimś innym, nie wykluczając chłopaków z HIM.

SERIOUSLY? 0_O

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

«Bez syndromu sztokholmskiego» – część pierwsza

Dzień Dobry!

Wyobrażaliście sobie kiedyś że poznaliście Ville Valo? Albo że dostajecie taką możliwość aby z nim porozmawiać, ale nie szybko i tylko 5 minut a potem fotka na pamiątkę i tyle…

Lecz że macie z nim nieograniczony czas (no prawie 😛 W każdym bądź razie tyle ile potrzebujecie) i możecie z nim porozmawiać o wszystkim o czym chcecie, że możecie przeprowadzić z nim wywiad i zadać pytania które zawsze chcieliście… Brzmi obiecująco?

A od czego mamy wyobraźnię? 🙂

Dwie dziewczyny: Ewa, której teksty już mogliście przeczytać wcześniej na blogu, oraz Paulina, która prowadzi stronkę na FB Rambo Rimbaud Polish Fansite, przeprowadziły wyimaginowany wywiad z Ville Valo. Chcecie wiedzieć jak potoczyła się ta „rozmowa”? Przeczytajcie sami 🙂


« Bez syndromu sztokholmskiego»

(absolutnie fikcyjny wywiad z Ville Valo)

    Udało się! Po kilku latach prób i starań przeprowadziłyśmy wywiad z Ville Valo. Przyleciałyśmy z Pauliną do Helsinek tego samego lipcowego dnia, ale z dwóch rożnych krajów. Ona z Polski, ja z Francji.  Byłyśmy już tu razem rok wcześniej, aby wręczyć Kariemu Valo, tacie Ville, prezenty dla jego syna oraz list opisujący nasze marzenie  i nakreślajaąy temat wywiadu. Nie miałyśmy zbyt dużej nadziei, ale po prostu musiałyśmy spróbować. Ten ostatni raz. Po około miesiącu, kiedy już wróciłam do Giromagny, odebrałam maila od Ville, w którym podziękował za książki i napisał, że byłoby świetnie porozmawiać o nich przy okazji wywiadu. Myślałam, że spadnę z krzesła! Natychmiast napisałam do Pauliny. Na finalizację musiałyśmy poczekać jeszcze rok, ale to nie miało znaczenia. Miałyśmy rok na ostateczne przygotowania i dopięcie wszystkiego na ostatni guzik.

Na pierwsze spotkanie z Ville umówiliśmy się przy pomniku Trzech Kowali naprzeciwko galerii handlowej Stockmann. Żartując, napisałam, że go rozpoznamy. Serca waliły mam obu jak młotem. Podszedł do nas, ubrany w swoją nieśmiertelną bluzę z logo sex shopu ojca, uśmiechnął się, uścisnął nam dłonie i zaprosił do jednej z pobliskich kawiarni na omówienie szczegółów. To spotkanie trwało krótko. Powiedział, że może nam  poświęcić jeden wieczór i że najlepiej będzie, jeżeli ten wywiad przeprowadzimy u niego w domu. Umówiliśmy się więc na następny dzień. Punktualnie o 17.00 zadzwoniłyśmy do jego drzwi. Otworzył uśmiechnięty i zaprosił nas do rozległego, jasnego salonu, w którym królowały wysokie segmenty z książkami. Przygotował coś do picia i usiadł na fotelu. Ja siedziałam na sąsiednim fotelu, trochę po przekątnej, więc niski stolik, na którym stały filiżanki, niezupełnie nas oddzielał. Zapytałyśmy, czy zgadza się, by – podczas gdy będę z nim rozmawiać – Paulina robiła zdjęcia. Zgodził się bez problemu. Denerwowałam się, ale jednocześnie, paradoksalnie, czułam się dziwnie pewna siebie. Towarzyszyła mi myśl, że skoro cały ciąg wydarzeń – od poznania Pauliny, po prace nad koncepcją wywiadu, aż do napisania naszego listu – doprowadził nas do tego momentu, to to spotkanie po prostu nie może się nie udać. Od tego, w pewnym sensie oczywiście, zaczęłam mój wywiad.

Przede wszystkim chcę Ci bardzo podziękować za to spotkanie. Za to, że nasze marzenie może się spełnić. Pamiętam, że jedna z moich koleżanek, której opowiedziałam o moim projekcie, miała bardzo zabawne rozwiązanie, by ten wywiad mógł się odbyć: porwanie Cię i poczekanie, aż rozwiniesz w sobie syndrom sztokholmski. (śmiech)

 (śmiech) Oj, to nie byłby dobry pomysł! Nie cierpię być zamknięty, a tym bardziej związany. Na pewno bym cię nie polubił. Raczej znienawidził. A tak to, jak widzisz, wszystko dobrze się skończyło.

Ten wywiad był pomyślany jako rozmowa dla miesięcznika kobiecego, co jednak się nie udało. Niemniej, chciałabym Ci zadać pytanie związane z czasopismami. Mianowicie, jakie magazyny czytasz? Lifestylowe? Psychologiczne? A może śledzisz to, co o Tobie piszą tabloidy?

Nie lubię plotek i plotkarstwa, więc do tabloidów zaglądam rzadko. Jedynie wtedy, gdy wiem, że znajdę tam swoją twarz (śmiech). Lubię czytać magazyny muzyczne i przeglądać katalogi z instrumentami. Jednak zdecydowanie bardziej lubię czytać książki.

Tak, Twoi fani wiedzą, że dużo czytasz. Portrety swoich ulubionych autorów masz nawet wytatuowane na prawym przedramieniu. Ciekawi mnie w związku z tym jedna rzecz. Czego poszukujesz w książkach? Jakie są Twoje powody i motywacje do czytania?

 Te powody są rozmaite. Uwielbiam ciekawe i wzruszające historie. Lubię uciekać w inne światy, różniące się od rzeczywistości, która mnie otacza i którą znam. Lubię książki dla dzieci, mam całkiem niezłą kolekcję komiksów i jestem wielkim fanem “Muminków”. Uwielbiam też czytać poezję, bo rozkoszuję się tym, w jaki sposób pojedyncze słowo, użyte w odpowiednim kontekście, potrafi stymulować wyobraźnię, a nawet zmieniać nasz punkt widzenia. Jest jeszcze motywacja do zdobywania i pogłębiania wiedzy na tematy, które mnie interesują. Jestem typem szperacza.

Czy istnieje książka, o której uważasz, że każdy powinien ją przeczytać i którą bez wahania poleciłbyś swoim fanom?

 Nie chciałbym nic sugerować. To byłoby zbyt proste. Z czytaniem jest tak, jak z zakochiwaniem się. To bardzo indywidualna sprawa i też bardzo tajemnicza. Każdy ma swój gust, coś, co go porusza i pociąga, czasem nie potrafi nawet powiedzieć, dlaczego. Tak więc fakt, że lubię wysokie, szczupłe brunetki w niczym nie pomoże innym mężczyznom (śmiech). Ważne jest, żeby szukać, oraz iść za tym, co nas pociąga.

 553A mogłabym się dowiedzieć, co obecnie czytasz? 

 Zawsze czytam kilka książek jednocześnie. Po daną książkę sięgam w zależności od nastroju. Tak jest też teraz. Powróciłem między innymi do “Psychonauty” Petera J. Carrolla. Magia chaosu i wszystko, co związane z kontrolowaniem naszego własnego umysłu bardzo mnie interesuje, bo umysł potrafi być naszym największym wrogiem.

W książce Carrolla jest między innymi mowa o sygilach, dzięki którym możemy zakotwiczyć swoje pragnienia w podświadomości. Wiesz, pomyślałam, że heartagram, który narysowałeś w swoje dwudzieste urodziny, był dla Ciebie takim, pewnego rodzaju, sygilem.

 To ciekawe, co mówisz. Nigdy tak o tym nie myślałem. Ale fakt, że identyfikuję się z heartagramem dość mocno. To nie tylko logo. On odzwierciedla to, w co wierzę. Tak więc, owszem, można powiedzieć, że jest dla mnie sygilem. Tylko nie wprowadziłem go do podświadomości podczas orgazmu, tak jak radzą adepci magii sygilii (śmiech).

 Domyślam się, że inne symbole, które znajdujemy na okładkach albumów HIM, takie jak Ouroboros czy kaduceusz, też nie są dla Ciebie jedynie ciekawymi piktogramami.

 To prawda. Ich graficzna strona nie jest bez znaczenia, ale to przede wszystkim skrótowy zapis pewnej filozofii, pewnych idei, które do mnie przemawiają. Lubię zarówno ich estetyczną stronę, jak i przesłanie, które niosą. Lubię, jak coś ładnie wygląda, ale nie lubię formy wyzutej z treści.

 Wielokrotnie mówiłeś, że nie jesteś przywiązany do żadnej religii. Jednak, wnioskując po Twoich wypowiedziach i tekstach, jesteś przywiązany do duchowości. Czy jesteś zwolennikiem jakiegoś nurtu lub trendu czy jesteś raczej wiecznym poszukiwaczem?

 Pytasz, czy płacę składki jakiejś sekcie? (śmiech) Nie, nigdzie nie należę i za nikim nie podążam, a w swoich poszukiwaniach jestem bardzo eklektyczny. Jeśli chodzi o religię to lubi buddyzm, bo to religia bez boga, która kładzie nacisk na współodczuwanie. Interesuje mnie wszystko, co dotyczy naszej ludzkiej kondycji oraz tego, co nas warunkuje. Od zawsze zadaję sobie pytania «Dlaczego?», «Z jakiego powodu?» oraz «Po co?».  Te pytania zawodzą mnie na różne ciekawe ścieżki i z każdej biorę coś dla siebie. I moją drogą podążam sam. Fascynują mnie przeróżne osobowości, ale nie na tyle, by im ślepo wierzyć. Wszystko, czego się dowiaduję, filtruję poprzez własne doświadczenie. Liczy się dla mnie to, jak to się ma do mojego życia oraz do sytuacji, w które się pakuję (śmiech).

 W duchowości istnieje pojęcie «dziecka indygo». Kiedy zetknęłam się z Twoją twórczością i gdy zaczęłam przeglądać różne wywiady, natychmiast pomyślałam, że masz wiele cech człowieka, którego nazywamy «dzieckiem indygo». Czy spotkałeś się z tym konceptem?

 Moja mama interesuje się takimi rzeczami i coś mi kiedyś o tym wspominała, ale nie mam na ten temat wyrobionego zdania. Czy możesz mi powiedzieć, jakie moje cechy masz na myśli w tym kontekście?

Mam na myśli przede wszystkim to, że dla «dzieci indygo» najważniejsza jest miłość, i że rodzą się z poczuciem określonej misji, z pasją, która staje się dominującą częścią ich życia.

 Tak więc jestem dzieckiem indygo! (śmiech) Nawet, jeśli nigdy nie myślałem o swoim śpiewaniu i graniu jako o misji.  Robię to, bo tylko to chcę i potrafię robić. I chcę i potrafię śpiewać tylko o miłości, o relacjach międzyludzkich i o wszystkim, co się z nimi wiąże. A jeśli to do kogoś przemawia, jeśli słuchacze się w tym odnajdują, to tylko mogę się z tego powodu cieszyć i być wdzięczny… Ale zaintrygowałaś mnie. Czy są jeszcze jakieś inne cechy „dziecka indygo“?

Tak, jest ich trochę. Na przykład wyróżniający się wygląd, posiadanie swojego, bardzo określonego, stylu. I w tym przypadku myślę przede wszystkim o Twoich tatuażach. Masz między innymi wytatuowanego Klausa Kinskiego, który zwinięty jak embrion, ssie własny palec i leży na nagiej kobiecie. Czy mógłbyś zdradzić, co oznacza dla Ciebie ten tatuaż?

 To świetna metafora artysty, bezbronnego i zagubionego jak dziecko, oraz w ciągłym kontakcie ze swoją kobiecą, intuicyjną stroną. Artysta musi być otwarty na swoją bezbronność, nie może bać się bólu i porażek, które są nieodłączną częścią procesu tworzenia. Tyle razy coś nie wychodzi, że gdybym za każdym razem z tym walczył, to bym zwariował. Robię, co w mojej mocy, ale jest tyle czynników, na które nie mam wpływu! Wsiadłem do tej kolejki górskiej i staram się cieszyć jazdą.

Jedna z piosenek HIM, która bardzo mnie porusza, „In the Night Side of Eden“, przedstawia życie jako „ciemną stronę Raju“, gdzie jesteśmy „ukrzyżowani do marzeń“, które nigdy się nie spełniają, i gdzie dręczy nas przeczucie Raju, którego nie dosięgamy. Czy według Ciebie taki jest rys naszej ludzkiej kondycji: ciągłe aspirowanie do czegoś, czego nigdy nie osiągniemy?

Uważam, że jedną z ważniejszych cech człowieka jest to, że ciągle chce więcej. Kiedy już coś osiągnie, zaraz wyszukuje sobie coś innego, rzadko zadowala się tym, co dotychczas osiągnął i zdobył. Z jednej strony to może być stymulujące, bo dzięki temu się rozwija, ale z drugiej strony to przekleństwo. Znalezienie złotego środka byłoby zbawienne. I tu zaczyna być pod górkę.

Kiedy zagłębimy się w Twoje teksty, odkrywamy, że dopełnianie się przeciwieństw stanowi klucz do Twojej twórczości. Także nazwa „love metal“ zawiera w sobie pewne przeciwieństwo. Chciałabym zatrzymać się przy jednej z tych opozycji: „szczęście-nieszczęście“. Sądząc po tekstach, szczęście jest dla Ciebie podejrzane. Nie można mu ufać i trzeba wystawiać je na ciągłe próby. Odnajdujemy tu także poczucie niezasługiwania na szczęście oraz poczucie, że szczęście nie może trwać. Ciekawi mnie, skąd ten Twój pesymizm w stosunku do szczęścia?

 Pesymizm… Ja bym tego tak nie nazwał, ale fakt, że fascynuje mnie dualizm życia. Wiesz, nie ma szczęścia bez nieszczęścia, dobra bez zła, miłości bez nienawiści. Zupełnie tak, jak w symbolu Yin-Yang. Tylko dzięki istnieniu tych opozycji możemy konfrontować się sami ze sobą, możemy się czegoś uczyć i możemy siebie przekraczać. Gdybym był nieustannie szczęśliwy, to chyba bym sobie strzelił w łeb z tego szczęścia. Nie mówię, że jestem masochistą i szukam sytuacji, które skopią mi tyłek, ale kiedy patrzę wstecz, to właśnie z tych sytuacji wyniosłem najwięcej. Poza tym rodzi się pytanie: Co to jest szczęście? Dla każdego ma ono inne znaczenie.

A jakie ma dla Ciebie?

 Dla mnie szczęście to odnalezienie wewnętrznej równowagi. Zaprzyjaźnienie się ze swoimi demonami.

396

Koniec części pierwszej

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

„Wiedza jest po to, aby się nią dzielić a nie po to, aby była ukryta” – Linde o zajęciach mistrzów gitar

Witajcie,

zapewne już ochłonęliście po ostatnim newsie, w którym mogliśmy oglądać zakochanego Valosa 😀

Pewnie część z was także słyszała niezbyt radosną wiadomość o tym, że w tym roku Helldone się nie odbędzie. Zespół tłumaczy to tym, że skoro nie mogą zaprezentować nowych utworów na festiwalu, to nie chcą grać wcale. Co prawda wspomniane zostało, że są jakieś nowe utwory, ale są one niedopracowane i ze względu na poboczne projekty muzyków zwyczajnie brak im czasu aby zdążyć je „doszlifować” na Helldone.

helldone-600x300

No cóż, ja się i tak nie wybierałam, ale ci którzy mieli taki zamiar mają po prostu pecha :/ Trzeba uzbroić się w cierpliwość i czekać aż do następnego roku…

221A pomijając już fakt samego Valosa, który zamiast zabrać się do pracy to woli romansować z modelkami 😀 mamy dzisiaj wywiad jednego z bardziej pracowitych członków HIM a mianowicie Linde.

Linde nagrał kolejny album wraz Burtonem i Mige, obecnie właśnie koncertują a i on sam wziął niedawno udział w projekcie „Backstage Secrets’ Guitar Master Class”, który odbył się w Rosji a dokładniej w St. Petersburgu.

Z tej okazji prezentuję wam wywiad, którego udzielił podczas Backstage Secrets a który przetłumaczyła LIV, która wydaje się wyrastać na specjalistkę od osoby Linde 🙂 (Ciebie chyba tak nie denerwują wypowiedzi Linde jak mnie i Mel gadanie Valo? 😀 )


linde_970x268-ce743fec12287ccabd6021b8ba056b10296

W niedzielę 11 sierpnia [2016] Backstage Secrets powitało Mikko ‚Linde’ Lindstroma (H.I.M. & Daniel Lioneye) i jego technicznego [od gitary] Kimmo Aroluoma w St.Petersburgu na niesamowitych 4 godz. gitarowych lekcji mistrzów. Pojawili się chętni fani z całego świata, a pozostali mogli oglądać całe wydarzenie w domu dzięki transmisji na żywo. Podczas zajęć mistrzów, Linde i Kimmo odkryli szeroki zakres tematów związanych z gitarą Linde’go i ujawnili wiele tajemnic, które pozwoliły [Linde] osiągnąć niesamowite i niepowtarzalne brzmienie gitary. Podczas całej sesji Linde grał równocześnie z podkładami do piosenek HIM i Daniel Lioneye (włączając w to nowo wydany album Vol. III) oraz odpowiadał na różne pytania od publiczności, zarówno w St. Petersburgu, jak i ludzi oglądających całe wydarzenie przez Internet.

Adam Jessop z ekipy Backstage Secrets miał przyjemność przeprowadzić wywiad z Linde po wydarzeniu, dowiedzieć się co Linde myśli na temat prezentacji podczas zajęć mistrzów i współpracy z Backstage Secrets. Miał on także możliwość zadania kilka dodatkowych pytań o jego gitarę, ostatnio wydany album Daniel Lioneye (i obecnej trasie po Europie) oraz życiu poza zespołem.

imgp1602

Backstage Secrets: Cześć Linde! Jak się czujesz?

Linde: Dobrze! Właśnie skończyliśmy zajęcia mistrzów, które poszły nieźle.

BS: To wspaniale! Zatem właśnie skończyłeś swoją lekcję mistrzów z Backstage Secrets. Jakie to uczucie zrobić coś takiego?

Linde: Oh, to było super. Byłem zaskoczony jak szybko to minęło. To były 4h, a czuję jakby to trwało chwilę!

BS: Tak, mam tak samo, oglądałem je i minęły mi dość szybko. Więc czujesz, że to dość duży krok w twojej karierze? Nie tylko grać na gitarze, ale nagle prowadzić zajęcia z tego, lekcje i temu podobne rzeczy. Jakie to uczucie?

Linde: Szczerze mówiąc to dość dziwne! Wiesz, ja dający lekcje gry na gitarze, ale dzięki Bogu mam ze sobą mojego technicznego [od gitary], który w większości mówi!

BS: Zatem w jaki sposób dostałeś się na pokład programu Backstage Secrets? Jakie były do tego przygotowania?

Linde: Tim Palmer zaproponował, abym został rezydentem Backstage Secrets. Więc spotkałem się z Konstantin’em w Helsinkach i to wszystko od tego się zaczęło. Zrobiliśmy jedne zajęcia mistrzów w Finnvox z Brian’em Virtue a potem zrobiliśmy także małą sesję w sklepie Kimmo w Helsinkach. A teraz jest trzecia. Więc to nie jest tak, że robię to od zawsze, ale nadal – jest to dość świeże.

BS: Więc jakie to uczucie, właściwie odsłaniać swoje gitarowe sekrety przed publicznością? Jesteś szczęśliwy kiedy ludzie mogą być bliżej twojego brzmienia? A może czujesz się jak czarodziej, który właśnie odkrywa swój sekret?

Linde: Nie, myślę że wiedza jest po to, aby się nią dzielić a nie po to aby była ukryta. W każdym bądź razie, nie chcesz kopiować nikogo w żaden sposób. Więc informacje mogą być przekazane. Nie będziesz w stanie brzmieć jak ja, albo ktokolwiek inny, nawet jeśli będziesz próbował. Tu nie chodzi o sprzęt, dźwięk jest po prostu w twoich palcach.

BS: Tak, to najważniejsza rzecz jaką właściwie wyniosłem z zajęć, zanim jakiekolwiek pedały i wzmacniacze są włączone, to zawsze kwestia twoich placów, od samego początku. Okay, w takim razie mam kilka pytań o twoją gitarę. Dużo mówiono podczas zajęć mistrzów, ale nadal nad kilkoma sprawami chciałbym podyskutować. Jak często zmieniasz gitary? Przez lata odszedłeś od Marshall’a do Laney’a, a teraz do 5150. Co wpływa na te zmiany?

Linde: Zgadza się, wybrałem 5150, dla dłuższego utrzymania [dźwięku] i większego uderzenia, i myślę że moja przekładnia [bieg] i sprzęt zmieniają się w zasadzie z każdą trasą. Po każdym albumie, kiedy wracasz do sali prób i próbujesz uzyskać taki dźwięk jak na żywo, musisz myśleć o tym “co powinno być zmienione” i tak dalej.

imgp1666

BS: Robisz to sam? Czy Kimmo to robi? Znajduje dla ciebie pedały i je testuje? Czy sam znajdujesz sprzęt i myślisz sobie „Ooh, lubię to! Spróbujmy i dopasujmy to gdzieś”.

Linde: Ostatnio kiedy poszedłem do jego [Kimmo] sklepu wziąłem około 40 pieprzonych pedałów i przyniosłem do studia, tylko po to, aby je wypróbować. Możemy mieć pomysł jakiego dźwięku szukamy, więc rozmawiamy z Kimmo, który wymyśla jak osiągnąć i wyprodukować taki dźwięk.

BS: Więc właściwie jak bardzo słuchasz Kimmo? Czy zawsze podążasz za jego radami jeśli chodzi o takie rzeczy jak wzmocnienie na scenie i kolejność efektów? Czy czasem mówisz „Nie, mam zamiar zrobić to po swojemu, wolę tak”

Linde: Czasem tak, ale zazwyczaj najlepiej jest posłuchać jego. Jest bardziej zaawansowany niż ja!

BS: Słyszałeś kiedykolwiek wcześniej termin GAS? ‚Guitar Acquisition Syndrome'[‘Syndrom Nabycia Gitary’] – To syndrom, w którym gitarzyści są jak „Ooo musze to mieć, chcę tego, potrzebuję tamtego” Masz coś takiego?

Linde: Tak, łatwo w to wpaść. Podczas nagrywania w domu, masz swoje małe studio i kończysz na testowaniu miliona wtyczek, nie koncentrując się na muzyce. Łatwo się zatracić w całym sprzęcie i tym gównie, tak.

BS: Yeah zdecy30dowanie, zawsze musisz mieć niewielką zabawę z tym co masz. Pamiętam jak powiedziałeś podczas zajęć o zniekształceniu dźwięku a la ‚Mickey Mouse’ [fuzz – zniekształcenie dźwięku bzyczące lub charczące] i temu podobnych rzeczach. Musisz z nimi grać. Okay, porozmawiajmy o Daniel Lioneye. Dominującą opinią jest, że Vol III jest twoją najbardziej wytrawną pracą do tej pory – zgadzasz się z tym?

Linde: Cóż, uważam, że jest zdecydowanie najlepsza z naszych 3 albumów i myślę, że wreszcie znaleźliśmy “ten” dźwięk.

BS: W porównaniu do starszych albumów, czy w najlepszych piosenkach nadal siedzi coś z nich?

Linde:  Yeah, z pierwszego albumu nadal kocham King of Rock and Roll, a International Pussy Lover jest ciągle moim ulubionym. Z Volume 2 The mentat, ciągle gramy to na żywo.

BS: Tak, zauważyłem że grasz to na żywo, to miłe. Planujesz grać też inne klasyki?

Linde: Myśleliśmy o kilku piosenkach z Volume 2, ale … uh… Nie pamiętam ich pieprzonych tytułów …. uh…. cholera …. [ha ha rozwalił mnie tym totalnie – liv]

BS: Kiss of the Cannibal? I Saw Myself?

Linde: Tak! Kiss of the Cannibal był jednym z tych [utworów], ale zdałem sobie sprawę z tego, ze riff jest dość podobny do tego z Aetherside, więc musiałem odpuścić.

BS: Na nowym albumie, twój sławny ‚wah’ dźwięk prawie nie istnieje. Jaki powód się za tym kryje? Czy chciałeś zrobić coś innego, a może czułeś, że to tutaj nie pasuje?

Linde:  Wygladało to tak, że zrobiłem demo wszystkich piosenek. Taki ich prototyp, z zaprogramowaną perkusją, nagrałem solówki i tak bardzo mi się one spodobały, że nie chciałem nagrywać ich ponownie. Zostały nagrane bez pedała ‘wah’. Więc utknąłem z demówkami. To często mi się zdarza z solówkami, pierwsza wersja jest zawsze najlepsza, a kiedy zaczynam ją dopieszczać [polerować] zamienia się w gówno!

BS: Yeah,to coś w stylu utraty pierwotnej ‘esencji’ i pasji po pierwszej wersji. Okay, obecnie masz trasę koncertową. Jakie to uczucie grać przed niewielkim tłumem w zestawieniu do wielkich festiwali i scen. Czy jest bardziej intymnie czy przerażająco?

Linde:  Powiedziałbym, że mniejsze sceny i mniejsza publiczność są bardziej przerażające niż te wielkie imprezy na 20 000 ludzi, gdzie nie czujesz się realnie. Także publiczność jest dużo dalej i nikt nie jest z tobą twarzą w twarz, a kiedy grasz w małym klubie każdy jest przed twoja twarzą. To jest bardzo osobiste. (Kocham koncerty w małych klubach! Będę to powtarzać aż do śmierci ehehe – C.N.)

2

BS: Miałeś ostatnio zbyt natrętnych fanów na swoich koncertach?

Linde: Cóż, oczywiście zawsze zdarzają się zbyt natrętni fani, ale wiesz … ludzie wiedzą jak się zachowywać!

BS: Czy jest coś co zabierasz ze swojego projektu Daniel Lioneye z powrotem do HIM? Zabierasz to „cięższe” metalowe podejście z powrotem?

Linde: Cóż … nie wiem jaki będzie przyszły dźwięk HIM. Zawsze kiedy masz przerwę i robisz w niej coś innego, to to wpływa na rzeczy związane z HIM. Pośrednio albo nawet jeśli o tym nie myślisz, to to się dzieje.

BS: Okay, teraz kilka pytań o twoje życie poza zespołem, na przykład w domu. Jak ćwiczysz w domu? Grasz piosenki czy po prostu ćwiczysz technikę?

Linde: Gram swoje rzeczy. Gram na gitarze akustycznej ze względu na struny, które są dużo cieńsze, o wyższym brzmieniu, na których ciężej grać. Kiedy ćwiczę w ten sposób, potem jest dużo łatwiej grać na gitarze elektrycznej, więc uważam to za całkiem użyteczne.

BS: Okay, a w domu, jak dużo eksperymentujesz? Tylko zmieniając pedały i ustawienia, w tym siedzisz?

Linde: Tak, oczywiście. Daję się ponieść emocjom. I to jest świetna zabawa!

BS: Tak z pewnością! Jak dużo czasu spędzasz serfując po sieci w poszukiwaniu osprzętu do gitary? Przeglądasz recenzje, fora, filmiki na YT?

Linde: Oglądam moje ulubione SYL na YT, albo moje ulubione występy Iggy’ego. Czasem chodzę do Gearslutz lub czegoś w podobnego kiedy szukam konkretnych informacji o niektórych pedałach czy dynksach. I to jest wspaniałe, bo wszystko jest dzisiaj w Internecie. Jeśli chcesz czegoś się dowiedzieć, możesz to bardzo szybko znaleźć.

BS: Tak Internet jest do tego dobry. Mówiąc o YT, widziałeś covery twoich kawałków? Lubisz słuchać kiedy ludzie biorą je na warsztat czy wolisz nie słuchać kiedy twoje utwory są brutalnie mordowane?

Linde: Nie, wcale! Sądzę, że to wspaniałe kiedy ludzie robią covery. Zawsze jest zabawnie je oglądać. Nigdy nie byłem typem „jak on śmiał zniszczyć moją piosenkę”, to wcale nie jest tak.

imgp1729

BS: Tak, czasem znajdujesz ludzi, którzy mają swój sposób na nie [piosenki]. Nie chodzi o to jak grasz, albo jak można je zinterpretować jako „źle zagrane”, ale jej inna ‘wersja’ musi być miła do słuchania.

Linde: To nie o to chodzi. Kiedy ktoś robi cover mojej piosenki, doceniam to.

BS: Okay, ostatnie pytanie … dready … jaka będzie ich przyszłość?

Linde: Haha! Cóż, tak, nadal rosną. Są już całkiem spore!

BS: Yeah, pamiętam, że zrobiłeś je w okolicach [albumu] Deep Shadows, a potem 7 czy 8 lat temu obciąłeś je.

Linde: Zgadza się, były zbyt długie, za ciężkie i pewnego dnia wkurzyłem się, wziąłem nóż i je uciąłem.

BS: A o co chodzi z tym związywaniem ich z tyłu teraz? Czy dni kiedy dyndały ci przed oczami już minęły?

Linde: Cóż, tak wygląda fajniej …ale to jest wkurzające mieć je przed oczami.

BS: Mogę sobie to wyobrazić podczas grania. Miałeś jakieś wypadki grając na żywo? Na przykład, gdy utknęły między strunami?

Linde: Tak, to często się zdarzało. To kolejny powód dla którego są teraz upięte haha.

BS: Okay, to była niesamowita przyjemność porozmawiać z tobą Linde. Dzięki za prowadzenie zajęć mistrzów razem z nami na Backstage Secrets, mam nadzieję na dalszą współpracę w przyszłości.

Linde: Tak, dzięki Adam. Wszystkiego najlepszego!

BS: Wszystkiego najlepszego. Dzięki Linde!

imgp1755

A my dziękujemy Liv za przetłumaczenie wywiadu 🙂

Źródło: Backstage Secrets

Tłumaczenie: Liv

A może są tu jacyś gitarzyści/gitarzystki???

lghr18125professional-air-guitarist-homer-simpson-poster

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

Ville Valo mówi o początkach, załamaniach i byciu symbolem seksu cz.3

Dzień dobry,

Dzisiaj publikuję ostatnią część naszego długiego wywiadu i na razie kończymy z filozofowaniem Ville. Tymczasem wiemy już, że w końcu opuścił Londyn i jest już w Finlandii, gdzie wiele osób złapało go na koncercie Daniela Lioneye w Turku 🙂 Posypały się fotki z wszystkimi panami:

lol14225447_10154398386651718_7224910327225453102_n

pol14232995_10154399475656718_3568658486592971134_n

bez-tytulu

A dzisiaj Linde jest już w Rosji na Guitar Master Class, oto zdjęcia z Backstage’u:

14212762_1763696567181542_3324422999669152599_n

14322373_1763696563848209_1589875479156629294_n


Porozmawiajmy o austin-osman-spareczymś mniej mrocznym. Kto jest twoim ulubionym artystą?

Jestem fanem sztuki, ale jestem takim typem człowieka, który wolałby posiadać raczej pędzel Picassa niż jego obraz. Zawsze uważałem proces i pomysł za bardziej interesujący niż samo dzieło sztuki. Ostatnio strasznie zaintrygował mnie Austin Osman Spare, będący kimś więcej niż zwykłym artystą – również magikiem i wolnomyślicielem. Czasy,  w których żył, przemiany w XX wieku – były bardzo interesujące, co ma wiele wspólnego z aktualną sztuką – jak, gdzie, kiedy i dlaczego dzieło zostało stworzone?  Caravaggio albo ktokolwiek inny – ich prace są wspaniałe pod względem technicznym, ale nie przemawiają do mnie, ponieważ nie rozumiem życia, kiedy to się wszystko działo.

 

Co z filmami? Postrzegasz je w ten sam sposób?

Uwielbiam ludzi, którzy przemycają swoją własną osobowość do filmów. Mam fazy.  Zawsze mam. Miewam obsesję na punkcie jednej rzeczy przez jakiś czas. Raz kocham prace Hitchcocka, raz Luisa Bunuela. Mayę Deren także – była reżyserką surrealistką, szaloną osobą w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Przez większość czasu chodzi bardziej o charakter danego człowieka. Byłem kiedyś uzależniony od biografii gwiazd rock’n’rolla. Czytałem o artystach, których nawet nie lubiłem za bardzo. Zawsze byłem zainteresowany, jak dotarli do miejsca, w którym się znajdowali. Może miałem być antropologiem. Nie wiem, wszystko jest interesujące.

Czy byłeś kiedyś kuszony propozycją, aby zaangażować się jako aktor?

Miałem takie oferty w przeszłości. Nic specjalnie dużego, nic specjalnie interesującego. Ale nie jestem aktorem. Zawsze czułem, że musimy sprzedać 80 milionów płyt więcej zanim stanę się aktorem, malarzem, śpiewakiem operowym czy osobowością telewizyjną. Myślę, że potrzeba określonej dawki nudy, aby chcieć podążyć tą ścieżką.

539„To be, or not to be- that is the question”

Jakich trzech ludzi – żyjących lub nie – zaprosiłbyś na kolację?

Ku*wa… to trudne pytanie. Jezus Chrystus byłby oczywiście jedną z nich. Albo ktoś taki, jak Edgar Allan Poe, HP Lovecraft, Austin Osman Spare. Ale w sumie, nie wybrałbyś ludzi z podobnych miejsc, potrzebujesz ludzi, którzy prowadziliby kłótnię. Kaczor Donald, Mussolini i Anton LaVey. Właściwie, jeśli mam być z tobą szczery, to prawdopodobnie zaprosiłbym moich kolegów. Mógłbym być lokajem, starającym się dowiedzieć, o czym oni w ogóle rozmawiają.

Wspomniałeś, że wiele gwiazd rocka jest w gruncie rzeczy niepewnych tego, co robi. Jak to wygląda u ciebie?

To przychodzi fazami. Dobre w naszym zespole jest to, że może jesteśmy pretensjonalni i zbyt ekstrawaganccy jeśli chodzi o muzykę, ale nie mamy swojego alter-ego, jeśli chodzi o nas, jako o ludzi – jesteśmy tym, kim jesteśmy, a to co widzisz jest tym, co dostajesz – na dobre i na złe. To znacznie ułatwia sprawy – jeśli ludzie cię nie lubią, mogą się odpier*olić. To najłatwiejsze podejście. Ponieważ oszczędzi ci wiele zastanawiania się. To pozwala twojemu małemu dyskowi twardemu, twojemu mózgowi, skoncentrować się na tym, co najważniejsze – co w naszym przypadku oznacza kradzież riffów i składanie kawałków w innej kolejności oraz zarzekanie się, że jest to naszą własną pracą.

Czy istnieje jakaś część ciebie, która myśli: “Zrobiłem wszystko co miałem do zrobienia. Mogę już to sobie wybić z głowy”?

Nie. Są czasem takie chwile, kiedy jestem znudzony albo kiedy odpycha mnie na widok gitary akustycznej. Po długiej trasie koncertowej albo po nagraniu albumu odczuwasz coś w rodzaju muzycznej blokady. Myślisz „Po co ja to właściwie robię? To koniec, skończyłem z tym.” Ale wtedy pojawiają się rozmowy, których nie mogę przeprowadzić werbalnie – lecz muzycznie. To tylko ta jedna melodia, tylko ten jeden moment… To komunikacja bez słów, komunikacja z samym sobą, rodzaj medytacji. Gdzieś wewnątrz znajdujesz nuty, które zabierają cię do wewnątrz twojego umysłu, miejsca, gdzie dotąd nie byłeś; zdarzają się też nuty, które przenoszą cię do twojego dzieciństwa, do jesieni albo gdzieś, gdzie nigdy przedtem nie byłeś. To sprawia, że muzyka jest naprawdę interesująca. Dla mnie jest miejscem, w którym mogę się ukryć, drogą ucieczki. To znacznie lepsze niż wódka i narkotyki.

350

Czy jeśli zdarza ci się słuchać twoich starych nagrań, myślisz sobie „kim jest ten koleś”?

Och, tak. Nie spędzam czasu słuchając naszych starych albumów, ale kiedy zaczynaliśmy tworzyć ostatnią płytę, zerknąłem wstecz, aby sprawdzić, co zrobiliśmy. W chwili, kiedy jesteś bardzo zaangażowany w to, co robisz, myślisz, że na nowo wynalazłeś koło, a potem wracasz do poprzednich rzeczy i słuchasz piosenki, a tu okazuje się: „Oh, ku*wa, to dokładnie ten sam riff, jaki napisałem w ’99 roku”. To zdarza się cały czas. Istnieje mnóstwo rzeczy, których bym teraz nie zrobił, ale z drugiej strony rozumiem, że zrobiliśmy wtedy wszystko z jakiegoś powodu. Tak czuliśmy się w tamtym momencie i myślę, że uczciwość jest ważną rzeczą, kiedy do tego [tworzenia] dochodzi.

 

Jak bardzo jesteś dumny z dziedzictwa HIM?

Cóż, jestem dumny z przyjaźni z tymi chłopakami, którzy wspierali mnie przez wiele strasznych i przerażających oraz cudownych lat. To mój osobisty sposób myślenia o dziedzictwie. Wieść życie ze swoimi najlepszymi kumplami, podróżować z nimi dookoła całego świata, doświadczając tych wszystkich cudownych i przerażających rzeczy, spotykać wspaniałych ludzi, zawierać nowe przyjaźnie w dalekich krajach – to prawdziwa rzadkość. Na pewno nie mam daru do zostania już nikim innym. To uszkodzenie mózgu, które sam sobie zrobiłem.

359

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

Ville Valo mówi o początkach, załamaniach i byciu symbolem seksu cz.2

Cześć,

Dzisiaj kontynuujemy jak do tej pory najdłuższy wywiad pana Valo.  Po tym czasie spędzonym nad nim, oficjalnie stwierdzam, że na jakiś czas mam go już po prostu dość 😀

52songs52weeksday1

Jeśli jednak chcecie się dowiedzieć co to są „mgliste kiełbaski” i dlaczego Valo nie poszedł do szpitala, kiedy tego potrzebował przeczytajcie kolejną część:


Gdzie byłeś, kiedy zadzwonił telefon?

Siedziałem w wannie. To było przed erą telefonów komórkowych, zadzwonił mój telefon domowy. Ociekając wodą, pobiegłem odebrać. Po drugiej stronie jakiś gość mówił do mnie, że „jest tym a tym  z BMG Finland”. Myślałem, że to któryś z moich przyjaciół stroi sobie ze mnie żarty i o mały włos się nie rozłączyłem. Mój rozmówca udowodnił jednak, że mówi prawdę. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Nie wiedziałem czego się spodziewać, więc zrobiłem się na lata 70. Wyglądałem jak Jim Morrison na kwasie – wielki futrzany płaszcz, super szerokie dzwony, super platformy, do tego paliłem i prawdopodobnie miałem piwo w ręce.

Jednak się udało…

Ostatecznie tak. To zabawne – wiele z tych rzeczy, które ludzie utożsamiają z życiem rock’n’rollowca, jest opartych na niepewności. Ukrywasz się za ostentacyjnością. Marc Bolan podobno też był niepewny, kiedy zaczynał. Cały ten przerost – to tylko narzędzia, staranie się o akceptację.

Byłeś tym, który prowadził HIM w tamtym momencie?

Zawsze byłem tym bardziej poważnym gościem, który gonił resztę biczem. Jeśli posmakowałeś czegoś, czego zawsze pragnąłeś, aby się spełniło, to nie ma powodu, aby na to napluć. Niektórzy ludzie się boją… „[niezdecydowany głos] ach, cóż, może chcę spróbować czegoś innego…” Ale ja miałem nastawienie typu „zobaczmy, jak daleko możemy z tym zajść”. Ukazało się nasze EP – chyba w nakładzie 500 albo 1 000 sztuk. Wszyscy zmusiliśmy naszych rodziców i krewnych do kupienia po egzemplarzu. Sam wydałem pieniądze na kilka kopii. Wtedy zaczęli grać „Wicked Game” w radio i zawarliśmy kilka przyjaźni [dalsza część zdania powtarzała jego początek, co kompletnie nie miało sensu, więc wyrzucone – Mel.]

Pracowałeś wtedy jeszcze w sex shopie ojca?

Z przerwami. Nigdy nie byłem tam zatrudniony na cały etat – pomagałem na pół etatu. Moi rodzice byli bardzo pomocni. Tata płacił czynsz, kiedy się wyprowadziłem. Wierzyli we mnie. „Dajmy mu spróbować. Zobaczmy co się stanie.”

Czy zawsze wyobrażałeś sobie, że będziesz sławny?

Nie sądzę, aby chodziło o sławę. Muzyka zawsze dawała mi poczucie bezpieczeństwa. Jak Iron Maiden – to świat, do którego wchodzisz i zamykasz za sobą drzwi, twoja własna przestrzeń w głowie – twoje własne miejsce, gdzie możesz się schować przed całym światem. Zawsze tak to postrzegałem. Byłem wielkim fanem Steve’a Harrisa. Uwielbiałem fakt, że potrafił grać tak szybko na gitarze, że nie można było dostrzec jego palców. „Mgliste kiełbaski”, mieliśmy w zwyczaju mówić.

318

Poznałeś kiedyś Steve’a Harrisa?

Nie, nie poznałem.

Jeśli kiedyś go spotkasz, powiesz mu o „mglistych kiełbaskach”?

Tak, oczywiście. Nie nabijamy się z niego. To oddanie hołdu. Właściwie to byłaby dobra nazwa dla tribute bandu. Mgliste Kiełbaski Steve’a Harrisa. 😀

Na początku towarzyszyła zespołowi aura okultyzmu. Braliście to na poważnie czy chodziło tylko o fajny image?

Nie, to nie była kwestia image’u. Kiedy jesteś mody, zadajesz sobie te egzystencjalne pytania i zaczynasz czytać filozofię, rzeczy związane z religią. Widzisz swoich przyjaciół, którzy zwracają się w stronę chrześcijaństwa albo w stronę przeciwną, albo w jakąkolwiek inną stronę.  Chodziło raczej o fascynację – znajdować te wszystkie rzadkie książki w bibliotekach. Zawsze staraliśmy się uhonorować mistrzów tym, co robimy, a jednocześnie sami traktowaliśmy to jako żart.

W latach 90. Skandynawia była domem satanistycznej muzyki.

Tak, w tamtym czasie, kiedy nazywaliśmy się His Infernal Majesty [Jego Piekielną Wysokością], strasznie nam się obrywało od zespołów black metalowych, które pytały: „Co wy do cholery robicie? Gracie ten mierny hard rock i używacie naszego wizerunku!”

Mieliście kiedyś jakieś fizyczne kłopoty od fanów innych zespołów metalowych?

Graliśmy w jednym miejscu pośrodku Finlandii. Połowa widowni była goth-black-metalowa i to ta połowa nas wygwizdała. Drugą połowę stanowili Świadkowie Jehowy trzymający Biblię i modlący się. Zachodziliśmy w głowę, o co do cholery chodzi?  Tłum był ogromny! Przyjęliśmy więc postawę “pewnie, weźmiemy wasze pieniądze, a wy róbcie cokolwiek chcecie.”

Czuliście się w tamtym momencie, jak dziwne dzieciaki, które nigdzie nie pasują?

Przez chwilę, owszem. Nie wiązało się to z niebezpieczeństwem, ale z… ryzykiem. Byliśmy jednak szczęśliwi z bycia dziwnymi dzieciakami. Miło było być outsideremi. W pewnym sensie nadal nimi jesteśmy. Cały gatunek muzyki nazywany Love Metal to jeden wielki uniesiony palec do wszystkich gatunków muzycznych i w ogóle. Tak naprawdę nie ma to znaczenia. Gramy muzykę, którą chcemy i rzeczy, które płyną z naszych serc. To się nie zmieniło. To zabawne, że ludzie wciąż wychodzą ze skóry, by upchać nas i to, czym jesteśmy, w jakąś szufladkę. Myślę, że dobrze jest, jak jest.

Nie upłynęło wiele czasu, a HIM został zauważony poza granicami Finlandii. Jakie to uczucie, znajdować się pośrodku tego szaleństwa?

To jak przejażdżka kolejką górską. Pierwszy album promowaliśmy srylionem koncertów w Finlandii – myślę, że zagraliśmy też jeden w Szwecji czy coś. Potem po raz pierwszy pojechaliśmy do Niemiec. Graliśmy przed może 200 albo 300 ludźmi, szło nam naprawdę nieźle. Wtedy poznaliśmy Johna Fryera, producenta –po raz pierwszy rozmawiałem z Anglikiem, będąc jednocześnie w wielkim budynku BMG na spotkaniu z prawdziwego zdarzenia. Zastanawiałem się, co to do cholery jest? I wtedy John w pewien sposób utorował nam drogę – pojechaliśmy nagrać „Razorblade Romance” do Rockfield w Walii. Później puściły wszystkie hamulce. Wypuściliśmy w Niemczech piosenkę „Join Me In Death”, która stała się numerem jeden, co było szalone z takim tytułem, a album „Razorblade Romance” utrzymywał się na 1. miejscu na początku 2000 roku. I nagle znaleźliśmy się w limuzynach i byli gośćmi w wielkich talk show. Często występowaliśmy w telewizji, często w programach dla dzieciaków.

7209db5f-ab1b-4ca1-881d-4494a0bd4706

Sprawiało wam to radość?

Śmialiśmy się z tego. Nigdy nie mieliśmy pieniędzy ani możliwości do podróżowania, więc chłonęliśmy tę masę informacji.

Opowiedz mi o HER. Jak to było zmienić płeć?

[Śmiech] Ach, ta sprawa z HER. Istniało amerykańskie HIM – artystyczna bździna jakiegoś kolesia z Chicago. Zarzekał się, że to „jego tożsamość i to dla niego bardzo ważne.” Aż tu nagle [na niby potrząsa torbą pieniędzy] – „brzdęk, brzdęk, brzdęk” i wtedy powiedział „okay, możecie użyć tej nazwy.”

Jak dużo musieliście zapłacić?

Nie pamiętam. Myślę, że to było coś koło tysiąca dolarów. To była dla nas bardzo duża suma, ale takie rzeczy stanowią część rock’n’rollowej mitologii – jest mnóstwo takich historii. Musisz się z tego śmiać. Nawet Nirvana miała podobny problem. Zawsze czułem, że kroczymy ścieżką dla potworów. Daleko w tyle, oczywiście.

297Czy „Razorblade Romace” była tym punktem, w którym zdaliście sobie sprawę, że świat może otworzyć się na HIM?

Żaden zespół rockowy nie chciałby być tylko sławny w Niemczech. Oczywiście, posmakowaliśmy odrobiny sukcesu, chcieliśmy jednak rozszerzyć nasze terytorium, jak psy obsikujące okolicę. Nagraliśmy zatem album „Deep Shadows And Brilliant Highlights”, który wypadł dobrze. To umożliwiło nam koncertowanie po raz pierwszy w południowych częściach Europy. BMG w Wielkiej Brytanii w ogóle miało nas gdzieś, więc zaoszczędziliśmy wszystkie nasze pieniądze, a następnie wydaliśmy je na autobus i trasę po pubach w Anglii. Zagraliśmy może 15 koncertów i na każdym z nich było jakieś 20 osób. (Ehh być na takim koncercie teraz <3- C.N. Nooo *.* – Mel)

Jakie to było uczucie?

To było ekscytujące. Być w Birmingham po raz pierwszy – Sabbath, Priest… Stąpać po ziemi, po której chodziły legendy. To mógł być ten pisuar, do którego odlał się Ozzy w ’68 – coś w tym stylu.

Pamiętasz pierwszy koncert w Anglii?

To było tak dawno temu. Jestem całkiem pewien, że nie odbył się w Londynie. Graliśmy w miejscach takich jak Bradford czy Leeds. Zagraliśmy też podczas gotyckiej nocy w jednym z klubów. Wszyscy nas nienawidzili. Graliśmy 20 minut i potem się stamtąd wynieśliśmy. Ewan McGregor był wtedy w hotelu, to pamiętam.

Jakie były twoje pierwsze wrażenia z pobytu w Ameryce?

Nie miałem żadnych oczekiwań. Byliśmy tam na jednej wycieczce w 2000 roku. Poznaliśmy Bama Margerę z Jackass, który zaprosił nas do siebie i poprosił, żebyśmy zagrali na przyjęciu w Filadelfii. Graliśmy 30 minut. Niektórzy nas pokochali, inni znienawidzili. Wróciliśmy na jakieś dwa tygodnie przed tym, jak zawaliły się dwie wieże WTC. Na zdjęciu z vana możecie zobaczyć je jako moje rogi. Jest naprawdę przerażające.

Czy byłeś kiedykolwiek zmartwiony faktem, że wasza nazwa budzi skojarzenia z satanizmem?

Nie za bardzo. Kiedy nas poznasz, zrozumiesz, że nie jesteśmy całkowicie źli. Tylko trochę źli.

Jak poradziłeś sobie z pierwszym smakiem sukcesu?

Czy sprawił, że oszaleliśmy? Myślę, że byliśmy trochę szaleni już przedtem, a na sukces pracowaliśmy krok po kroku, kraj za krajem. Sądzę, że mieliśmy szczęście, że nie osiągnęliśmy globalnego sukcesu w ciągu nocy, bo to zepsułoby umysł każdego.

Wasze pierwsze albumy zawierały twoje zdjęcie na albumie. Czy fakt, że wydajesz się być twarzą zespołu nie powoduje żadnych starć z pozostałymi?

Prawdopodobnie powinieneś o to zapytać ich. Na etapie pierwszego albumu mieliśmy pomysł na artystyczne zdjęcie i to zadziałało. Na „Razorblade Romance” zdjęcie było ikoniczne i zabawne, jakby Michael Jackson spotkał Marca Bolana. A ponieważ to znowu zadziałało bardzo dobrze, popłynęliśmy z prądem po raz trzeci.

Znienawidzisz to pytanie. Jak się czujesz jako symbol seksu?

Jeśli mam być szczery, nie wiem czym jest symbol seksu. Komplementy są miłe, ale zawsze bardziej lubiłem te dotyczące muzyki. Jestem nerdem. Lubię mówić o muzyce (Eeee serio? Nikt jeszcze nie zauważył 😛 C.N.)

316

Love Metal” był olbrzymim krokiem naprzód dla zespołu, zwłaszcza w UK. Jak czuliście w centrum tych wydarzeń?

Moim zdaniem wraz z „Love Metal” znaleźliśmy tożsamość zespołu. Koncertowaliśmy tak dużo i zaczęliśmy pracować nad materiałem, który był bardziej w stylu Black Sabbath, poczuliśmy także, że Heartagram stał się czymś więcej niż tylko moją twarzą, czy twarzą kogokolwiek. Chcieliśmy rozpowszechnić ten symbol jak świat długi i szeroki. Dlatego poszliśmy w tę stronę na „Love Metal”. Pod względem muzycznym zawiera te same elementy. Dla mnie był to moment przełomowy – „tym jesteśmy, to chcemy robić”. Stworzyliśmy jedność i siłę wewnątrz zespołu, ponieważ wszyscy podążaliśmy w tym samym kierunku. Trasy koncertowe przebiegały naprawdę dobrze, Brytyjczycy poświęcali nam coraz więcej uwagi, różne rzeczy zaczynały dziać się w Ameryce.

Z następnym albumem „Dark Light” staliście się pierwszym fińskim zespołem, który otrzymał Złoto w Ameryce (czyli duży nakład sprzedaży płyt – przyp. C.N.) Musicie być bardzo dumni z tego osiągnięcia.

To była jedyna złota płyta, której nie dałem moim rodzicom. Ale to jedna z tych sytuacji – kiedy wszystko idzie dobrze, jesteś super zajęty przez cały czas i nie masz czasu, aby docenić owocu swojej pracy. Nie możesz przestać, ponieważ wszystko idzie tak dobrze – więcej koncertów, więcej piosenek. Tak to było przez wiele lat. I to prawdopodobnie wyczerpało mnie kilka lat później.

„Venus Doom” jest zupełnie innym albumem. Wydaje się, jakbyście sami rzucili sobie nim pewne wyzwanie.

Zawsze musisz sobie rzucać wyzwania. Nie ma sensu tkwić w rutynie. Powróciłem do swoich korzeni – My Dying Bride, old schoolowej Anathemy, starszego Paradise Lost. Chcieliśmy zrobić super ciężki, super wolny, popie*rzony album. To był rodzaj zniekształconego płaczu o pomoc, na wszystkich poziomach. Mądry nastrój, byłem wtedy w dość  mrocznym miejscu, masa imprez, trudny związek…

348

Jak mroczne się zrobiło?

Zrobiło się wręcz krwawo. Piłem tonami i nie byłem w stanie w ogóle spać. Wymiotowałem krwią i srałem krwią, nie jadłem tygodniami i żyłem tylko piwem. To był trudny okres. Finowie nazywają to „samouzdrawianiem się”. Wpierw udajesz się na imprezę i to pomaga na początku, aż zaczynasz leczyć kaca alkoholem, pijesz sześciopak piwa, żeby być na normalnym poziomie, a potem jeszcze kilka kielichów Jacka Danielsa i już jesteś na szczycie. I wtedy wszystko zaczyna się od początku. Kilka-kilkanaście miesięcy takiego życia i jesteś wyczerpany.

Jaki był najniższy punkt w tym okresie?

Cóż, pierwsze załamanie nerwowe, jakie miałem. Nagrywaliśmy właśnie „Venus Doom”. Obudziłem się, nie wiedząc gdzie jestem, z wielką sową północną na moim parapecie, pohukującą na mnie. Zachodziłem w głowę „co się ku*wa dzieje? To jest takie surrealistyczne – na moim parapecie siedzi sowa, gdzie ja jestem?” Nie myłem się przez wiele dni, byłem umorusany, zje*any oraz opuchnięty. To był pierwszy raz, kiedy zadzwoniłem do chłopaków i producenta i powiedziałem „nie mogę dzisiaj przyjechać do studio.” Nagle nie jesteś w stanie poradzić sobie z rzeczywistością. Wydaje się, jakby wszystko rozpadało się na kawałki, tracisz poczucie perspektywy, poczucie przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Nie wiem, jak to wyjaśnić. Każdy pewnie odczuwa to inaczej.

Jak więc przetrwałeś nagrywanie tego albumu?

Starałem się wyluzować, na ile tylko było to możliwe, jeść cokolwiek, aby tylko przetrwać dzień. Było trochę lepiej, kiedy polecieliśmy do LA, aby zmiksować materiał, ale kiedy wszystko zaczynało wychodzić dobrze, ja znowu sięgnąłem po butelkę. I wtedy wszystko się posypało, a ja powiedziałem menadżerowi, że nie umiem sobie z tym poradzić i potrzebuję pomocy. Poszedłem do lekarza, który zaraz wysłał mnie na pogotowie, na co ja odpowiedziałem, że „nie mogę, mam wywiad do zrobienia.” To zabawne, śmiałem się z tego, ale wszystko było w rozsypce. I wtedy Seppo, nasz menadżer, pomógł mi znaleźć miejsce w Malibu, gdzie mogłem zrobić sobie trochę wolnego. To naprawdę pomogło. Potem byłem trzeźwy przez jakieś cztery lata.

338Mogłeś liczyć w tym czasie na resztę zespołu?

Trudno rozmawiać o takich rzeczach [o nałogu]. Nie jesteśmy jak Amerykanie, którzy z łatwością się sobie zwierzają, dbają o siebie nawzajem i chodzą na sesje terapeutyczne. [Moi przyjaciele] zrobili coś bardzo skandynawskiego – dali mi czas dla siebie. I szanuję to wsparcie. Prawdopodobnie zamartwiali się i zastanawiali czy terapia zakończy się sukcesem, czy może wszystko zacznie się od początku, a mi znowu odwali. Pozostanie trzeźwym i nagranie albumu na trzeźwo stało się dla mnie sprawą honoru. Tak powstało „Screamworks”. Zupełnie inny punkt widzenia.

Golf jest typowym sportem dla gwiazd rocka na odwyku. Czy rozważałeś zabranie się za to? Spotkanie się z Alice Cooperem i tak dalej?

Niee, nie jestem typem sportowca. Klub AA wychodzi z założenia „mam chorobę, która nie może być uleczona, potrzebujesz siły wyższej”. Pamiętam to. Będąc na odwyku, musiałeś odmówić Modlitwę Spokoju: „Bóg napawa mnie spokojem, abym mógł uczynić bla bla bla…” Nie mogę użyć tych słów. Za każdym razem, gdy przychodziła moja kolej na zmówienie modlitwy, mówiłem: „Ozzy dał mi siłę i spokój, aby pójść naprzód…”

Widzisz siebie podążającego tą ścieżką ponownie?

Kiedy Gas miał problem z ręką, upiłem się po raz pierwszy od wieków. I było zabawnie, ale potem nastał bardzo ciężki rok. Jest dobrze czasem pogrążyć się w nocy, bo potem możesz docenić również tę drugą stronę. Nie możesz robić tego, co robimy i być urżniętym przez cały czas. Kiedy jesteś odrobinę młodszy możesz pozwolić sobie na trochę więcej, ale wtedy zaczynasz robić gó*niane koncerty, a to niesprawiedliwe w stosunku do ludzi, którzy płacą za bilet i podróżują tylko po to, aby cię zobaczyć, tak samo jak wobec reszty chłopaków z zespołu. W tym wszystkich chodzi o znalezienie równowagi. Jestem typem włącz-wyłącz. Jeśli piję, to piję dużo przez długi okres czasu. Ale jeśli nie piję, to nie piję wcale.

Koniec części drugiej…

Tłumaczenie: Catherine Noir
Korekta:Mel

Źródło:  TeamRock.com

14212160_10154391166526718_7669971151231058794_n

14203286_149992052115750_1118415323731902237_n

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!