„To świętowanie tego, co zrobiliśmy i tego, co ludzie zrobili dla nas aby to się mogło stać, muzyka natomiast jest soundtrackiem do tego wszystkiego.”

Dobry wieczór 🙂

Ja wspominałam w poprzednim poście, wywiad Ville Valo był w przygotowaniu. Jest zrobiony na szybko, więc proszę wybaczcie mi wszelkie błędy. Dla angielskojęzycznych fanów pozostaje przeczytać oryginał, lecz blog jest dla polskich fanów i tłumaczenie robimy, by także ci, którzy nie znają angielskiego, mogli wiedzieć co też tam w głowie pana Valo siedzi 🙂

A muszę przyznać, że czytając/tłumacząc ten wywiad – moje serce drgnęło… Ale ciii… Nie mówcie nikomu, bo jeszcze będzie, że jednak jestem uczuciowa 😛

 


„Nie było tej iskry. Zaczęliśmy pracować nad nowym materiałem. Moim uszom nie brzmiało to doskonale, brzmiało tak samo staro i znajomo, tak samo staro” – mówi po prostu Ville Valo – frontman HIM, o powodzie zakończenia kariery fińskiej grupy, po ćwierć wieku grania razem.

Jesteśmy na symbolicznym Synset Marquis rankiem tuż po tym, jak zespół zagrał pierwszy z dwóch wyprzedanych koncertów w Wiltern. Trasa, nazwana z typową dla HIM fantazją „Bang&Whimper” jest zdecydowanie bardziej Bang (uderzenie, huknięcie itp.) niż Whimper (chlipanie, skomlenie). Od momentu kiedy światła zgasły, a utwór otwierający „Buried Alive By Love” wprowadził tłum w istne szaleństwo.

Kiedy mówię Valo o kobiecie przy barze, która zbyt entuzjastycznie podeszła do koncertu i rzucała się po całej podłodze, uśmiecha się: „Nie wiedziałem, że ludzie jak ona nadal istnieją” – mówi śmiejąc się. Ale potem dodaje jeszcze właściwie „To jak jakiś rodzaj maszyny do podróży w czasie”

Przez 25 lat, legendy „Love Metalu”, jak zostali nazwali przez ich bardzo unikalne, melodyjne i romantyczne piosenki, oraz znakomite pop/metalowe hooks (?) i riffy, zbudowali ogromny kult wyznawców, z których wielu poprzysięgało na HIM, aż od samego początku. Więc fani się żegnają, a emocje oraz energia podczas tej pożegnalnej trasy bierze nawet sam zespół z zaskoczenia.

Amerykańska trasa kończy się wraz z jutrzejszą nocą, 7 listopada, w Nowym Jorku. Można sobie tylko wyobrażać furię tłumów, gdy rozlegną się słowa finałowej, ostatniej piosenki „When Love And Death Embrance”, która to jest najbliższa tej trasie, wypełniającą Hammerstein Ballroom.

W tym ekskluzywnym, jedynym na Ameryką Północna wywiadzie, Valo mówi o przyszłości, dlaczego był to czas by się pożegnać i jak wyczekuje „chodzenia po cienkim lodzie” jako artysta.

 

Ostatnie show w Wiltern było szaleństwem. Jak tylko zgasły światła ludzie się po prostu zatracili.

Yeah, nie wiem co się stało, to jak jakiś rodzaj maszyny do podróżowania w czasie. I to znów się wydarzy dzisiejszego wieczoru. Jest to dość rzadkie dla zespołu rockowego by do tego dojść , nazywam to budowaniem światów. Zespoły jak Zeppelin, Type O Negative, Sisters Of Mercy, AC/DC, zostajesz wessany w ich świat, który ma własne zasady, własną geografię i to jest ekscytujące. Więc jeśli nawet na najmniejszym, mikroskopijnym poziomie się tam znajdujemy gdzieś w tym, to jest to wspaniałe. Mnóstwo nowych zespołów nie ma tego rodzaju rzeczy.

Więc spędziłeś prawie 25 lat budując tę wioskę. Czy stało się to przytłaczające albo smutne myśleć o tym, że trzeba zostawić ten świat za sobą? A może czujesz się na to gotowy?

Myślę, że wszystkie z powyższych jeśli mam być szczery. Ostatecznie na samym końcu musisz zaufać swoim wnętrznościom. To jest ciężka rzecz do zrobienia, kiedy jest pięciu ludzi znających się od momentu, kiedy byli dziećmi i którzy razem zbudowali ten świat, czy jakkolwiek chcesz to nazwać, przez ćwierć wieku. Nawet kiedy twoje wnętrzności mówią ci, że to jest najlepszy czas na wyskoczenie z tego pociągu, nie jest to najłatwiejsza rzecz do wykonania. Więc zajęło to dwa lata, aby ostatecznie rozwiązać ten problem i być pewnym, że wszyscy jesteśmy na tej samej stronie i w końcu musi to być zrobione. Koncertowanie jest nadal miłe, koncertowanie jest zabawne, bycie razem jest naprawdę dobre, ale to była też inna rzecz o której pomyślałem: miło jest zrobić tą ostatnią serię „hurra” w trasie.

Czy odpowiedź publiczności zainspirowała cię do rozważenia tego?

To zmotywowało mnie do napisania jeszcze lepszych piosenek do mojego kolejnego projektu, cokolwiek to może być. To jest, jak ja myślę. Niektóre z piosenek przebyły naprawdę dobrą drogę, gramy piosenki z późnych lat 90 i wszyscy ci ludzie, wliczających tych nowych, śpiewają te teksty, które napisałem gdy miałem 20 albo 19 lat, co jest ekscytujące. Więc nie widzę powodu dla którego miałby nie kontynuować, nieco inaczej prawdopodobnie, ale to jest ta emocjonująca część. Cieszę się ze skakania po cienkim lodzie. Myślę, że musi być ten element nieodzownego niebezpieczeństwa ale i niespodzianki oraz trzymania się w szachu. Jeśli rzeczy stają się zbyt łatwe lub wygodne, musisz coś z tym zrobić. I myślę, że to właśnie robimy.

Zgadzam się z tobą, ale jest dużo mentalności w rock and rollu, żeby grać bezpiecznie dla świata, który się zbudowało.

Wiem, lecz ostatecznie ten szczególny świat nie wybiera się donikąd. Doceniamy to co zrobiliśmy, jesteśmy naprawdę szczęśliwi, iż to wszystko naprawdę przemierzało tak dobrze i ciągle rozbrzmiewa, co jest naprawdę dziwne. Oczywiście jest to dziwne dla nas, na wszystkich możliwych poziomach. Byłoby łatwiej, gdyby był jakiś uraz. Pierwotnie nie mieliśmy robić tej trasy, ale pomyślałem że musimy zostawić za sobą dudnienie.

Przeskoczmy więc do stycznia 2018 roku. To będzie noc po ostatnim show HIM. Teraz, kiedy zaczęliście trasę możesz przewidzieć jak będziesz się czuł tego dnia?

Nie mam pojęcia, mamy ciągle do zagrania 43 koncerty zanim trasa się skończy. Zobaczymy więc jak bardzo będziemy po tym wyczerpani. Na ostatnich kilka koncertów, które będą miały miejsce w Finlandii, będzie wokół nas nasza rodzina, a także nasi starzy przyjaciele. Więc to będzie dla nas szczególne także z tego powodu i w tym sensie bardziej rytualne w przeciwieństwie do koncertu. Jestem pewien, że będzie dziwnie, jestem pewien, że będzie także fantastycznie. Ale będzie i niesamowicie, a moja technika przykrycia pustki i poczucia opuszczenia sprawi, że sięgnę po gitarę, ponieważ zawsze tak robię, gdy czuję się niekomfortowo. Będę więc pisał więcej piosenek. Mam już ich trochę napisanych. Część z nich miała być dla HIM, ale z racji tego że nie pracujemy nad kolejnym rozdziałem tej historii, muszę coś z nimi zrobić.

Czy wyobrażasz sobie swój solowy album, czy póki co nie masz jeszcze pojęcia co to będzie?

Jeśli mam być z Tobą szczery to nie wiem. Zabawne jest to, że pracowałem nad jakimiś piosenkami i ostatecznie, nawet nowe piosenki brzmią jak te zrobione dla HIM. Więc to nie jest moim celem, że teraz stanę się solowym przedsiębiorcą grającym cokolwiek z folku i stworzenie z tego czegoś rzadkiego, pozbywając się wszystkiego albo oblekając to w kwiaty makowe czy coś w tym stylu. Nie jestem tym zainteresowany. Jestem zainteresowany rock and rollem, lecz cesarz potrzebuje nowych szat.

Więc nie wydasz albumu tanecznego?

Kur… nie. Nie wiedziałbym nawet jak. Podoba mi się elektroniczna muzyka, zawsze tak było ale lubię głośne gitary i melancholię, toteż gdy zaczynam słuchać tych rzeczy, które lubię, to brzmią one bardzo jak HIM.

To będzie bardzo interesujące zobaczyć jak to wyewoluuje, ponieważ masz swój styl i głos.

To będzie interesujące, natomiast jest to też oczywiście trudne. Nie mam już 20 lat więc ta nagła zmiana, aby zrobić coś kompletnie nowego, jest wyzwaniem samym w sobie oraz trzeba mieć na uwadze czy to w ogóle spodoba się ludziom. Ale wolę raczej ponieść to ryzyko i zobaczyć resztę chłopaków idących własną ścieżką oraz również ponoszących ryzyko, niż stać się na wpół zepsutą szafą grającą, jak swój własny tribute band, jeśli mimo to moglibyśmy się sprzedać, jeśli można by dodać kilka zer na końcu – wtedy miałoby to jakiś sens. jak droga którą poszli The Rolling Stones.

Nadal możesz podjąć to wyzwanie bez żadnych animozji…

Wciąż mamy do zagrania 43 koncerty więc będzie animozja na samym końcu (śmieje się) Jeszcze raz, nigdy nie mów nigdy. Szczerze uwielbiam chłopaków więc nie miałbym nic przeciwko, aby znów zrobić coś razem. Ale teraz nie jest na to czas, więc nie wiem co przyniesie przyszłość, nie mam pojęcia. Myślę, że część chłopaków będzie pracowała nad wypuszczeniem swoich muzycznych rzeczy. Ale osoby w zespole są dość różne od siebie. Trudno powiedzieć, czy fizycznie będziemy w tym samym mieście przez najbliższe lata. Ale zobaczymy. Jest powód dla którego to się stało i nie wiemy jak na to wszystko zareagujemy. To jak szalka Petriego w akcji, to chemiczny proces albo test, czy jakkolwiek chcesz to nazwać, dzieje się właśnie teraz i wiemy, że pod koniec się to zmieni, mniej lub więcej. A wtedy będę potrzebował trochę czasu na regenerację.

Czy są piosenki, które mają dla ciebie szczególne znaczenie kiedy wiesz, że być może śpiewasz je ostatni raz z chłopakami?

To jest pierwsza trasa odkąd wiem, że nie nagramy już nic razem jako HIM w przyszłości. Mogę zobaczyć cały materiał, który gramy każdego wieczoru jako całość, ponieważ nie będzie już tego więcej. Po raz pierwszy raz słowa piosenki „Join Me” słyszę w inny sposób, może śpiewam także piosenki w inny sposób. Doceniam, że niekoniecznie jako outsider, lecz mogę dostrzec las za pojedynczymi drzewami. Jest inaczej. W końcu, taka też jest funkcja tej trasy, jest tak, że my też możemy być również fanami. Fanami niekoniecznie nas samych ale całego tego ruchu, który się wydarzył podczas tych 26 lat. To jest możliwość dla grupy losowych ludzi pochodzących z losowego kraju pośrodku niczego, mniej więcej, mających możliwość podróżowania po świecie i nadal być odpowiednim dla kilku osób. Więc to jest całkiem niesamowite. To świętowanie tego, co zrobiliśmy i tego, co ludzie zrobili dla nas aby to się mogło stać, muzyka natomiast jest soundtrackiem do tego wszystkiego.

Źródło: Forbes.com

Tłumaczenie: Catherine Noir

(Ville Valo po 43 koncertach :D)

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

 

Reklamy

Życie trwa, gitara gra dalej

Cześć!

Już coraz bliżej, już za parę dni, za chwilkę… 😛

No ale póki jeszcze mamy ciszę przed burzą, proponuję poczytać na rozluźnienie tym razem nie o frontmanie Ville Valo lecz o Bambi, czyli gitarzyście 🙂

Nie rozumiem ludzi, którzy nie mogą wytrzymać ciszy” – wywiad z Mikko „Linde” Lindström, gitarzystą HIM.

Linde stawia właśnie czoła nowym wyzwaniom. Jego przyszłość jest jasna i znana jednak tylko do końca ostatniej trasy zespołu, wszystko po niej jest zaciemnione – i pełne możliwości.

Urodzony w Kaukkala w sierpniu 1976, Mikko „Linde” Lindström jest najbardziej znany jako Milczący Gitarzysta HIM. Jednak, gdy bardziej wgłębimy się w jego życiorys,  możemy stwierdzić, że w momencie gdy wymaga tego sytuacja, jest on także zdolnym wokalistą i autorem piosenek.

W HIM to Ville Valo jest głównym tekściarzem, jednak od tej reguły zdarzają się wyjątki. Już na debiutanckiej płycie zespołu, którą jest Greatest Lovesongs Vol. 666 (1997) możemy znaleźć parę kawałków, które zostały napisane wspólnie przez Valo i Linde. Kilka kompozycji Mikko znalazło się także na pierwszym albumie Manny (jego pierwszej żony), Sister (2007).

Od momentu powstania w 1991r. HIM pracowało w taki sposób, że jego członkowie byli ciągle zajęci i skupieni tylko na zespole, wobec czego Linde nie miał zbyt dużo czasu na żadne poboczne projekty. Mimo to, sześciostrunowy czarodziej w dredach, zdołał w 2008 roku dołączyć do legendy „Carcass” – Jeff’a Walkera, który przebywał właśnie w Helsinkach nagrywając country-metalową płytę (zrobili covery starych piosenek country, oczywiście w metalowej aranżacji – przyp. autorka). Tak powstał album „Welcome to Carcass Cuntry” autorstwa Jeff Walker Und Die Flüffers, gdzie swoje trzy grosze dołożyło wielu znanych w Finlandii i nie tylko, artystów.*

Jednym z bardziej znanych projektów pobocznych Linde, jest też Who Cares – heavy rockowa supergrupa, która zbierała fundusze na wsparcie ormiańskiej szkoły muzycznej, zniszczonej podczas trzęsienia ziemi. W singlu charytatywnym „Out of My Mind” (2011) do Linde dołączyli perkusista Iron Maiden, Nicko McBrain, były basista Metalliki Jason Newsted i legendy Deep Purple: Ian Gillian i Jon Lord. Sam projekt został zainicjowany przez światowej sławy gitarzystę i jednocześnie ojca ówczesnej partnerki Linde, mistrza riffów Black Sabbath, Tony’ego Iommi.

Najbardziej osobistym projektem jest Daniel Lioneye – alter ego Linde, który ze zwariowanej i bluesowej ody do kobiet i alkoholu, przeistoczył się w prawdziwy i aktywny zespół, dzięki któremu Linde może wyrażać siebie. Dodatkowo stał się dla gitarzysty swoistą odskocznią od HIM. Zresztą nie tylko dla niego – jego koledzy z zespołu czasem pomagają mu w tworzeniu, dzięki czemu próbują nowych rzeczy i nie stoją w miejscu. Mimo to Daniel Lioneye to przede wszystkim zespół kierowany przez Linde, który osobiście komponuje i śpiewa wszystkie utwory.

Daniel Lioneye pierwotnie nie był przeznaczony do spełniania cudzych oczekiwań, ale z biegiem lat przewyższył je wszystkie. Debiutancki album grupy, zatytułowany „King of Rock’n’Roll wydany w 2001 roku, bardziej przypominał zabawny sposób na złagodzenie stresu i próbę relaksu, niż chęć zdobywania jakichkolwiek artystycznych osiągnięć.

Kolejny album musiał czekać prawie dziesięć lat na wydanie, ponieważ Linde był zajęty HIM. Wydany w kwietniu 2010r. Vol. II zawierał w sobie czarny, ciężki i awangardowy rock z wpływami black metalu. Tą płytą przed Daniel Lioneye otworzyły się drzwi do Stanów Zjednoczonych, gdzie odbyli ogromną trasę koncertową, supportując Cradle of Filth. Więcej na ten temat można znaleźć w książce „Jenkkirundi”autorstwa Kimmo Aroluoma – członka ekipy zespołu. Opierając się na prawdziwej historii, obejmuje wydarzenia zza kulis, życie w trasie w tym oczywisty brak luksusu, coś, do czego Daniel Lioneye i załoga tak naprawdę nie przywykli.

Vol III, opublikowany w sierpniu 2016r. przedstawia nam dojrzałego Daniela Lioneye. Zespół Linde w ambitny sposób połączył elementy z poprzednich wydawnictw. To także obiecująca przyszłość dla członków HIM, która obecnie jest całkowicie otwarta.

HIM i jego love metalowa saga zakończy się pod koniec tego roku w formie pożegnalnej trasy. Linde będzie wtedy musiał działać na własną rękę.

PO PROSTU MIŁY FACET

Obecnie Linde mieszka na wsi, około godziny jazdy od Helsinek. Człowiek, który spędził młodość w stolicy i wielokrotnie podróżował po całym świecie, nie tęskni za tętniącymi życiem miastami. Gitarzysta, który dzieli swój dom z psem i trzema kotami, mówi, że „stał się całkowicie rustykalny”. Ponieważ jego zawód sprawia, że podróżuje więcej, niż potrzebuje, Linde celebruje spokojne życie. Jego ulubioną czynnością są długie spacery z psem.

Jest także ojcem 14-letniej córki. Chociaż nie jest już żonaty z matką, jego relacje z nastolatką pozostają bliskie.

Spędzamy razem czas i naprawdę dobrze się bawimy. Cieszę się z tego faktu– mówi Linde –Mam też grupę świetnych przyjaciół, z którymi chciałbym spędzać więcej czasu w przyszłości. Jednak bardzo lubię być sam. Może trochę za bardzo-

Jest to całkowicie zgodne z wizerunkiem, który Linde wykreował przez te wszystkie lata. Kojarzony jest często z szarą eminencją HIM, mężczyzną z kluczową rolą w zespole, który nie chce znajdować się w centrum zainteresowania, nawet w imię międzynarodowej sławy rocka.

Nie jestem typem frontmana– przyznaje –Lubię mówić o właściwych rzeczach, ale te wszystkie „small talk” są do dupy, nigdy się tego nie nauczyłem. Nie rozumiem ludzi, którzy nie mogą wytrzymać ciszy

Z tego punktu widzenia, wybór kariery Mikko wydaje się nieco nie na miejscu. Praca performera nie jest idealna dla osoby, która nie lubi światła reflektorów. Mimo to, Linde nie może narzekać, ponieważ to Valo ponosi większość ciężaru, jakim jest rozgłos. Dzięki temu pozycja gitarzysty HIM jest dla Linde optymalna. Lubi swoją pracę tak bardzo, że czuje się uprzywilejowany.

Ten biznes nie jest dla wszystkich i uważam, że to jeden z powodów do picia, narkomanii, przedwczesnych zgonów i samobójstw. Staram się jednak pamiętać o tym, że mam ogromne szczęście, mogąc pracować w ten sposób przez tyle lat. Wszystkie zawody mają swoje cienie, w tym także i ten, ale najłatwiej jest narzekać –

Albumy i koncerty Daniela Lioneye udowodniły, że wyjście z zacienionego kąta na środek sceny, gdy wymaga tego sytuacja, nie stanowi dla Linde problemu. Ale jak on się z tym czuje?

Cóż, jest trochę inaczej, w zależności od dnia. Śpiewanie nie jest moim ulubionym zajęciem, szczególnie na żywo. W studiu, śpiewanie w samotności jest o wiele łatwiejsze. Jestem pogodzony z tym, że mam taki głos, a nie inny, ale nie kocham go. W końcu bardzo niewiele osób ma świetny głos do śpiewu i jest to coś, w czym jestem dość krytyczny-

POD WPŁYWEM GITARY

Kiedy Mikko Lindström był mały, jego ojciec słuchał wielu kaset w czasie samochodowych wycieczek. Ta sama miłość do muzyki została również pochłonięta przez dzieci na tylnym siedzeniu, Linde i jego młodszego o cztery lata, brata. Ojciec inżynier był wielkim fanem Elvisa Presleya, który nadal jest ulubieńcem Linde. Ten człowiek był bardzo dobry w śpiewaniu.

Dziesięcioletni Linde dostał swoją pierwszą gitarę, akustyczną mini Landolę, jako prezent na Boże Narodzenie.

Błagałem o nią przez jakiś czas– wspomina Linde –Zacząłem brać lekcje od razu i szybko się nauczyłem, ponieważ byłem tym tak podekscytowany. Mój pierwszy riff był prostą wersją „Heaven’s on Fire” KISS. Grałem to kciukiem jeden ton, na raz. To nie brzmiało tak samo, jak KISS, ale jakoś trzeba zacząć-

Kiedy Linde zaczynał swoją przygodę z gitarą, Duran Duran i KISS były wielkimi zespołami wśród młodszej młodzieży. Linde wybrał je, ponieważ rock był jego ulubionym gatunkiem.

W KISS gra na gitarze była bardziej widoczna, niż w Duran Duran, więc poszedł w tym kierunku. Gitara go zainteresowała, miała jakiś niewyjaśniony, magiczny urok.

Lata 80-te były złotym wiekiem gitarowych bohaterów. Ich królem był były gitarzysta Frank Zappa, Steve Vai. Co zaskakujące, Vai był przez jakiś czas wielkim bohaterem Linde.

W tym czasie grał z Davidem Lee Rothem, a ja byłem wielkim fanem Eat’em and Smile and Skycraper. Podobały mi się również jego solowe płyty „Flexable” oraz „Passion & Warfare”. Vai zainspirował mnie do spędzenia jednego lata w Bostonie w Berklee College of Music. Miałem wtedy 15 lat. Inspiracją było siedzenie przy tej samej szkolnej ławce, w której kiedyś siedział Vai –

Kiedy słuchasz gry Linde, nazwisko Steve Vai, nawet nie przychodzi do głowy. Jego Gibson brzmi bardziej bluesowo i dużo ciężej, niż Ibanez Vai. Są to dwie różne szkoły gry na gitarze.

Vai to jedyny gitarzysta tego rodzaju, którego jestem w stanie słuchać. Zawsze był w stanie zaoferować coś poruszającego emocjonalnie, a nie tylko czystą sprawność techniczną- tłumaczy Linde.

-Dzięki przyjaciołom poznałem Black Sabbath, Led Zeppelin, Jimiego Hendrixa i innych-

Te nazwy są łatwiejsze do skojarzenia z grą Linde, zwłaszcza Black Sabbath. Nawet jego ulubiona gitara to Gibson SG. Ta sama którą wybrał wcześniej, bo w latach 60-tych Tony Iommi. Komponując riffy dla Black Sabbath, rozpoczął pewnego rodzaju tradycję, którą HIM kontynuował i dopracowywał w swoim własnym, romantycznym stylu.

Kiedy grasz na gitarze długo i namiętnie, rozwijasz swój własny styl. Linde widzi swoje największe atuty w połączeniu improwizacji z precyzją i pewnością.

I poczucie smaku, mimo że to kwestia gustu. Dobry gitarzysta ma zarówno umiejętności techniczne, jak i nieubłaganą wizję. Ogólnie rzecz biorąc, wymaga to doświadczenia życiowego i odwagi, aby grać „źle”

UCZUCIA DOTYCZĄCE ODEJŚCIA

Mikko Lindström jest HIM’owym Linde już ponad ćwierć wieku, jednak wkrótce pozostawi to wszystko za sobą. Jeden z najpopularniejszych fińskich zespołów ogłosił wiosną, że koniec jest bliski. Według zespołu decyzja ta nie wiąże się z żadnym większym dramatem. Wszystkie dobre rzeczy kiedyś dobiegają końca i teraz przyszedł czas na HIM.

Będąc love metalowcem przez większą część życia, Linde ma pewne trudności z przyzwyczajeniem się do nowej rzeczywistości, chociaż miał kilka miesięcy na przygotowanie się do tego.

Zespół był tak wielką częścią naszego życia, że wciąż mam mieszane uczucia. Z jednej strony odczuwam ulgę, z drugiej jestem przerażony. To wielka zmiana i nie wiem, co o niej myśleć. Czas pokaże, co się potem wydarzy. Mam nadzieję, że coś dobrego– mówi.

Teraz mamy do czynienia z pożegnalną trasą HIM, która potrwa do końca roku.

Wspaniale jest dzielić się uczuciami z tłumem, po raz ostatni. Jestem pewien, że ta trasa będzie naprawdę dobra-

HIM przechodził od jednego zwycięstwa do drugiego, aż do 2010r. Sprzedał miliony płyt, wiele razy koncertował na świecie i zbudował solidną bazę fanów na wszystkich kontynentach. Te osiągnięcia nie były oczywiste dla zespołu, który miał sprawiedliwy udział w „co, do cholery, tutaj się dzieje”.

Kiedy „Join Me” stało się numerem jeden w Niemczech, na przełomie tysiącleci, moje oczy się rozszerzyły. To samo kilka lat później, kiedy „Dark Light” trafiło na 18 miejsce na liście Billboard w USA i pokryło się tam złotem. Potem pojawiło się uczucie, że ktoś musiał popełnić jakiś błąd-

HIM to nie tylko międzynarodowa historia sukcesu, ale także zespół rockowy założony przez przyjaciół, którzy znali się od dzieciństwa. Linde spotkał Ville i Mige w siódmej klasie i przez ponad 15 lat grał także z Burtonem. Linde mówi, że najbardziej tęskni za mrocznym poczuciem humoru grupy.

Jestem pewien, że pozostaniemy ze sobą w kontakcie. No chyba, że zostanę pustelnikiem na wsi. To także możliwy scenariusz-

ŻYCIE TRWA, GITARA GRA DALEJ

Rozpad HIM to sytuacja, w której Linde nie ma żadnego doświadczenia. Oczywiście nie musi zaczynać wszystkiego od początku, ale jeśli chce kontynuować działalność w branży muzycznej, musi znaleźć coś nowego i trwałego, a także nauczyć się czegoś innego, niż bycie Linde.

Świat muzyki jest teraz zupełnie inny, niż wtedy, kiedy zaczynał. Jaką radę dałby swojej córce, gdyby chciała zostać profesjonalnym muzykiem?

Odpowiedź jest tradycyjna i ojcowska, ale zupełnie nieoczekiwana od człowieka, który sam gra rocka.

Myślę, że zasugerowałbym jej, żeby nie wchodziła w ten świat, lub przynajmniej przygotowała jakiś plan awaryjny. Biznes muzyczny zmienił się tak bardzo, że obawiam się, że moje wskazówki mogą być przestarzałe. Jednak „nie byłoby rozsądne umieszczać twojego nazwiska na jakimkolwiek papierze, którego nie rozumiesz” jest chyba wciąż ważną radą

Sam Linde nie potrzebuje żadnej z nich, z wyjątkiem części dotyczącej umów. Jako absolwent liceum, Linde nigdy nie opracował planu awaryjnego.

Nigdy nie dostałem się do szkoły średniej Sibeliusa, więc uczyłem się w Käpylä. A właściwie podchodziłem tylko do obowiązkowych testów i prac, resztę olewając– wspomina –Rano wsiadałem do autobusu jadącego do centrum, żeby oszukać moją mamę. Będąc na miejscu, zamiast do szkoły kierowałem się do księgarni, żeby czytać erotyczne komiksy. Następnie z kawą w ręku szedłem do Stockmann (dom towarowy w Helsinkach), żeby się trochę rozejrzeć i wracałem do domu. Zmarnowałem na tym dwa i pół roku życia. Nie byłem największym molem książkowym, ale osiągnąłem dobre oceny, których nigdy nie potrzebowałem w całym moim życiu

I wątpliwe, że kiedyś mu się jeszcze przydadzą. Kiedy HIM przestanie istnieć, życie będzie toczyć się dalej, a gitara wciąż będzie grać. Linde niedawno przekroczył 40tkę, co oznacza, że nadal jest dość młodym człowiekiem w dzisiejszym biznesie rockowym.

Chcę dalej kontynuować projekt Daniel Lioneye, ale poza tym nie mam żadnych innych planów. Nie mam większych celów i marzeń, ale nadal zamierzam tworzyć muzykę. Praca nad nową piosenką lub riffem, to wciąż najlepsze uczucie na świecie-

Ale nie wyprzedzajmy przyszłości. HIM wciąż jest w pożegnalnej trasie.

Potem mogę skoncentrować się na przyszłości. Cokolwiek się stanie, chcę to przyjąć z pozytywnym i otwartym umysłem


*Nie byłabym naczelną researcherką, gdybym tego gruntownie nie sprawdziła. Oprócz Linde, obok pozycji „perkusja” znajduje się niejaki Pus Sypope. Jest to nikt inny, jak Gas Lipstick. Ville Valo także brał udział w nagrywaniu części basów („The End Of The World) i chórków (Keep On Rocking In The Free World), jednak nie jest w ogóle uwzględniony na płycie ani pod pseudonimem, ani pod własnym nazwiskiem. Dotarłam do wywiadu z Jeff’em, gdzie tłumaczy, że oni sami go o to poprosili. Powiedział coś w stylu, że nie sądzi, żeby Valo to przeszkadzało i myśli [Jeff], że to żart. Za to Gas nie chciał, żeby ktoś kupił ten album tylko ze względu na jego nazwisko (a spotkała go już taka sytuacja). Na albumie pojawili się też tacy muzycy jak m.in.: bracia Cavanagh i Les Smith (Anathema), Shane Embury i Bill Steer (Napalm Death), Niclas Etelävuori i Pasi Koskinen (Amorphis).

Źródło: inferno.fi

Tłumaczenie zostało dokonane z fińskiego na angielski przez „randomową osobę z netu” a potem na polski przez Vixen Black. Przyczyniła się do tego Anna, która wysłała mi maila z tym wywiadem, dając nam tym samym kopa do zakasania rękawów i zabrania się za niego 😀

W kolejce czeka wywiad z V.V – pamiętajcie –> My też mamy swoje życia 🙂

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

„Nothing lasts forever”- książę Valo przerywa milczenie na festiwalu Miljoona Rock :)

Greetings Sweethearts!

Dzisiaj będzie notka informacyjno – organizacyjna, a do tego nawiążę do ostatniego postu, który wywołał nieco kontrowersji 😀 Nie, nie będę się łasić ani przepraszać 😛 A nawet jeszcze ciut podgrzeję atmosferę XD

Na samym początku jednak, chciałam podziękować wszystkim tym, którzy wzięli udział w dyskusji i co więcej, utrzymywali ją na wysokim poziomie 🙂 To mnie przekonuje, że jednak fani HIM mają w sobie dużo kultury i póki co, nie muszę się martwić o banowanie kogokolwiek (sorry LimaK XD)

Panowie z HIM zagrali kolejny festiwalowy koncert, który ponownie miał miejsce w Finlandii – był to festiwal Miljoona Rock i przy tej okazji w końcu Książę Valo udzielił wywiadu, w którym mówi nareszcie o rozpadzie zespołu, planach na przyszłość itp.

Wywiad jest po fińsku, ale ma napisy angielskie więc myślę, że część z was będzie w stanie zrozumieć o czym on mówi. Niestety nie mam czasu na tłumaczenie, ale generalnie opowiadał o rozpadzie zespołu, że rozmawiali z chłopakami o nowej płycie i kierunku w jakim podążała ich muzyka. Ville znów nawiązał do gwiazd, które nie były na swoim miejscu – dyplomatycznie jak polityk (oczywiście podkreślił, że nie chce tak zabrzmieć hehe Valos Polityk, ale by była jazda XD Z tymi jego wywodami, to by nie opuszczał mównicy :P)

Według niego muzyka brzmiała dobrze, ale nie było tej ekscytacji, która powinna być. Priorytety się zmieniły niestety. Podkreślił przy tym, że to nie była tylko jego decyzja i że z tego powodu miał ból głowy oraz był zaniepokojony, gdyż zespół to ogromna część ich życia.

 

Zapytany, czy ma do udowodnienia jeszcze coś komuś lub sobie samemu, odpowiada że zawsze ma sobie coś do udowodnienia, lecz jako zespół już nie bardzo. Ville użył terminu „Złotej Klatki” jako określenia jego sytuacji, gdzie fani oczekują od niego pewnego rodzaju muzyki, a zespół jest jednocześnie bardzo cenny i jednocześnie bardzo wiążący. Stwierdził, że mają piosenki od których nie chcą uciec, czy się ich pozbyć, ale jednak ich nie powtarzać. Powiedział także, że nie są na tyle odważni, by zrobić totalnie inny album jak to zrobiło U2. Generalnie chodzi mu o to, że nie można kontynuować czegoś, jeśli wszyscy nie są usatysfakcjonowani.

Poza tym, Valo nic nie wie o żadnym DVD z koncertów. Ponadto Valos nie zamierza podlewać kwiatków XD (Hell no! :D), choć to lubi i podobno jest w tym dobry huehuehe I ma jakieś tam plany solowej kariery – lubi muzykę głośną ale i melodyjną, więc jeśli będzie coś kombinował to prawdopodobnie będzie miało to brzmienie podobne do HIM.

Co do samego festiwalu Miljoona Rock – uważam, że było lepiej niż na Tuska. Być może pan Valo miał lepszy humor czy coś. Nawet głosowo wydaje mi się, że było lepiej, choć nadal podtrzymuje swoje zdanie z poprzedniej notki co do tej kwestii.

Tutaj możecie zobaczyć występ z innej perspektywy 🙂

A pamiętacie naszą wycieczkę do Helsinek? Tym razem do Finlandii pojechała nasza francuska korespondentka Ewa 🙂 I oczywiście odwiedziła pana Kariego Valo – a pan Kari Valo jak to pan Valo – flirciarz w fińskim stylu XD Nie dość, że Ewę pamiętał, nas też, to jeszcze mogę z dumą ogłosić, że obraz Mel – naszej blogowej korektorki wywiadów, która także jest artystką, wisi w sklepie papy Valo! ! !

GRATULUJEMY!

(I teraz czekamy aż Ville go obczai i podkradnie na okładkę do solowej płyty :D)

Nasza Ewa tymczasem już wróciła do domu, więc czekajcie na jej relacje z Helsinek i z tego, jak się przebierała u papy Valo w toalecie w koszulkę zakupioną w jego sklepie 🙂

A tutaj macie dwie panie + ryjek Valosa 😀 Zdjęcie zostało zrobione w jego nowym domu – od razu wyjaśniam, zanim się pojawią komentarze o stalkowaniu go – znajomy tych pań sprzedał Ville jakieś muzyczne graty, więc dlatego miały okazję zrobić sobie z nim fotkę. Nie czaiły się pod jego domem 🙂

Teraz chciałam nawiązać do tematu grupy FB, bądź stronki bloga na FB. Sama takowych nie posiadam, ale jeśli jesteście zainteresowani nowinkami, zapowiedziami tego, co się ukaże na blogu oraz informacji o tym, co się właśnie na nim ukazało, to zapraszam was tutaj:

Rambo Rimbaud Polish Fansite

Współpracuję z autorką już od dłuższego czasu, więc ma ona moje pełne pozwolenia na publikację 😀 Zapraszam serdecznie HIMofanów 🙂 I niech was nie zmyli nazwa – to tylko „chłyt” marketingowy, żeby się wyróżnić pośród wszystkich HIM stron, Valo stron itp. Stronka informuje o poczynaniach całego zespołu.

Ok, gotowi?

Czas trochę namieszać 😀

Widzicie tą panią? Ja to przy niej jestem… Bardzo delikatna XD Ona natomiast się nie bawi w uprzejmości 😛 Otóż pani ta jest dziennikarką magazynu fińskiego Ilta – Sanomat i napisała ona relacje z koncertu HIM z festiwalu Tuska. Brzmi ona mniej więcej tak:

Imponujący początek.

HIM zaczął początek koncertu z mocnym basem, który objął nawet dźwięk głosu Ville Valo i wszystko inne na scenie, kiedy rozpoczęło się „Buried Alive by Love”.

Wkrótce po rozpoczęciu koncertu nastrój zaczął się psuć. Valo wydawał się być bardzo marudny na scenie. Skierował do publiczności kilka rozflirtowanych uśmiechów, lecz jednak były one dla niego trudne i wręcz go przytłaczały.

Zespół nie komunikował się na scenie przez cały koncert a Valo stojący na czele zespołu, był jak samotna, leniwa latarnia morska. Grali hit za hitem, ale żadna z piosenek nie wywołała entuzjazmu pośród frontowych fanów. Cały koncert był jak pudełko od prezentu, obwiązane jedwabnymi wstążeczkami lecz w środku nie było nic.

W końcowych fazach koncertu młodzi fani patrzyli na swojego idola z desperacją.

Charyzma Valo nie uleciała ale jego motywacja i pokora już tak. Jako słuchacz, byłam poirytowana, że atmosfera na festiwalu została kompletnie zatracona.

Źródło: Ilta – Sanomat

I teraz jeszcze na zakończenie tekst Ewy – naszego francuskiego łącznika, która chciała się wypowiedzieć na temat tego, co znaczy być fanem.

« Czy głos Ville to łabędzi śpiew? »

albo « Co to znaczy być fanem ? »

Jeśli ta notka ma podwójny tytuł, to jest dla tego powód. Piszę ten artykuł, zainspirowana jednym komentarzem, który ukazał się pod poprzednim wpisem na blogu (“Tuska 2017 – czyli coś sobie pochodzę i pośpiewam, a potem zdradzę że…”), i który wywołał pewne poruszenie. Autor tego komentarza wyraził opinię, że ów wpis ma znamiona hejtu, a uwagi o prezencji Valo są “płytkie”. Nie, nie piszę tego artykułu, by polemizować z opinią komentującego, a tym bardziej, by go do czegoś przekonywać. Komentarz tej osoby zainspirował mnie natomiast do pewnej refleksji, którą wyłuszczę poniżej.

W swoim komentarzu owa osoba nie zgodziła się z opinią Catherine, że – najogólniej ujmując – wydaje się, iż wokal Valo w ostatnim czasie znacznie się pogorszył, a że osoba ta jest zawodowym wokalistą, to wie, o czym mówi. Jeśli o mnie chodzi, nie jestem specjalistką: ani zawodowym muzykiem ani trenerem śpiewu, ale zgadzam się z opinią Catherine oraz kilku innych osób komentujących jej artykuł. Dla mnie wokal Valo nie prezentuje się tak, jak kiedyś, a także zauważam, że obecnie jego podejście do własnego śpiewania jest również inne. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mu się po prostu mniej chce, tak jakby coś w nim zgasło czy się wypaliło. To moja osobista opinia, za którą biorę pełną odpowiedzialność.

Owszem, to opinia, która nie jest zbyt przychylna Valo. I w tym miejscu pojawiają się pytania, będące sednem tego artykułu: “Czy jako kompletna amatorka mam prawo wygłaszać taką opinię?” oraz “Czy ta opinia jest godna fana, czy raczej hejtera HIM?”. A te pytania zawierają się z kolei w pytaniu bardziej ogólnym: “Co dla mnie znaczy być fanem?”. Na ostatnie odpowiem przez negację.

Bycie fanem na pewno NIE OZNACZA bałwochwalczego podejścia do mojego idola. Bardzo mnie męczy nieustanne pozostawanie na kolanach. Idealizowanie moich ulubionych muzyków, osobowości kultury czy ogólnie ludzi, z którymi mam kontakt, kończyło się dla mnie zawsze boleśnie. Nikt z nas nie jest idealny i to czyni nas interesującymi i wartymi poznania.

Tak jest też z Valo. To skomplikowany facet, pełen sprzeczności i niedoskonałości. Jako jego fanka nie czerpię dzikiej przyjemności z moich obserwacji, że jakość jego głosu się pogorszyła oraz nie czekam, aż lub czy definitywnie polegnie. Tak, to byłyby oznaki hejtu. Tymczasem ja zastanawiam się, co może być tego przyczyną. Na myśl przychodzi mi jego alkoholowa przeszłość i nałogowe palenie, które mogły się do tego przyczynić i jest mi po prostu smutno, a także zwyczajnie i po ludzku złoszczę się na niego. To oczywiście jego życie i jego wybory, ale że lubię skubańca, to prowokuje on we mnie przeróżne emocje.

Nie jestem specjalistką, ale ufam mojemu własnemu odbiorowi jego śpiewu i jego osoby. Daję sobie do tego pełne prawo, bez narzucania mojej opinii innym. Inni mogą się ze mną nie zgadzać, ale czyjeś zdumienie czy sprzeciw w żaden sposób nie wpływają na moje własne odczucia i obserwacje. Daję sobie prawo do bycia subiektywną oraz do niebycia specjalistką we wszystkim. Moja opinia ma znaczenie dla mnie samej i dla mojej “relacji” z Valo, która ewoluuje, zmienia się, a także przechodzi kryzysy, zupełnie jak w realnym życiu, o czym nie tak dawno rozmawiałyśmy z Catherine. W moim własnym odczuciu bycie fanem nie wyklucza bycia krytycznym, nie wyklucza niezgody z pewnymi zachowaniami czy posunięciami idola, nie wyklucza też żartowania z niego.

No właśnie, jeszcze krótko o żartowaniu czy o “chichraniu” z Valo, jak to uroczo napisała w swoim komentarzu pod artykułem o Tuska Olka. Poczucie humoru jest dla mnie jak powietrze. Uwielbiam żartować, także na własny temat. Osoba z poczuciem humoru z pewnością odróżni je od drwiny czy złośliwości. Uważam, że żartowanie z naszych idoli jest bardzo zdrowe i nie ma nic wspólnego z hejtem. Powiem coś, co zabrzmi jak paradoks: Dystans do naszego idola spowodowany śmiechem sprawia, że staje się on nam bliższy, bardziej dosięgalny, bardziej “z krwi i kości”. Zdejmujemy go z piedestału i stawiamy obok siebie, na równi, jak partnera. Nawiązuje się dialog, choćby tylko wewnątrz nas samych, rodzi się inspiracja. Osobiście, w moich idolach nie szukam figury, do której mogę się modlić, ale szukam elementów nam wspólnych, “esencji”, która nas łączy, przy absolutnym poszanowaniu ich odmienności i unikalności. Śmiech jest doskonałym środkiem do ogarnięcia paradoksu, że choć każdy z nas jest inny, to tak naprawdę wszyscy jesteśmy też tacy sami.

Tekst: Ewa Włodarczyk

Cóż… Mam nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony 🙂 Moim zdaniem także bycie fanem nie polega tylko na wzdychaniu i idealizowaniu tak bardzo, żeby nie widzieć kiedy nasz idol czasem zawali sprawę 🙂 W pewnych momentach trzeba tupnąć nóżką i powiedzieć – Ej, koleś co ty odpi#$%sz? 😀 I nie ma w tym nic złego bo ostatecznie i tak przecież wszyscy go kochamy 😀

Zapraszam do dyskusji 😀

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

TUSKA 2017 – czyli coś sobie pochodzę i pośpiewam a potem zdradzę że…

Dobry wieczór!

Dzisiejszy wieczór poświęcam na napisanie tej notki zamiast leżeć w łóżeczku z książką, no ale „książe” Valo znowu coś miesza, przy czym zaczyna mnie już spektakularnie wkurzać, mogę więc być złośliwa wobec niego 😛

HIM wystąpił właśnie na festiwalu TUSKA i nasza książęca mość udzieliła z tego powodu kilka wywiadów, dzięki czemu dowiedzieliśmy się parę ciekawych rzeczy, ale zanim do tego przejdziemy, parę słów o tym jak było na TUSKA.

W skrócie:

Wyszedł –> Zaśpiewał –> Poszedł

Koniec relacji.

Ubrał się pan Valo tak samo jak i w Hiszpanii – nic to, że tam można się było ugotować, oczywiście zabrał ze sobą swój kaszkiet, no bo jeszcze by się przeziębił przez hiszpańskie podmuchy mroźnych wiatrów… Co innego taka Finlandia – słonecznie, fajnie, ciepło.

– Cóż, ubiorę sobie marynarkę i będzie spoko – pomyślał.

A potem jak pomyślał, tak zrobił.

Ale cóż to…? HIM postarał się o dekorację? Taaaak!

Możecie zobaczyć ogromny Heartagram wiszący jeszcze dumnie, nie zdeptany wizją pana Valo prowadzącą do… no właśnie? Ale zaraz…? Co dalej?

Fajerwerki! No szał po prostu!

Być może te fajerwerki miały odwrócić uwagę od kiepskiego wokalu samego lidera HIM, który zmasakrował na przykład „Gone With The Sin”, a i przy innych utworach się wybitniej także nie popisał…

Zastanawiam mnie ten fakt, bo skoro ja, głucha nieco, potrafię usłyszeć, że Valo śpiewa źle, ale ludzie i tak mu biją brawa, a żaden dziennikarz w relacji z koncertu nie pisze o kondycji jego głosu i uników wyciągania pewnych tonacji, to musi to chyba oznaczać, że sentyment do tej grupy jest znacznie większy, niż można by przypuszczać. Jestem ciekawa, na jak wiele pozwolą fani…

Jak już wspominałam wyżej, pan Światło udzielił kilka wywiadów. Mówił , że ma nadzieję, iż ostatni koncert HIM zagrają na scenie Tavastii, a do fanów zwrócił się życzeniowo, że ma nadzieję, iż jego muzyka była dobra i to wystarczyło.

„Wydawało się, że nowy materiał będzie źródłem nowego początku. To miała być pewna historia, ale czegoś w niej brakowało. Gwiazdy nie były na właściwej pozycji” – powiedział Valo.

Panowie z zespołu pracując nad nowym albumem uzmysłowili sobie, że nie mają nic nowego do zaoferowania. Uznali więc swoją porażkę i czym się to skończyło już wiemy. Ale Ville mówi, że w 2018 nie spocznie na laurach i te piosenki, które stworzone były dla HIM, przygarnie do swojego solowego projektu. Czyli… napisał piosenki na album HIM, które się dla HIM nie nadawały, więc rozwiązali zespół, a teraz weźmie te same piosenki i zaśpiewa je jako solowy artysta, być może w kolaboracji z kimś innym, nie wykluczając chłopaków z HIM.

SERIOUSLY? 0_O

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

«Bez syndromu sztokholmskiego» – część pierwsza

Dzień Dobry!

Wyobrażaliście sobie kiedyś że poznaliście Ville Valo? Albo że dostajecie taką możliwość aby z nim porozmawiać, ale nie szybko i tylko 5 minut a potem fotka na pamiątkę i tyle…

Lecz że macie z nim nieograniczony czas (no prawie 😛 W każdym bądź razie tyle ile potrzebujecie) i możecie z nim porozmawiać o wszystkim o czym chcecie, że możecie przeprowadzić z nim wywiad i zadać pytania które zawsze chcieliście… Brzmi obiecująco?

A od czego mamy wyobraźnię? 🙂

Dwie dziewczyny: Ewa, której teksty już mogliście przeczytać wcześniej na blogu, oraz Paulina, która prowadzi stronkę na FB Rambo Rimbaud Polish Fansite, przeprowadziły wyimaginowany wywiad z Ville Valo. Chcecie wiedzieć jak potoczyła się ta „rozmowa”? Przeczytajcie sami 🙂


« Bez syndromu sztokholmskiego»

(absolutnie fikcyjny wywiad z Ville Valo)

    Udało się! Po kilku latach prób i starań przeprowadziłyśmy wywiad z Ville Valo. Przyleciałyśmy z Pauliną do Helsinek tego samego lipcowego dnia, ale z dwóch rożnych krajów. Ona z Polski, ja z Francji.  Byłyśmy już tu razem rok wcześniej, aby wręczyć Kariemu Valo, tacie Ville, prezenty dla jego syna oraz list opisujący nasze marzenie  i nakreślajaąy temat wywiadu. Nie miałyśmy zbyt dużej nadziei, ale po prostu musiałyśmy spróbować. Ten ostatni raz. Po około miesiącu, kiedy już wróciłam do Giromagny, odebrałam maila od Ville, w którym podziękował za książki i napisał, że byłoby świetnie porozmawiać o nich przy okazji wywiadu. Myślałam, że spadnę z krzesła! Natychmiast napisałam do Pauliny. Na finalizację musiałyśmy poczekać jeszcze rok, ale to nie miało znaczenia. Miałyśmy rok na ostateczne przygotowania i dopięcie wszystkiego na ostatni guzik.

Na pierwsze spotkanie z Ville umówiliśmy się przy pomniku Trzech Kowali naprzeciwko galerii handlowej Stockmann. Żartując, napisałam, że go rozpoznamy. Serca waliły mam obu jak młotem. Podszedł do nas, ubrany w swoją nieśmiertelną bluzę z logo sex shopu ojca, uśmiechnął się, uścisnął nam dłonie i zaprosił do jednej z pobliskich kawiarni na omówienie szczegółów. To spotkanie trwało krótko. Powiedział, że może nam  poświęcić jeden wieczór i że najlepiej będzie, jeżeli ten wywiad przeprowadzimy u niego w domu. Umówiliśmy się więc na następny dzień. Punktualnie o 17.00 zadzwoniłyśmy do jego drzwi. Otworzył uśmiechnięty i zaprosił nas do rozległego, jasnego salonu, w którym królowały wysokie segmenty z książkami. Przygotował coś do picia i usiadł na fotelu. Ja siedziałam na sąsiednim fotelu, trochę po przekątnej, więc niski stolik, na którym stały filiżanki, niezupełnie nas oddzielał. Zapytałyśmy, czy zgadza się, by – podczas gdy będę z nim rozmawiać – Paulina robiła zdjęcia. Zgodził się bez problemu. Denerwowałam się, ale jednocześnie, paradoksalnie, czułam się dziwnie pewna siebie. Towarzyszyła mi myśl, że skoro cały ciąg wydarzeń – od poznania Pauliny, po prace nad koncepcją wywiadu, aż do napisania naszego listu – doprowadził nas do tego momentu, to to spotkanie po prostu nie może się nie udać. Od tego, w pewnym sensie oczywiście, zaczęłam mój wywiad.

Przede wszystkim chcę Ci bardzo podziękować za to spotkanie. Za to, że nasze marzenie może się spełnić. Pamiętam, że jedna z moich koleżanek, której opowiedziałam o moim projekcie, miała bardzo zabawne rozwiązanie, by ten wywiad mógł się odbyć: porwanie Cię i poczekanie, aż rozwiniesz w sobie syndrom sztokholmski. (śmiech)

 (śmiech) Oj, to nie byłby dobry pomysł! Nie cierpię być zamknięty, a tym bardziej związany. Na pewno bym cię nie polubił. Raczej znienawidził. A tak to, jak widzisz, wszystko dobrze się skończyło.

Ten wywiad był pomyślany jako rozmowa dla miesięcznika kobiecego, co jednak się nie udało. Niemniej, chciałabym Ci zadać pytanie związane z czasopismami. Mianowicie, jakie magazyny czytasz? Lifestylowe? Psychologiczne? A może śledzisz to, co o Tobie piszą tabloidy?

Nie lubię plotek i plotkarstwa, więc do tabloidów zaglądam rzadko. Jedynie wtedy, gdy wiem, że znajdę tam swoją twarz (śmiech). Lubię czytać magazyny muzyczne i przeglądać katalogi z instrumentami. Jednak zdecydowanie bardziej lubię czytać książki.

Tak, Twoi fani wiedzą, że dużo czytasz. Portrety swoich ulubionych autorów masz nawet wytatuowane na prawym przedramieniu. Ciekawi mnie w związku z tym jedna rzecz. Czego poszukujesz w książkach? Jakie są Twoje powody i motywacje do czytania?

 Te powody są rozmaite. Uwielbiam ciekawe i wzruszające historie. Lubię uciekać w inne światy, różniące się od rzeczywistości, która mnie otacza i którą znam. Lubię książki dla dzieci, mam całkiem niezłą kolekcję komiksów i jestem wielkim fanem “Muminków”. Uwielbiam też czytać poezję, bo rozkoszuję się tym, w jaki sposób pojedyncze słowo, użyte w odpowiednim kontekście, potrafi stymulować wyobraźnię, a nawet zmieniać nasz punkt widzenia. Jest jeszcze motywacja do zdobywania i pogłębiania wiedzy na tematy, które mnie interesują. Jestem typem szperacza.

Czy istnieje książka, o której uważasz, że każdy powinien ją przeczytać i którą bez wahania poleciłbyś swoim fanom?

 Nie chciałbym nic sugerować. To byłoby zbyt proste. Z czytaniem jest tak, jak z zakochiwaniem się. To bardzo indywidualna sprawa i też bardzo tajemnicza. Każdy ma swój gust, coś, co go porusza i pociąga, czasem nie potrafi nawet powiedzieć, dlaczego. Tak więc fakt, że lubię wysokie, szczupłe brunetki w niczym nie pomoże innym mężczyznom (śmiech). Ważne jest, żeby szukać, oraz iść za tym, co nas pociąga.

 553A mogłabym się dowiedzieć, co obecnie czytasz? 

 Zawsze czytam kilka książek jednocześnie. Po daną książkę sięgam w zależności od nastroju. Tak jest też teraz. Powróciłem między innymi do “Psychonauty” Petera J. Carrolla. Magia chaosu i wszystko, co związane z kontrolowaniem naszego własnego umysłu bardzo mnie interesuje, bo umysł potrafi być naszym największym wrogiem.

W książce Carrolla jest między innymi mowa o sygilach, dzięki którym możemy zakotwiczyć swoje pragnienia w podświadomości. Wiesz, pomyślałam, że heartagram, który narysowałeś w swoje dwudzieste urodziny, był dla Ciebie takim, pewnego rodzaju, sygilem.

 To ciekawe, co mówisz. Nigdy tak o tym nie myślałem. Ale fakt, że identyfikuję się z heartagramem dość mocno. To nie tylko logo. On odzwierciedla to, w co wierzę. Tak więc, owszem, można powiedzieć, że jest dla mnie sygilem. Tylko nie wprowadziłem go do podświadomości podczas orgazmu, tak jak radzą adepci magii sygilii (śmiech).

 Domyślam się, że inne symbole, które znajdujemy na okładkach albumów HIM, takie jak Ouroboros czy kaduceusz, też nie są dla Ciebie jedynie ciekawymi piktogramami.

 To prawda. Ich graficzna strona nie jest bez znaczenia, ale to przede wszystkim skrótowy zapis pewnej filozofii, pewnych idei, które do mnie przemawiają. Lubię zarówno ich estetyczną stronę, jak i przesłanie, które niosą. Lubię, jak coś ładnie wygląda, ale nie lubię formy wyzutej z treści.

 Wielokrotnie mówiłeś, że nie jesteś przywiązany do żadnej religii. Jednak, wnioskując po Twoich wypowiedziach i tekstach, jesteś przywiązany do duchowości. Czy jesteś zwolennikiem jakiegoś nurtu lub trendu czy jesteś raczej wiecznym poszukiwaczem?

 Pytasz, czy płacę składki jakiejś sekcie? (śmiech) Nie, nigdzie nie należę i za nikim nie podążam, a w swoich poszukiwaniach jestem bardzo eklektyczny. Jeśli chodzi o religię to lubi buddyzm, bo to religia bez boga, która kładzie nacisk na współodczuwanie. Interesuje mnie wszystko, co dotyczy naszej ludzkiej kondycji oraz tego, co nas warunkuje. Od zawsze zadaję sobie pytania «Dlaczego?», «Z jakiego powodu?» oraz «Po co?».  Te pytania zawodzą mnie na różne ciekawe ścieżki i z każdej biorę coś dla siebie. I moją drogą podążam sam. Fascynują mnie przeróżne osobowości, ale nie na tyle, by im ślepo wierzyć. Wszystko, czego się dowiaduję, filtruję poprzez własne doświadczenie. Liczy się dla mnie to, jak to się ma do mojego życia oraz do sytuacji, w które się pakuję (śmiech).

 W duchowości istnieje pojęcie «dziecka indygo». Kiedy zetknęłam się z Twoją twórczością i gdy zaczęłam przeglądać różne wywiady, natychmiast pomyślałam, że masz wiele cech człowieka, którego nazywamy «dzieckiem indygo». Czy spotkałeś się z tym konceptem?

 Moja mama interesuje się takimi rzeczami i coś mi kiedyś o tym wspominała, ale nie mam na ten temat wyrobionego zdania. Czy możesz mi powiedzieć, jakie moje cechy masz na myśli w tym kontekście?

Mam na myśli przede wszystkim to, że dla «dzieci indygo» najważniejsza jest miłość, i że rodzą się z poczuciem określonej misji, z pasją, która staje się dominującą częścią ich życia.

 Tak więc jestem dzieckiem indygo! (śmiech) Nawet, jeśli nigdy nie myślałem o swoim śpiewaniu i graniu jako o misji.  Robię to, bo tylko to chcę i potrafię robić. I chcę i potrafię śpiewać tylko o miłości, o relacjach międzyludzkich i o wszystkim, co się z nimi wiąże. A jeśli to do kogoś przemawia, jeśli słuchacze się w tym odnajdują, to tylko mogę się z tego powodu cieszyć i być wdzięczny… Ale zaintrygowałaś mnie. Czy są jeszcze jakieś inne cechy „dziecka indygo“?

Tak, jest ich trochę. Na przykład wyróżniający się wygląd, posiadanie swojego, bardzo określonego, stylu. I w tym przypadku myślę przede wszystkim o Twoich tatuażach. Masz między innymi wytatuowanego Klausa Kinskiego, który zwinięty jak embrion, ssie własny palec i leży na nagiej kobiecie. Czy mógłbyś zdradzić, co oznacza dla Ciebie ten tatuaż?

 To świetna metafora artysty, bezbronnego i zagubionego jak dziecko, oraz w ciągłym kontakcie ze swoją kobiecą, intuicyjną stroną. Artysta musi być otwarty na swoją bezbronność, nie może bać się bólu i porażek, które są nieodłączną częścią procesu tworzenia. Tyle razy coś nie wychodzi, że gdybym za każdym razem z tym walczył, to bym zwariował. Robię, co w mojej mocy, ale jest tyle czynników, na które nie mam wpływu! Wsiadłem do tej kolejki górskiej i staram się cieszyć jazdą.

Jedna z piosenek HIM, która bardzo mnie porusza, „In the Night Side of Eden“, przedstawia życie jako „ciemną stronę Raju“, gdzie jesteśmy „ukrzyżowani do marzeń“, które nigdy się nie spełniają, i gdzie dręczy nas przeczucie Raju, którego nie dosięgamy. Czy według Ciebie taki jest rys naszej ludzkiej kondycji: ciągłe aspirowanie do czegoś, czego nigdy nie osiągniemy?

Uważam, że jedną z ważniejszych cech człowieka jest to, że ciągle chce więcej. Kiedy już coś osiągnie, zaraz wyszukuje sobie coś innego, rzadko zadowala się tym, co dotychczas osiągnął i zdobył. Z jednej strony to może być stymulujące, bo dzięki temu się rozwija, ale z drugiej strony to przekleństwo. Znalezienie złotego środka byłoby zbawienne. I tu zaczyna być pod górkę.

Kiedy zagłębimy się w Twoje teksty, odkrywamy, że dopełnianie się przeciwieństw stanowi klucz do Twojej twórczości. Także nazwa „love metal“ zawiera w sobie pewne przeciwieństwo. Chciałabym zatrzymać się przy jednej z tych opozycji: „szczęście-nieszczęście“. Sądząc po tekstach, szczęście jest dla Ciebie podejrzane. Nie można mu ufać i trzeba wystawiać je na ciągłe próby. Odnajdujemy tu także poczucie niezasługiwania na szczęście oraz poczucie, że szczęście nie może trwać. Ciekawi mnie, skąd ten Twój pesymizm w stosunku do szczęścia?

 Pesymizm… Ja bym tego tak nie nazwał, ale fakt, że fascynuje mnie dualizm życia. Wiesz, nie ma szczęścia bez nieszczęścia, dobra bez zła, miłości bez nienawiści. Zupełnie tak, jak w symbolu Yin-Yang. Tylko dzięki istnieniu tych opozycji możemy konfrontować się sami ze sobą, możemy się czegoś uczyć i możemy siebie przekraczać. Gdybym był nieustannie szczęśliwy, to chyba bym sobie strzelił w łeb z tego szczęścia. Nie mówię, że jestem masochistą i szukam sytuacji, które skopią mi tyłek, ale kiedy patrzę wstecz, to właśnie z tych sytuacji wyniosłem najwięcej. Poza tym rodzi się pytanie: Co to jest szczęście? Dla każdego ma ono inne znaczenie.

A jakie ma dla Ciebie?

 Dla mnie szczęście to odnalezienie wewnętrznej równowagi. Zaprzyjaźnienie się ze swoimi demonami.

396

Koniec części pierwszej

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

„Wiedza jest po to, aby się nią dzielić a nie po to, aby była ukryta” – Linde o zajęciach mistrzów gitar

Witajcie,

zapewne już ochłonęliście po ostatnim newsie, w którym mogliśmy oglądać zakochanego Valosa 😀

Pewnie część z was także słyszała niezbyt radosną wiadomość o tym, że w tym roku Helldone się nie odbędzie. Zespół tłumaczy to tym, że skoro nie mogą zaprezentować nowych utworów na festiwalu, to nie chcą grać wcale. Co prawda wspomniane zostało, że są jakieś nowe utwory, ale są one niedopracowane i ze względu na poboczne projekty muzyków zwyczajnie brak im czasu aby zdążyć je „doszlifować” na Helldone.

helldone-600x300

No cóż, ja się i tak nie wybierałam, ale ci którzy mieli taki zamiar mają po prostu pecha :/ Trzeba uzbroić się w cierpliwość i czekać aż do następnego roku…

221A pomijając już fakt samego Valosa, który zamiast zabrać się do pracy to woli romansować z modelkami 😀 mamy dzisiaj wywiad jednego z bardziej pracowitych członków HIM a mianowicie Linde.

Linde nagrał kolejny album wraz Burtonem i Mige, obecnie właśnie koncertują a i on sam wziął niedawno udział w projekcie „Backstage Secrets’ Guitar Master Class”, który odbył się w Rosji a dokładniej w St. Petersburgu.

Z tej okazji prezentuję wam wywiad, którego udzielił podczas Backstage Secrets a który przetłumaczyła LIV, która wydaje się wyrastać na specjalistkę od osoby Linde 🙂 (Ciebie chyba tak nie denerwują wypowiedzi Linde jak mnie i Mel gadanie Valo? 😀 )


linde_970x268-ce743fec12287ccabd6021b8ba056b10296

W niedzielę 11 sierpnia [2016] Backstage Secrets powitało Mikko ‚Linde’ Lindstroma (H.I.M. & Daniel Lioneye) i jego technicznego [od gitary] Kimmo Aroluoma w St.Petersburgu na niesamowitych 4 godz. gitarowych lekcji mistrzów. Pojawili się chętni fani z całego świata, a pozostali mogli oglądać całe wydarzenie w domu dzięki transmisji na żywo. Podczas zajęć mistrzów, Linde i Kimmo odkryli szeroki zakres tematów związanych z gitarą Linde’go i ujawnili wiele tajemnic, które pozwoliły [Linde] osiągnąć niesamowite i niepowtarzalne brzmienie gitary. Podczas całej sesji Linde grał równocześnie z podkładami do piosenek HIM i Daniel Lioneye (włączając w to nowo wydany album Vol. III) oraz odpowiadał na różne pytania od publiczności, zarówno w St. Petersburgu, jak i ludzi oglądających całe wydarzenie przez Internet.

Adam Jessop z ekipy Backstage Secrets miał przyjemność przeprowadzić wywiad z Linde po wydarzeniu, dowiedzieć się co Linde myśli na temat prezentacji podczas zajęć mistrzów i współpracy z Backstage Secrets. Miał on także możliwość zadania kilka dodatkowych pytań o jego gitarę, ostatnio wydany album Daniel Lioneye (i obecnej trasie po Europie) oraz życiu poza zespołem.

imgp1602

Backstage Secrets: Cześć Linde! Jak się czujesz?

Linde: Dobrze! Właśnie skończyliśmy zajęcia mistrzów, które poszły nieźle.

BS: To wspaniale! Zatem właśnie skończyłeś swoją lekcję mistrzów z Backstage Secrets. Jakie to uczucie zrobić coś takiego?

Linde: Oh, to było super. Byłem zaskoczony jak szybko to minęło. To były 4h, a czuję jakby to trwało chwilę!

BS: Tak, mam tak samo, oglądałem je i minęły mi dość szybko. Więc czujesz, że to dość duży krok w twojej karierze? Nie tylko grać na gitarze, ale nagle prowadzić zajęcia z tego, lekcje i temu podobne rzeczy. Jakie to uczucie?

Linde: Szczerze mówiąc to dość dziwne! Wiesz, ja dający lekcje gry na gitarze, ale dzięki Bogu mam ze sobą mojego technicznego [od gitary], który w większości mówi!

BS: Zatem w jaki sposób dostałeś się na pokład programu Backstage Secrets? Jakie były do tego przygotowania?

Linde: Tim Palmer zaproponował, abym został rezydentem Backstage Secrets. Więc spotkałem się z Konstantin’em w Helsinkach i to wszystko od tego się zaczęło. Zrobiliśmy jedne zajęcia mistrzów w Finnvox z Brian’em Virtue a potem zrobiliśmy także małą sesję w sklepie Kimmo w Helsinkach. A teraz jest trzecia. Więc to nie jest tak, że robię to od zawsze, ale nadal – jest to dość świeże.

BS: Więc jakie to uczucie, właściwie odsłaniać swoje gitarowe sekrety przed publicznością? Jesteś szczęśliwy kiedy ludzie mogą być bliżej twojego brzmienia? A może czujesz się jak czarodziej, który właśnie odkrywa swój sekret?

Linde: Nie, myślę że wiedza jest po to, aby się nią dzielić a nie po to aby była ukryta. W każdym bądź razie, nie chcesz kopiować nikogo w żaden sposób. Więc informacje mogą być przekazane. Nie będziesz w stanie brzmieć jak ja, albo ktokolwiek inny, nawet jeśli będziesz próbował. Tu nie chodzi o sprzęt, dźwięk jest po prostu w twoich palcach.

BS: Tak, to najważniejsza rzecz jaką właściwie wyniosłem z zajęć, zanim jakiekolwiek pedały i wzmacniacze są włączone, to zawsze kwestia twoich placów, od samego początku. Okay, w takim razie mam kilka pytań o twoją gitarę. Dużo mówiono podczas zajęć mistrzów, ale nadal nad kilkoma sprawami chciałbym podyskutować. Jak często zmieniasz gitary? Przez lata odszedłeś od Marshall’a do Laney’a, a teraz do 5150. Co wpływa na te zmiany?

Linde: Zgadza się, wybrałem 5150, dla dłuższego utrzymania [dźwięku] i większego uderzenia, i myślę że moja przekładnia [bieg] i sprzęt zmieniają się w zasadzie z każdą trasą. Po każdym albumie, kiedy wracasz do sali prób i próbujesz uzyskać taki dźwięk jak na żywo, musisz myśleć o tym “co powinno być zmienione” i tak dalej.

imgp1666

BS: Robisz to sam? Czy Kimmo to robi? Znajduje dla ciebie pedały i je testuje? Czy sam znajdujesz sprzęt i myślisz sobie „Ooh, lubię to! Spróbujmy i dopasujmy to gdzieś”.

Linde: Ostatnio kiedy poszedłem do jego [Kimmo] sklepu wziąłem około 40 pieprzonych pedałów i przyniosłem do studia, tylko po to, aby je wypróbować. Możemy mieć pomysł jakiego dźwięku szukamy, więc rozmawiamy z Kimmo, który wymyśla jak osiągnąć i wyprodukować taki dźwięk.

BS: Więc właściwie jak bardzo słuchasz Kimmo? Czy zawsze podążasz za jego radami jeśli chodzi o takie rzeczy jak wzmocnienie na scenie i kolejność efektów? Czy czasem mówisz „Nie, mam zamiar zrobić to po swojemu, wolę tak”

Linde: Czasem tak, ale zazwyczaj najlepiej jest posłuchać jego. Jest bardziej zaawansowany niż ja!

BS: Słyszałeś kiedykolwiek wcześniej termin GAS? ‚Guitar Acquisition Syndrome'[‘Syndrom Nabycia Gitary’] – To syndrom, w którym gitarzyści są jak „Ooo musze to mieć, chcę tego, potrzebuję tamtego” Masz coś takiego?

Linde: Tak, łatwo w to wpaść. Podczas nagrywania w domu, masz swoje małe studio i kończysz na testowaniu miliona wtyczek, nie koncentrując się na muzyce. Łatwo się zatracić w całym sprzęcie i tym gównie, tak.

BS: Yeah zdecy30dowanie, zawsze musisz mieć niewielką zabawę z tym co masz. Pamiętam jak powiedziałeś podczas zajęć o zniekształceniu dźwięku a la ‚Mickey Mouse’ [fuzz – zniekształcenie dźwięku bzyczące lub charczące] i temu podobnych rzeczach. Musisz z nimi grać. Okay, porozmawiajmy o Daniel Lioneye. Dominującą opinią jest, że Vol III jest twoją najbardziej wytrawną pracą do tej pory – zgadzasz się z tym?

Linde: Cóż, uważam, że jest zdecydowanie najlepsza z naszych 3 albumów i myślę, że wreszcie znaleźliśmy “ten” dźwięk.

BS: W porównaniu do starszych albumów, czy w najlepszych piosenkach nadal siedzi coś z nich?

Linde:  Yeah, z pierwszego albumu nadal kocham King of Rock and Roll, a International Pussy Lover jest ciągle moim ulubionym. Z Volume 2 The mentat, ciągle gramy to na żywo.

BS: Tak, zauważyłem że grasz to na żywo, to miłe. Planujesz grać też inne klasyki?

Linde: Myśleliśmy o kilku piosenkach z Volume 2, ale … uh… Nie pamiętam ich pieprzonych tytułów …. uh…. cholera …. [ha ha rozwalił mnie tym totalnie – liv]

BS: Kiss of the Cannibal? I Saw Myself?

Linde: Tak! Kiss of the Cannibal był jednym z tych [utworów], ale zdałem sobie sprawę z tego, ze riff jest dość podobny do tego z Aetherside, więc musiałem odpuścić.

BS: Na nowym albumie, twój sławny ‚wah’ dźwięk prawie nie istnieje. Jaki powód się za tym kryje? Czy chciałeś zrobić coś innego, a może czułeś, że to tutaj nie pasuje?

Linde:  Wygladało to tak, że zrobiłem demo wszystkich piosenek. Taki ich prototyp, z zaprogramowaną perkusją, nagrałem solówki i tak bardzo mi się one spodobały, że nie chciałem nagrywać ich ponownie. Zostały nagrane bez pedała ‘wah’. Więc utknąłem z demówkami. To często mi się zdarza z solówkami, pierwsza wersja jest zawsze najlepsza, a kiedy zaczynam ją dopieszczać [polerować] zamienia się w gówno!

BS: Yeah,to coś w stylu utraty pierwotnej ‘esencji’ i pasji po pierwszej wersji. Okay, obecnie masz trasę koncertową. Jakie to uczucie grać przed niewielkim tłumem w zestawieniu do wielkich festiwali i scen. Czy jest bardziej intymnie czy przerażająco?

Linde:  Powiedziałbym, że mniejsze sceny i mniejsza publiczność są bardziej przerażające niż te wielkie imprezy na 20 000 ludzi, gdzie nie czujesz się realnie. Także publiczność jest dużo dalej i nikt nie jest z tobą twarzą w twarz, a kiedy grasz w małym klubie każdy jest przed twoja twarzą. To jest bardzo osobiste. (Kocham koncerty w małych klubach! Będę to powtarzać aż do śmierci ehehe – C.N.)

2

BS: Miałeś ostatnio zbyt natrętnych fanów na swoich koncertach?

Linde: Cóż, oczywiście zawsze zdarzają się zbyt natrętni fani, ale wiesz … ludzie wiedzą jak się zachowywać!

BS: Czy jest coś co zabierasz ze swojego projektu Daniel Lioneye z powrotem do HIM? Zabierasz to „cięższe” metalowe podejście z powrotem?

Linde: Cóż … nie wiem jaki będzie przyszły dźwięk HIM. Zawsze kiedy masz przerwę i robisz w niej coś innego, to to wpływa na rzeczy związane z HIM. Pośrednio albo nawet jeśli o tym nie myślisz, to to się dzieje.

BS: Okay, teraz kilka pytań o twoje życie poza zespołem, na przykład w domu. Jak ćwiczysz w domu? Grasz piosenki czy po prostu ćwiczysz technikę?

Linde: Gram swoje rzeczy. Gram na gitarze akustycznej ze względu na struny, które są dużo cieńsze, o wyższym brzmieniu, na których ciężej grać. Kiedy ćwiczę w ten sposób, potem jest dużo łatwiej grać na gitarze elektrycznej, więc uważam to za całkiem użyteczne.

BS: Okay, a w domu, jak dużo eksperymentujesz? Tylko zmieniając pedały i ustawienia, w tym siedzisz?

Linde: Tak, oczywiście. Daję się ponieść emocjom. I to jest świetna zabawa!

BS: Tak z pewnością! Jak dużo czasu spędzasz serfując po sieci w poszukiwaniu osprzętu do gitary? Przeglądasz recenzje, fora, filmiki na YT?

Linde: Oglądam moje ulubione SYL na YT, albo moje ulubione występy Iggy’ego. Czasem chodzę do Gearslutz lub czegoś w podobnego kiedy szukam konkretnych informacji o niektórych pedałach czy dynksach. I to jest wspaniałe, bo wszystko jest dzisiaj w Internecie. Jeśli chcesz czegoś się dowiedzieć, możesz to bardzo szybko znaleźć.

BS: Tak Internet jest do tego dobry. Mówiąc o YT, widziałeś covery twoich kawałków? Lubisz słuchać kiedy ludzie biorą je na warsztat czy wolisz nie słuchać kiedy twoje utwory są brutalnie mordowane?

Linde: Nie, wcale! Sądzę, że to wspaniałe kiedy ludzie robią covery. Zawsze jest zabawnie je oglądać. Nigdy nie byłem typem „jak on śmiał zniszczyć moją piosenkę”, to wcale nie jest tak.

imgp1729

BS: Tak, czasem znajdujesz ludzi, którzy mają swój sposób na nie [piosenki]. Nie chodzi o to jak grasz, albo jak można je zinterpretować jako „źle zagrane”, ale jej inna ‘wersja’ musi być miła do słuchania.

Linde: To nie o to chodzi. Kiedy ktoś robi cover mojej piosenki, doceniam to.

BS: Okay, ostatnie pytanie … dready … jaka będzie ich przyszłość?

Linde: Haha! Cóż, tak, nadal rosną. Są już całkiem spore!

BS: Yeah, pamiętam, że zrobiłeś je w okolicach [albumu] Deep Shadows, a potem 7 czy 8 lat temu obciąłeś je.

Linde: Zgadza się, były zbyt długie, za ciężkie i pewnego dnia wkurzyłem się, wziąłem nóż i je uciąłem.

BS: A o co chodzi z tym związywaniem ich z tyłu teraz? Czy dni kiedy dyndały ci przed oczami już minęły?

Linde: Cóż, tak wygląda fajniej …ale to jest wkurzające mieć je przed oczami.

BS: Mogę sobie to wyobrazić podczas grania. Miałeś jakieś wypadki grając na żywo? Na przykład, gdy utknęły między strunami?

Linde: Tak, to często się zdarzało. To kolejny powód dla którego są teraz upięte haha.

BS: Okay, to była niesamowita przyjemność porozmawiać z tobą Linde. Dzięki za prowadzenie zajęć mistrzów razem z nami na Backstage Secrets, mam nadzieję na dalszą współpracę w przyszłości.

Linde: Tak, dzięki Adam. Wszystkiego najlepszego!

BS: Wszystkiego najlepszego. Dzięki Linde!

imgp1755

A my dziękujemy Liv za przetłumaczenie wywiadu 🙂

Źródło: Backstage Secrets

Tłumaczenie: Liv

A może są tu jacyś gitarzyści/gitarzystki???

lghr18125professional-air-guitarist-homer-simpson-poster

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!