The sacrament is ALL OF you – relacja z koncertu w Zurychu

Hello Sweethearts 🙂 Komu zimno? XD

Wiecie jak to się mówi –> Psy szczekają, karawana idzie dalej 😀

I tak samo idzie pan Valczak wraz z kolegami, koncert za koncertem, aż do tego ostatniego…

 

Na przystawkę serwuję wam dzisiaj nieznany wywiad, w którym pan Valo wypowiada się o modzie 😀 I nie, nie tylko w stylu – a biorę se czarną koszulkę, jakieś tam spodnie i zarzucam marynarką XD Aha.. no i dodatkowo ubieram się w urok osobisty 😛

Posłuchajcie sami (wywiad po angielsku z niemieckimi napisami)

Zaś na danie główne —> leci relacja z koncertu w Zurychu (jeszcze ciepła 😀 no prawieeee…:P)


« The sacrament is ALL OF you »

HIM  w Zurychu

Oczekiwanie na ten koncert było dla mnie bardzo szczególne. Bilety kupiłam już pierwszego dnia sprzedaży, a że mieszkam we wschodnio-centralnej Francji, to najbliżej miałam na koncert w Zurychu. Dziewięć miesięcy ambiwalentnych uczuć, takich jak radość, smutek, złość, rozczarowanie i nadzieja. Dziewięć miesięcy życia fana na kolejce górskiej. 😀 Jechałam więc na ten koncert trochę niepewna: W jakim humorze będzie Ville? No i jak tam z głosem? Świetny występ w Warszawie i entuzjazm naszych poValonek nastawiły mnie jednak bardzo pozytywnie. Początek koncertu zaplanowano na dwudziestą, otwarcie bramek na dziewiętnastą. Mój ukochany i ja do Zurychu dotarliśmy przed szesnastą. Byłam poddenerwowana i popędzałam go trochę, podczas gdy on krążył, szukając parkingu blisko klubu X-TRA:
Kurczę, Gillou, ja chcę stać z przodu. Już jest czwarta, pewnie już zebrał się tłum ludzi!”.
A zależało mi, żeby być w pierwszym rzędzie, bo na ten koncert przygotowałam specjalny różowy kaszkiet, który zamierzałam rzucić na scenę. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że przed klubem o czwartej było tylko kilka osób! Zajęłam swoje miejsce i powiedziałam stanowczo, że już się stąd nie ruszam.
Kolejka wydłużała się bardzo powoli, ale skutecznie. Ochrona otworzyła bramki punktualnie.
Gillou i ja szybko udaliśmy się do szatni, która okazała się płatna, a nie mieliśmy gotówki, tylko karty… więc klops. Trzeba było jakoś przeżyć ten koncert z jedną kurtką kompletnie sprasowaną w małym plecaku, a drugą między nogami. Jeszcze tylko toaleta i szybciutko po schodach na górę.
O pierwszym rzędzie mogłam sobie pomarzyć! Udało mi się stanąć w czwartym. Nie byłam pewna, czy  kaszkiet doleci na scenę. Koniec końców zrezygnowałam. Mówi się trudno.

Na rozgrzewkę wszedł “The Biters”. Został przyjęty bardzo entuzjastycznie. Wokalista okazał się zabawnym gadułą. Zachęcał ludzi do klaskania i wymachiwania rękami na różne sposoby. Komplementował dziewczyny stojące z przodu, zagadywał też do bardziej oddalonej publiki. Ich około godzinny występ był połączeniem nieco przerysowanego scenicznego aktorstwa z popisami gitarowymi. Słuchało się tego dobrze, ale trochę jak godzinnego jednego utworu. Na pierwszy odsłuch piosenki wydawały mi się bardzo do siebie podobne, nie miały w sobie nic charakterystycznego. Chłopaki są, jak na mój gust, za bardzo wystylizowani i za bardzo chcą udowodnić, że są totalnie rock’n rollowi. Ich żywiołowy występ pozwolił jednak trochę rozładować narastające napięcie.

Nareszcie nadszedł tak długo wyczekiwany moment! Weszli ONI. Valo na końcu, jak ma to w zwyczaju. Nagle poczułam, że tłum wokół mnie się zacieśnia i jego parcie przesunęło mnie delikatnie w prawo. Bycie ściśniętą jak sardynka w puszce nie przeszkodziło mi jednak zauważyć, że od pierwszych chwil koncertu Ville tryskał doskonałym humorem. Rozkosznie było patrzeć na jego uśmiechy, posyłane w stronę publiki gesty, spojrzenia i żarty, a to wszystko z “taką pewną nieśmiałością”. 😀 Cały koncert Ville był czarujący i był też czarusiem.           W pewnym momencie miałam wrażenie, że zauważył mój różowy kaszkiet i napis na daszku (który był swego rodzaju mrugnięciem oka w stronę naszych poValonek i ich transparentu z Warszawy 🙂 ), i że uśmiechnął się do mnie, nawet kilka razy, ale wiecie, jak to jest… każdemu się wydaje, ze wokalista patrzy właśnie na niego. Fajnie jest mieć to przekonanie, ale prawdy się nie dowiemy.

Pomyślałam, że może podaruję Valo ten kaszkiet przez jego tatę, kiedy przyszłego lata zawitam ponownie w Helsinkach i zajdę do sex-shopu, ale mam jeszcze czas, by o tym zadecydować.

 

Ville żartował też trochę z każdym z chłopaków. Między innymi zwrócił się w stronę Mige podczas śpiewania „Wicked Game“, tak jakby adresował słowa tej piosenki do niego. 😀 Swoją drogą basista tego wieczora także był rozbrajający, w kapeluszu à la Włóczykij z „Muminków“. 😀 Linde był bardzo dyskretny, ale raz żartobliwym gestem poprosił publiczność o większy aplauz po jednej ze swoich  solówek. Burton natomiast żegnał się z fanami dłużej niż zwykł to robić przed tą trasą. Zatrzymał się na środku sceny, ukłonił się i pomachał. Ja w każdym razie wyczułam w jego zachowaniu jakąś odświętność, pragnienie zaakcentowania, że to już ostatni raz.

A jeśli wspominamy o prezentach, to z publiki poleciała w stronę Valo malutka książeczka, która przykuła jego uwagę, bo ją chwilę przekartkował i podziękował za nią. Na scenie znalazło się też coś, co z daleka przypominało mokrą pieluchę :D, a co z pewnością było zawiniątkiem z jakimś skarbem w środku. Reakcję Valo na ten tajemniczy prezent możecie zobaczyć na zarejestrowanym przez Gillou filmiku.

 

 

Wiem, że Cat zastanawiała się, jaka będzie szwajcarska publiczność. Muszę powiedzieć, że fani bawili się świetnie i byli bardzo reaktywni. Przynajmniej ci z przodu. Pojawiła się fińska flaga, może też dlatego, że 6 grudnia, w dzień koncertu, Finlandia świętowała stulecie swojej niepodległości. Zdarzył się także mały incydent. W pewnym momencie dziewczyna tuż za mną krzyknęła: „You are fucking asshole!“ Może jest niezadowolona, że zespół się rozpadł. 😀 Valo powiedział tylko, że to bardzo nieładne wyzywać tak ludzi i pogroził jej palcem.

 

Co do nagrywania i robienia zdjęć telefonami, na który to temat rozgorzała tu na blogu dyskusja, to owszem, ludzie ich używali, ale miałam wrażenie, że z tym nie przesadzali. Ja sama chciałam przede wszystkim być Tu i Teraz, a nie uczestniczyć w koncercie przez ekran telefonu. Zrobiłam więc jedynie kilka zdjęć, a Gillou nagrywał fragmenty utworów, kiedy tylko mógł wyciągnąć ręce, „ściśnięty pomiędzy blondynką i brunetką“, jak podsumował swoją niewygodną pozycję. 😀 Nasze zdjęcia są marnej jakości, ale dzielę się z Wami tym, co mam. 🙂

 

 

Miałam wrażenie, że prawie dwugodzinny koncert minął w pięć minut. Nie przejmowałam się tym, że – jak to zwykle z przodu – głos Ville zagłuszony był instrumentami i że często trudno mi było delektować się niuansami w utworach. Najważniejsze, że czułam tę jego niesamowitą energię i mogłam jej troszkę zaczerpnąć. Nie wiem, jak niektórzy z Was to robią, że pamiętają kolejność utworów. 😀 Osobiście mogę wyszczególnić jakie utwory grali, ale kolejności już nie. Zapamiętam kapitalną solówkę Burtona (Zabijcie mnie, ale nie mam pojęcia, w której piosence!), zabawy wokalne Ville i zmianę w tekście „The Sacrament“, bo w pewnym momencie zaśpiewał „The Sacrament is ALL OF you“. Taki mały gest w stronę fanów 🙂

Oczywiście nietrudno było zauważyć, że Ville momentami nie wyciąga góry, więc maskuje to krzykiem, a jego głos nie ma już tej barwy i głębi, jakie miał dwadzieścia czy choćby dziesięć lat temu, ale dla mnie to są tylko szczegóły. Porwała mnie alchemia zaistniała między fanami a zespołem. Na pewno nie zapomnę tego uśmiechu Ville, który zdawał się mówić: “Kurczę, jak one krzyczą! To naprawdę z mojego powodu?“ 😀

 

 

Tekst i zdjęcia: Ewa Włodarczyk

Dzisiaj panowie grają w Luksemburgu. Został już  nieco ponad tydzień do zakończenia tej części trasy. Następny etap, będzie tym końcowym —> koncerty Helldone!

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

Reklamy

Bardziej lub mniej obiecane relacje z Hamburga :)

Cześć 😀
Ja widzę, że się tu rozpisaliście – ładnie, ładnie 🙂 Można by rzec, że lecicie jak burza 😀
Dzisiaj zapodaję relację z Hamburga – a w tym samym momencie jedna z naszych PoValonek udaje się właśnie na koncert do Zurychu (lub już nawet jest w środku) – jeśli ktoś zobaczy różowy to zapewne to ona 😀 Udanej zabawy i czekamy na słów parę o tym jak było 🙂
W sumie jestem ciekawa – Szwajcarzy to chyba nie ten typ narodu co by szalał na rockowych koncertach… Ale mogę się mylić hm…. Poczekamy, zobaczymy 😀

Hamburg,Docks  29.11.2017 ,środa HIM- dzień pierwszy
Na miejsce dotarłam stosunkowo późno, ok 17:00.Przed klubem stał już pokaźny tłum zmarzniętych fanów.Spodziewałam się,że o tej porze będzie już znacznie więcej ludzi i będę gdzieś na szarym końcu, ale do owego końca było mi jednak daleko.Można powiedzieć, że trochę sobie odpuściłam ten koncert. Jeszcze nie doszłam do siebie po poniedziałkowym koncercie Stone Sour, a wiedziałam, że będę miała drugą szansę na lepsze miejsce na drugi dzień.
Jedna dziewczyna rozdawała fioletowe balony z czarnym logiem HIM, miały zostać nadmuchane i puszczone w czasie koncertu. Miała ich cały worek …ale do tego jeszcze wrócę.
W środku przeżyłam bardzo miłe zaskoczenie. Część osób rozlokowała się przy barze i na siedzeniach po bokach, tak więc zajęłam sobie miejsce w 4 rzędzie, może metr od środka sceny. Ludzie przede mną byli odpowiedniego wzrostu by mi nie zasłaniać ( scena w Docks jest bardzo wysoka). Jak się później okazało było to wprost idealne miejsce, którego nie zamieniłabym na żadne inne.
Punktualnie o 20 na scenę wyszedł support. Jesus. Fucking. Christ… Miałam wrażenie, że oglądam pierwszy lepszy szkolny band. Jak dla mnie byli okropni. I nie chodzi mi tu tylko o ich fryzury. Słuchając bezczelnego dowcipkowania frontmana można by się pomylić i pomyśleć, że ma się przed sobą prawdziwą gwiazdę z ugruntowana pozycją na rynku. A to, że przypominał mi brzydszą, bezbarwną kopię Ville jeszcze pogarszała jego ocenę w moich oczach. Może się czepiam. Nie wiem. Nie podobali mi się. Nie moje klimaty i tyle.

Było dobrze po 21 gdy wśród okrzyków i pisków nasi chłopcy weszli na scenę. Kiedy pojawił się Ville publiczność należała wyłącznie do niego. Ledwo wszedł już nas czarował i hipnotyzował tym seksownym powłóczystym spojrzeniem. Zalała mnie fala gorąca.Ville nie jest w moim typie, ale z jakiegoś powodu jest w mojej top  3 najseksowniejszych stworzeń. Choć czasy szczenięcej miłości dawno mam za sobą, moje serce zatrzepotało. Jestem ciekawa ile z Was, z osób, które szły na koncert bez większego entuzjazmu poczuły się jak rażone piorunem, kiedy Książę wszedł na scenę z tym swoim tajemniczym uśmieszkiem.
Wyglądał świetnie. To był ten sam Ville, którego niemal 10 lat temu dwukrotnie widziałam dokładnie na tej samej scenie. Ku mej ogromnej radości nie miał na głowie tego obrzydłego ustrojstwa, które przez długi czas zdawało się być zrośnięte z jego głową. Miał zwykłą czarną czapkę spod której wyłaniały się niesforne loki. Do tego kubrak, bardzo obcisłe portki uwydatniające jego chudość i fajne ciężkie buty. Prezentował się piekielnie dobrze.
Zaczęli standardowo od Buried Alive By Love. Jest to piosenka, którą kocham. Jest to piosenka, którą już dawno powinni wyrzucić z setlisty razem z Soul on fire. Nie pojmuję dlaczego Ville tak się katuje. Po jego minie widać, że nie jest zadowolony z dźwięków, które wydobywają się z jego gardła. Nie daje już rady przy tych utworach i doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Przecież ma uszy. Ja sama nie potrafię powstrzymać grymasu, kiedy atakuje dźwięki, które są poza jego zasięgiem. Zazwyczaj kończy się to serią karykaturalnych udziwnień, za które mogłabym skopać tę jego chudą dupę. Swoją drogą jego Pani mogłaby go trochę podkarmić…
Na drugim utworze – Heartache Every Moment udało mi się naprawić swój „błąd” sprzed niemal 10 lat. Otóż na koncercie w 2008 Ville zatrzymał na mnie swój hipnotyzujący wzrok i posłał mi jeden ze swoich pięknych uśmiechów. Przechodziłam wówczas dziwny okres w życiu i… zamordowałam go wrednym spojrzeniem – a możecie mi wierzyć, że bazyliszek to przy mnie pikuś.
10 lat później sytuacja się powtórzyła, tym jednak razem odwzajemniłam uśmiech, mało tego, uśmiechnęłam się najpiękniej jak potrafiłam.

Jeśli byliście na koncercie HIMa i mieliście szczęście spotkać wzrokiem spojrzenie Ville to znacie to uczucie. Wiecie, że kiedy Ville Valo na Ciebie patrzy to patrzy NA CIEBIE. Prosto w oczy, jakby w nich tonął, jakby zaglądał w duszę.
W międzyczasie okazało się, że głowa chłopaka obok mnie zasłania mi Linde. Żeby go zobaczyć musiałam się nieznacznie wychylić. Mimo to nadal twierdzę, że miałam najlepsze miejsce ;o)
Na widowni były przynajmniej dwie Finki. Jedna z nich zawołała coś po fińsku,Ville jej odpowiedział i…zaczął śpiewać happy b-day po fińsku, gdy skończył powiedział do tej drugiej – „To było specjalnie dla ciebie sweetheart”
Mówił coś jeszcze, ale bez bicia przyznaję,że zawsze bardzo mało go rozumiem na koncertach, kwestia nagłośnienia i akustyki w połączeniu z jego niskim, mruczącym  głosem. Śmiał się, więc można założyć, że było to coś zabawnego ;o)
Gdy światło na chwilę zgasło skurczyłam się i zaczęłam nadmuchiwać balon, który dostałam w kolejce. Puściłam go, chwilę później dołączył do niego drugi balon… i to by było na tyle jeśli chodzi o balony. Z całego worka tylko dwa dryfowały w powietrzu. Inni zapewne uznali, że to niezła suwenira i zostawili je bezpieczne w swoich kieszeniach.W pewnym momencie jeden z balonów doleciał na scenę, Ville go podniósł i pokazał chłopakom, po czym odłożył do reszty skarbów rzuconych na scenę.
Było standardowe dowcipkowanie z Mige i dokuczanie Lindemu (yyy to się odmienia? ) i Burtonowi. Było migowe narzekanie na odsłuch. Było wszystko. W kilku zwięzłych zdaniach Ville podziękował za przybycie i w następnej chwili już ich nie było.
Podsumowując koncert był dobry, bardzo dobry. Jedynym rozczarowaniem dla mnie był bis. Nie wiem czy to kwestia drętwej niemieckiej publiczności (Niemiecka publiczność ma  opinię drętwych drewnianych kloców w światku muzycznym , nie chodzi tu o żadne moje uprzedzenia),czy po prostu uznali, że mają jeszcze jutrzejszy dzień? Zagrali tylko „Rebel Yell”. A ja tak bardzo liczyłam na moje ukochane „When Love And Death Embrace” ;o((
Pomachali, zeszli ze sceny i … rozbłysły okrutne światła odbierając nadzieję na ciąg dalszy.
Hamburg,Docks 30.11.2017 czwartek, HIM – dzień drugi
Obawiałam się, że tym razem ludzie zaczną się szybciej zbierać, żeby zająć lepsze miejsca – słyszałam to też w kolejce poprzednim razem. Chcąc nie chcąc, przyjechałam godzinę wcześniej, czyli o 16. Pod klubem przeżyłam mały szok – było tylko 10 osób (z czego przynajmniej 4 czekały od 11:00!!!) Było strasznie zimno. Uwielbiam zimę,ale znam ciekawsze i znacznie przyjemniejsze zajęcia niż kilkugodzinne stanie niemal bez ruchu na mrozie. Kiedy ludzie zaczęli się zbierać staliśmy tak blisko siebie jakby łączyła nas nie wiadomo jaka zażyłość, nikt jednak nawet nie pomyślał aby się odsunąć, wręcz przeciwnie : gdy nieznacznie zmieniłam pozycję dziewczyna stojąca przede mną odwróciła się i spojrzała na mnie z wyrzutem i zapytała czy nie wolałabym przytulić się do jej pleców ;o)
O 19:00 wpuszczono nas do środka.Mogłam bez problemu stanąć w pierwszym rzędzie, ale znam ten klub dość dobrze i wiem,że nie jest to najlepszy pomysł.Stanęłam więc w drugim rzędzie za dziewczyną, która miała max 150cm wzrostu ( nos biedaczki znajdował się dokładnie na wysokości włochatej smrodliwej pachy jej towarzyszki ). Widok miałam idealny, nieograniczony i nikt nie miażdżył mi klatki piersiowej barierkami. Nie mogło być lepiej. Kłamię. Mogło. Dzień wcześniej było.
Po pierwsze stałam nieco dalej od sceny, nie musiałam więc wysoko podnosić głowy by obserwować show, a po drugie jak powszechnie wiadomo Ville nie zaszczyca spojrzeniem pierwszych rzędów. Nie żeby mi na tym zależało, ale nie pogardziłabym jeszcze jednym jego uśmiechem. Cóż, tutaj mi to nie groziło.
(…)
Po którejś z piosenek Ville – ubrany dokładnie tak jak dzień wcześniej – zawędrował na tyły sceny i wykrzyknął nagle :”Who the fuck farted?!” i błądził oskarżycielskim wzrokiem od jednego do drugiego. Żaden z chłopaków nie przyznał się do popełnienia czynu.
Rozglądając się po zebranych widziałam ludzi w bardzo różnym wieku. Moją uwagę przyciągnęła kobieta na oko 60letnia, która bardzo obficie się pociła. Zerkałam na nią co jakiś czas z niepokojem. W którymś momencie ochroniarz chciał ją wyciągnąć, ale mówiła, że nic jej nie jest. Dali jej wody. Ville dostrzegł niewielkie zamieszanie jakie to wywołało i…zapytał straszą panią czy chce wody. Chciała. Co zrobił Książę? Poszedł po swoją upitą wodę i rzucił w nią.
Dosłownie.
Trafił ją we włosy, zrobił przy tym minę jak niesforny dzieciak, który niby wie, że źle postąpił, a jednocześnie nie może powstrzymać uśmieszku zadowolenia. W rezultacie kobietę jednak wyciągnięto z tłumu, ale cały czas mocno ściskała swoją wodę święconą od Hermaniego.(Żeby nie było…nie wynieśli jej przez to, że rzucił w nią butelką, powiedzmy, że zaledwie musnął jej włosy ;o) )
Miły gest prawda? Fanka źle się czuje, więc wokalista daje jej swoją wodę. Tiaaaa. Miły gest.

(Nie wiem jak wy ale ja mam ochotę mu tak zrobić – co za menda społeczna… Mój pomysł z bojkotem Valosa chyba nie jest taki chybiony…wrr…. -C.N)

Ville ta menda nie dałby jej nawet kropli wody gdyby nie była w wieku jego matki. Gdyby któraś z nas była na jej miejscu nawet by na nas nie spojrzał. To świetnie pokazuje jak się nami bawi. Nie mówię, że to źle, niech ma chłop trochę zabawy, czyż nie? Pamiętam jak na koncercie 10 lat temu ochroniarz wyłowił z tłumu dziewczynę, która ledwo żyła, ale wciąż rozpaczliwie wołała „Ville,Ville” A co zrobił Ville? Nic. Nawet na nią nie spojrzał.
Niskie dziewczę stojące przede mną rzuciło czapkę na sam brzeg sceny w chwili, w której akurat zgasły światła. Kiedy ponownie rozbłysły Ville zaczął śpiewać i stanął tam gdzie spędzał większość czasu, czyli na brzeżku sceny.(Gdyby się pochylił i wyciągnął rękę,osoby z pierwszego i być może nawet drugiego rzędu z powodzeniem dosięgnęłyby jego kończyny)Bezceremonialnie, nieświadomie zdeptał prezent. Odszedł kawałek i spostrzegł czapkę. Przez chwilę – jeśli uchwyciło się jego wzrok – można było czytać w jego twarzy. Najpierw uświadomił sobie, że to milutkie, mięciutkie coś co tak przyjemnie pieściło jego buciki to prezent od fana.Następnie dotarło do niego, że to podeptał, zbezcześcił. Dalej jego mina mówiła „Co zrobić z tym gównem? Zostawić i udawać,że niczego nie zauważyłem? Podnieść i podziękować?” Bił się z myślami do następnego refrenu. Ostatecznie podniósł czapkę dwoma palcami jakby bał się,że pobrudzi swoje cenne paluszki. (Trzeba było nie podeptać jej brudnymi buciorami!!! ) i rzucił ją koło perkusji. Średnio fajne…
 (Wiem, że pewnie zaraz zostanę zlinczowana – podtrzymuję jednak swoje zdanie, że ktoś powinien spuścić Łilemu porządny wpir…l, żeby się opamiętał, bo jak widać odleciał trochę za bardzo… -C.N)
Byłam na wielu koncertach i jeszcze nigdy nie widziałam, by ktoś tak pajacował z odsłuchem jak Ville. Te ciągłe znaki do techników, grymasy niezadowolenia sprawiają, że czasem odbieram go jak jakąś divę. A robi to na każdym koncercie, praktycznie po każdej piosence. To już jakby część choreografii.
Linde często odwracał się do wzmacniaczy i głośników, tak jakby mówił, że przecież i tak nikt nie zwraca na niego uwagi i może grać choćby plecami do nas. Nic bardziej mylnego. Patrzenie na niego, słuchanie gdy gra to czysta przyjemność.
Pod koniec Ville powiedział, że wszystko dobiega końca i oni są tego najlepszym przykładem. Ogólnie dużo mówił i śmiał się. Obserwując ich żarty i drobne przepychanki zastanawiałam się ile z tego jest prawdziwe, a ile to część wyreżyserowanego show?
Zagrali moje ukochane „Stigmata diaboli”, „Razorblade kiss” i „It`s all tears”. Byłam w siódmym niebie. Cieszyłam się, że setlista nie jest identyczna z wczorajszą.

Gdy rozbrzmiały pierwsze dźwieki bisowego ‚Rebel Yell” pomyślałam, że to nie może się tak skończyć… I nie zawiodłam się. Płynnie przeszli w „When love and death embrace”. Salę przebiegła fala pisków, a następnie szlochów, gdy polały się pierwsze długo powstrzymywane łzy. I moje oczy się spociły. Świadomość, że pewnie już nigdy nie zobaczę, nie usłyszę ich w takim składzie była wyjątkowo dołująca w połączeniu z granym właśnie utworem. Przecież zakończenie kariery jest w pewnym sensie śmiercią.
Tak jak poprzednio pomachali nam i już ich nie było. Światło rozbłysło ponownie zbyt wcześnie. Widząc te wszystkie zapłakane twarze, moje oczy automatycznie wilgotniały.
To był koniec.
Gdybym miała podsumować oba koncerty… mam brzydkie uczucie jakby wcześniejszy gig potraktowali po macoszemu. Jakby KTOŚ uznał, że nie muszą się tak produkować, mają jeszcze jeden koncert by pozostawić super wrażenie. Mam nadzieję, że tak nie było, że to po prostu samo tak wyszło. Nie każdy mógł być obecny na obu koncertach. Dla większości koncert 29.był jedynym. Ostatnim. Nie chcę powiedzieć, że tamten koncert był zły. Nie był! Był bardzo dobry. Ale ten ostatni był SUPER. Chłopcy zdawali się mieć wiele więcej frajdy z grania,Ville dużo więcej gaworzył i żartował.
Żałuję,że nie byłam na koncercie w Stodole…ale przynajmniej mogłam ich zobaczyć dwa razy. Tak się pocieszam…
HIM towarzyszył mi przez ostatnie 17 lat, dorosłam z nimi.W moim życiu zmieniło się właściwie wszystko w tym czasie i mogę szczerze powiedzieć,że byli i są jedynym stałym punktem w moim życiu. Nawet kiedy miałam przerwy, zawsze do nich wracałam. Przynosili mi ukojenie gdy go potrzebowałam. Osuszali łzy lub dawali pretekst by się wypłakać. Muzyki, którą nam dali nikt nam nie odbierze, uczuć, które w nas budzi także nie. Jest smutno, bo to koniec pewnego rozdziału również w naszym życiu, ale ten koniec nie musi oznaczać czegoś złego. Koniec jest zawsze początkiem czegoś innego, jakiejś innej podróży. Jeszcze nie dziś, jeszcze nie jutro…ale wiem,że znów nas w nią zabiorą, ale już nie razem jako zespół. Będę czekać. Gotowa do drogi.
Tekst: Camille de Winter

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

„… in Prrrraha!” – relacja z koncertu w Pradze

Dobry wieczór!

Warszawa – Warszawą ale trasa trwa nadal 🙂 Wiem, że niektórzy z was pojechali do Pragi albo i jeszcze gdzieś indziej. Ale dzisiaj mam dla was fajną relację  właśnie z Pragi. Koncert odbył się w sobotę a relację dla nas napisała nasza PoValonka – P(e)P(e) 😀

Czytajcie i „paczajcie” bo jest na co 😀

Ale zanim przejdziecie do tekstu – mam do was pytanie, które zadała Nancy w komentarzu pod poprzednim postem:

„Przeglądając stare zdjęcia i nagrania zauważyłam że tatuaż w kształcie serca zmienił się w późniejszym czasie. Teraz ma jakiś dopisek. Czy na zmianę tatuażu miało wpływ zerwanie kontaktów z Bamem? Jak to z tym tatuażem jest? Odpowiedzcie, bo wy Povalonki wiecie wszystko 😀”

Także tegoooo.. 😀 Odpowiadam – nie, my nie wiemy wszystkiego XD My to nie ruskie 😀 Ale nasza siła tkwi w grupie wsparcia huehue

Ten tatuaż to DILLIGRAF – „Do I Look Like I Give a Fuck?” Został zrobiony za czasów narzeczeństwa z Jonną. Ona podobno też go ma mieć, jak i Bam no i Kat Von D. Dodatkowo jest tam napis – typico romantico w stylu Valo XD

„When I love… I love”

Tyle wiem.

Jeśli ktoś z was wie więcej na ten temat proszony jest o podzielenie się wiedzą 😀


„… in Prrrraha!”

Wyjazd na koncert HIM do Pragi był dla mnie połączeniem pożytecznego z przyjemnym.

A więc intensywne zwiedzanie stolicy Czech już od piątku wieczór. Tak intensywne, że mniej więcej w czasie, kiedy na drugi dzień support HIM rozpoczynał swój występ, ja przemarznięta i przemęczona przycinałam komara w apartamencie, jakiś kilometr dalej.

Dobrze, że moi mężczyźni czuwali i po 20:30 zaczęli mnie intensywnie wybudzać, tak aby śpiąca królewna łaskawie zdążyła na koncert ulubionej kapeli. A więc o 20:55 dziarsko dodreptywałam– rychło w czas – do Forum Karlin, gdzie lada chwila słynni Finowie mieli zjawić się na scenie. O tak późnej porze nie ma co liczyć na dobre miejsce w tłumie na płycie, od razu więc wybrałam balkon.

Nie tracąc czasu na szatnię, z bananem radości na facjacie pobiegłam schodami do góry, gdzie w progu na widownię jakiś wysoki facet złapał mnie za twarz przycisnął do ściany i zabrał się…. No w każdym razie nie zabrał się, bo ja rozumiem, że lovemetal, ale nie przesadzajmy z tym love, nie będę się całować z obcymi facetami! Ciosem poniżej pewnego poziomu wynegocjowałam sobie wolność i czmychnęłam najdalej jak się da w balkonowy tłum. Skuliłam się gdzieś po lewej stronie, przy barierkach, i taką lekko zaszokowaną zastały mnie dźwięki pierwszego utworu – „Buried alive by love”.

(Pamiętajcie dziewczyny – Nikt Nie Ma Prawa Was Dotknąć Bez Waszej Zgody! Kop w jaja bez żadnych wyrzutów sumienia wrrrr… -C.N)

Zdecydowanie wolę muzyczne „Buried…” od doznanego chwilę wcześniej, w rzeczywistości. Napisałabym, że „Buried…” na dzień dobry rozgrzał tłum, gdyby to nie był koncert w Czechach – ich publiczność, albo bardzo ciężko i wolno się rozkręca, albo… albo właśnie tak się bawią, że polka przyzwyczajona do zdecydowanie mocniejszej, koncertowej żywiołowości zastanawia się… czy jednak się nie nudzą? I jeśli chodzi o publikę to tak przez cały koncert. Być może było lepiej w tłumie na płycie – zwłaszcza przód, pod sceną, wydawał się wiedzieć, gdzie jest i po co. Natomiast tyły i balkony….

Cóż, gdybym sama nie stała na balkonie pomyślałabym, że Ci ludzie to manekiny, atrapa. Wokalista więcej się natuptał nóżką na scenie, niż ludzie dookoła mnie. Ale pomijając kwestię trupio żywiołowej publiki – koncert był świetny. Stojąc wysoko bałam się o nagłośnienie, ale jednak okazało się być bardzo dobre. Ba – przy mocnych dźwiękach czułam to cudowne, koncertowe drżenie w posadach, przenoszące się od stóp do serducha. Po „Buried…” przyszedł czas na „Hearache Every Moment”, następny zaś był, chyba zawsze roztkliwiający najstarszych stażem fanów (czyli w tym i mnie… ach, och i chlip) „Your sweet 666”. „Kiss of Dawn”, po nim przeuroczy „Sacrament”, dalej tytułowy „Tears on Tape” z ich ostatniego, studyjnego albumu. Kolejnym utworem jaki wybrzmiał na scenie był porywający„Rip Out the Wings of a Butterfly” z płyty „Dark Light”, po nim zaś najcudowniejsza ballada HIM, czyli „Gone With the Sin”, śpiewana tak niesamowicie modulowanym głosem Ville Valo… „Soul on Fire” znów wprowadził odpowiednią dynamikę, a kolejny „Wicked Game” był jak ponowne przypomnienie samych początków istnienia zespołu. Podczas „Killing Loneliness” zdałam sobie sprawę, że wokalista naprawdę wkłada mnóstwo serca i wysiłku w swój śpiew i wygląda na zadowolonego z tego, co mu się udaje. Przy okazji, kiedy w utworach padały bardziej osobiście skierowane kwestie, zwykle starał się zwracać w tych momentach w stronę Mige – tak jakby żartobliwie wyśpiewywał je do basisty.

Inna rzecz – w chwilach kiedy mocno manipulował głosem łapał się wolną ręką za brzuch – ciekawa rzecz, czy go bolał, czy nie miał co zrobić z wolnym od fajek łapskiem, czy… czy ćwiczył jakieś chwyty wokalne i np. kontrolował przeponę, etc.? Nie wyznaję się na tego typu rzeczach, ale myślę, że warto może tu o tym napomknąć, niech potem wypowiedzą się chętni i bardziej obeznani w temacie. Ach i jeszcze – podejrzewam tu kumplowskie złośliwości między członkami zespołu – kiedy gitarzysta dawał solówkę, Valo pokazywał do Mige, że jest „tak seee…” – co tam, że cztery dekady na karku, radosne, szczenięce przepychanki i drobne uszczypliwości muszą być.

Ale wracając do utworów. „Poison Girl” również pięknie rezonował na wrażliwszej strunie mej pamięci. „Bleed Well” natomiast na pewno ucieszył naszych sąsiadów, zwłaszcza, kiedy Ville zmienił tekst piosenki i z szerokim uśmiechem zaśpiewał „…baby we’re bleeding well in Prrraha!” (Tak, czytać z wyraźnym naciskiem na seksowne, Valo’sowe „R”.) „Heartkiller”, po nim zaś publiczność entuzjastycznie zawyła na pierwsze dźwięki… no a jakże…. „Join me”. Mnie osobiście wyrywało się wycie przy następnym utworze – „Stigmata Diaboli” (la, la, „…I’m your Christ and I want youuuu!…” la, la…). I dalej na ukojenie fanowskich, emocjonalnie rozchwianych nerwów, ballada – „In Joy and Sorrow”, by po niej znów przyszło mocniejsze uderzenie dźwiękiem przy rytmicznym „Right Here In My Arms”. Kolejny utwór poprzedzony był, hm, „przeuroczą”, konkluzją, że jest skierowany do wszystkich tych obecnych tutaj ludzi, którzy kiedyś przecież umrą… czy jakoś tak. Zdecydowanie wierniejszej wersji tych słów zapewne doszperacie się w pokoncertowych filmikach na YouTubie. Tak „słodko” został poprzedzony oczywiście „Funeral of Hearts”. Oficjalnie koncert zakończony, teraz jeszcze bisy: nieodłączny „Rebell Yell” oraz melancholijny „When Love and Death Embrace”… po którym tu i ówdzie na fanowskich twarzach można dostrzec było najprawdziwsze łzy wzruszenia (nie mówiąc już o romantycznym widoku par w objęciach tańczących powoli w rytm tej piosenki… tak, tak! To było piękne! Noo… i publika się rozkręciła, a jednak!).

Ponieważ bić się o szatnię nie musiałam, szybciutko wyszłam z klubu i stanęłam sobie z boczku – całkiem nie tam, gdzie wylewała się cała ta tłumowa masa. Miałam na celu opanowanie pożyczonej na koncert komórki w stopniu umożliwiającym odpalenie jakiejś nawigacji, aby jednak dojść do wynajętego pokoju, a nie praskiego zamku. „Z boczku” okazało się miejscem gdzie stały dwa czarne, masywne autobusy. Zapytałam dwie ludzinki tam stojące czy są to czasem tourbusy? Tak, to były one, za barierkami, czarne i groźne, pilnowane przez ochronę. No ale przecież nie będę Wam tu opisywać motoryzacyjnych wynalazków do przewozu grupowego, bo nie o nie chodzi, ale o klawiszowca HIM, który pojawił się przy wspomnianych barierkach.

Jaka radość spojrzeć w te sympatyczne, czekoladowe oczka!

I oczywiście cyknąć sobie pamiątkową, wspólną fotkę i jeszcze poprosić o autograf na bilecie.

Ta obecna w tym miejscu garstka fanów (mniej niż palców u jednej ręki…) zachowała się bardzo grzecznie, pożyczenie mazaków, jeden drugiemu pomógł cyknąć ładną fotkę…. Pełna kultura. I wszyscy nie mogli się nachwalić do Burton’a jakie wspaniałe koncerty HIM dał tu i tam, i dziś, itd. Przesympatycznie i kulturalnie.

Oczywiście ktoś też (musiał!) zapytać o Valo. Na co klawiszowiec wzruszył ramionami i smutno wszystkich sprowadził na ziemię, że nie wyjdzie na bank, nie ma na to szans, zawsze przebiega szybko do busa.

Kiedy Burton się oddalił nie najmilsza, czeska ochrona kazała wszystkim opuścić teren przy tourbusach.

Przeszliśmy więc w stronę wejścia do klubu, po czym komuś wpadł do głowy pomysł obejścia budynku. Z drugiej strony, co prawda stalibyśmy za kratami, ale nie był to teren Forum Karlin więc… więc część osób jak pomyślała, tak zrobiła. W tym i ja, bo co mi szkodzi, prawda? Dzięki temu doczekałam się widoku wszystkich członków zespołu, w bardzo niewielkiej odległości, a nawet więcej – bo w pewnym momencie Mige i Linde zdecydowali się podejść i jeszcze na szybkiego rozdać po uścisku dłoni. Bardzo sympatyczny zabieg, ale mający na celu odwrócenie uwagi od szybko przemykającego za ich plecami, do busa, pana Valo. No cóż, nie miał ochoty witać się z fanami, nie musiał, chociaż ręki byśmy mu nie ucięli jakby nam tylko pomachał, prawda?

W każdym razie już po wszystkim zdałam sobie sprawę, że będę miała co wspominać: i świetny koncert i przypadkowe stalkowanie członków HIM po. Było warto tam być!

Tekst i zdjęcia: P(e)P(e)


I co wy na to kochanieńcy? Robimy polowanie na Valosa po koncercie? XD

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

W radości i smutku – HIM łamie serca… RELACJE Z KONCERTU WARSZAWA 2017

Dobry wieczór!

Pojawiają się już pierwsze relacje, wspomnienia i recenzję warszawskiego koncertu w Stodole. A zatem, bez zbędnego gadania oddaję głos tym, którzy chcą się z nami podzielić swoimi wrażeniami 🙂

Wspomnę jeszcze tylko, że wszystkie relację z tego koncertu umieszczę w osobnej karcie, jak to zrobiłam z poprzednimi, ale najpierw będą one publikowane normalnie w postach 🙂

Dzisiaj prezentuję wam dwie relacje. Życzę miłego czytania z herbatką pod ręką 🙂 Wiem, że jeszcze macie depresję pokoncertową i myślami wciąż błądzicie w magicznym świecie HIM, wiedzeni przez hipnotyzujący głos V.V. 🙂


Kokieteryjnie zdobywał serca, których nie musi, bo już należą do niego.

Czekałam na ten koncert z niecierpliwością i pewnymi obawami – jak Ville da sobie radę wokalnie. Myślałam też dużo o tym, że niezależnie od wszystkiego Polska powinna pożegnać HIM jakoś wyjątkowo i pięknie. Nie wiem kto z PoValonej ekipy rzucił pomysł, by napisać coś na fladze. Później były propozycje co to powinno być dokładnie. Milena zaproponowała dłuższą wersję, ale ja uznałam, że musi być krótko, zwięźle, czytelnie oraz tylko na białym tle. Myślałam też o tym , że moglibyśmy zaśpiewać „Please don’t let it go”, ale ludzie są jacyś nieśmiali i odzew był słaby. Więc tworzyłam ten szyld z nadzieją, że go chociaż Ville zobaczy, nie mając bladego pojęcia co się jeszcze wydarzy.

Kilka dni przed koncertem emocje zaczęły poważnie narastać. W necie zrobiło się gorąco. Planowanie dojazdu, zgranie się w czasie, hotel i to miłe napięcie, bo przecież po raz pierwszy miałam zobaczyć „moje PoValonki” na żywo. No i się zaczęło: Jak dojedziemy? Kto, kogo skąd odbiera i o której godzinie? Czy do hotelu, czy może od razu pod Stodołę?

Ja nie miałam dylematów, bo wiedziałam że jadę pod klub o 11.00 i twardo czekam na koncert, zajmując kolejkę dziewczynom oraz mężowi, którego wsparcie, jak się okazało, było nieocenione.          O 11.00 znalazłam się pod Stodołą, gdzie na schodkach czekały już 4 osoby. Po ok. 30 minutach okazało się, że należy się ponumerować i zgodnie z numerkiem wchodzić na koncert. No cóż, dałam się ostemplować, ale i tak podczas ustawiania barierek wejściowych Rosjanie stanęli sobie jak im pasowało, a ja wylądowałam nieco dalej wraz z Mileną, która w końcu dotarła ( ooooj… późnooo po 16.30 OCZYWIŚCIE 😉 ) A w kolejeczce, po wstępnych przepychankach zrobiło się ciepło i miło, zwłaszcza gdy już prawie wszystkie PoValonki dotarły.

Okazało się, że ludzie znają bloga Cat, ale jakoś się nie udzielają. Poznałyśmy Klaudię, która wybiera się do Helsinek na koncert 27.12. Poczęstowała nas takimi fajnymi cukierkami lukrecjowymi, które najbardziej smakowały Oli i Milenie (trzeba je zapytać o wrażenia, koniecznie 😀 ).

A gdy już zaczęli nas wpuszczać do klubu to pierwszy wlazł kto…? PLUSZ (mąż autorki relacji – C.N.). I stanął od razu przy barierkach po prawej stronie sceny, tam gdzie zawsze stoi Linde. Boszsze… jak ja marzyłam o kostce do gitary od Linde, ale bardzo cicho marzyłam. Miałam nawet plan by go o nią poprosić. A teraz byłam tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki… Stałyśmy tam z dziewczynami ściśnięte jak sardynki w puszce obmyślając taktykę: czy flagę rzucamy na ostatniej piosence, czy wcześniej? Czy ją w rulon zwinąć, czy w kulkę? Rozejrzałyśmy się nieco, dostrzegając wywieszoną na balkonie polską flagę, właściwie dwie, a my na dole zaprzyjaźniałyśmy się z miłym panem z ochrony, co się bardzo przydało pod koniec  koncertu.

Wszedł suport. Mili chłopcy, chudzi jak Ville lub Mick Jagger i bardzo do niego wszyscy byli podobni. Fajne, wesołe kawałki, no lekko, łatwo i przyjemnie rzekłabym.

Aż w końcu pojawili się ONI.

I tu zaczynają się schody, bo chyba niewiele pamiętam… Chociaż… Chyba przy drugiej piosence Ville spojrzał na naszą flagę, błysk w oku… położył rękę na piersi i ukłonił się nam. I wszystko się zaczęło.

Ville zachwycił nas głosem, było czysto, mocno, z fantazją, zabawnie, lekko i (jak to określił Tymek/Plusz)  kokieteryjnie. Zerkał na nas, Milena posłała mu całusa ,którego „złapał”.

Panowie wyglądali świetnie, wszyscy chyba trochę schudli i kondycja Valo też się wyraźnie poprawiła od koncertu w Barcelonie (na którym również byłam, więc mam porównanie).

Potem, gdy zachwycałyśmy się otwarcie solówką Linde – Milena wskazywała paluchem w jego stronę wołając do mnie: „No patrz, patrz” -Ville pozwolił sobie zażartować i pokazać nam gestem, że „słaaabo gra”. Było dużo krzyku, wspólnego śpiewania, publiczność taka, jakiej każdy muzyk by sobie życzył. Było dobrze.

Nagle Linde rzuca kostkę…Kostka spada na podłogę , gdzieś pod nasze stopy… Nurkuję po nią… Ktoś poświecił mi latarką i znalazłam ją! Nie wierzyłam! Już chyba nie mogło być lepiej (ale teraz to nawet nie wiem czy to było przed, czy po TEJ CHWILI)

Nagle Ville zapowiada ostatni utwór, myślę sobie: „Już? Tak szybko?” I co… Rzucam flagę zwiniętą w rulon, flaga ląduje wprost pod stopami Linde. On tak dziwnie zerka ale … cholera nie podnosi.

Kończą grać, schodzą ze sceny, włażą techniczni i jeden z nich rzuca flagę tuż na skraj sceny. Proszę miłego ochroniarza by mi ją podał. Tak łatwo nie damy się zbyć drodzy Panowie. Ochroniarz podaje nam flagę. Tym razem przesuwam się bliżej Ville, zwijam flagę w kłębek. Ville wychodzi na scenę na bis. „Jak chusteczkę haftowaną rzucę mu pod nogi” – myślę sobie. Milena Mnie wspiera:

-Teraz?

-Nie czekaj, jeszcze nie… no rzucaj!

I zanim zaczął śpiewać… Ale to już wiecie. Rozdarłam się „Thank You” ,bo Ville chyba chciał minąć tego intruza- kawałek szmaty. Bo to nie raz coś fruwało po scenie? Ale chyba usłyszał moje darcie się (no ja na filmie słyszę wyraźnie) i ją podniósł. A potem ludzie skandowali już „dziękujemy”.

Mi się płakać chce, że tak to wyszło i mój plan się powiódł. Właściwie wyszło to nadspodziewanie dobrze. Ale czy to koniec? Otóż nie. Chłopaki zeszli ze sceny, a my rozpoczęłyśmy polowanie na setlistę, w czym pomógł nam „zaprzyjaźniony” już ochroniarz. No i się udało oczywiście – bo nam się wszystko udawało tego wieczoru (no może poza kupieniem czegoś do jedzenia po koncercie, bo okazuje się, że w Warszawie, w środku tygodnia, po 23.00 to już prawie niemożliwe. Na szczęście zawsze jest Orlen).

A potem poszłyśmy do hotelu omawiać, dyskutować, zachwycać się i wzdychać. Co poniektóre osoby biły się w piersi i klękały na grochu, ale to też już pewnie same napiszą. I jeszcze słowo bardzo osobiste. HIM zrobił dużo dobrego w moim życiu (i nie mówię o konieczności obsługi srajfoników, które jak wiecie kocham) nie będę jednak wszystkiego wymieniała, bo to długa historia, a już o tym wspominałam.

Przede wszystkim jednak poznałam Was moje kochane PoValonk  i gdyby nie Wy… no cóż. Oczywiście pojechałabym na ten koncert, może nawet stałabym przy barierkach, ale nie miałabym odwagi wyskoczyć z flagą i rzucić ją na scenę. Myślę, że nie tylko ja jestem Wam wdzięczna, ale wszyscy, którzy byli w Stodole tego niezapomnianego wieczoru, a także Ci, którym nie udało się tam przyjechać. Dziękuję całej publiczności, że tak wspaniale podchwyciliście temat i spełniliście tym samym moje (i może nie tylko moje) marzenie pożegnania panów z HIM tak wspaniale.

DZIĘKUJĘ i ŻYCZĘ POWODZENIA.

Tekst: Roxy


In Joy And Sorrow

Mogłabym cały dzień pisać o uczuciach, które wiążą mnie z HIM i o tym jak bardzo NIE chciałam iść na koncert w warszawskiej Stodole. Wiedziałam, że ten koncert będzie inny, wyjątkowy i że wyrwie mi nadzieję z moich pokrwawionych już rąk.

Głęboki wdech i wszystko po kolei jak na zeznaniu, chociaż wciąż borykam się z promieniującą depresją pokoncertową. Jestem z południa Polski więc w jedną stronę wychodzi 6h beznamiętnej jazdy autobusem. Później witam Warszawę szybkim spacerem, pod Stodołą już mały tłum. Więc ja wraz ze swoją siostrą zaliczam szybki obiad i ustawiam się w kolejce która trwa 4h. W końcu docieram do wejścia, oddaję kurtkę, biegnę na salę koncertową i kończę całkiem blisko sceny, co możecie zobaczyć na zdjęciach.
Zacznijmy od supportu. Ukłon w stronę chłopaków z BITERS, gdyż wyszli wcześniej na scenę niż było ustalone. To był świetny energiczny rocknroll’owy gig. Wręcz powiem dziękuję, że na krótką chwilę przenieśliście mnie do 1975. (przy okazji zielona gitara Cara, którą wymachiwał wokalista, zupełnie mnie oczarowała)
Jednak oni wiedzą, że ludzie nie dla nich tu są więc oczekują w napięciu. Tłum napiera, ostatnie kubki z wodą podawane przez techników już opróżnione (co pokazuje ich ogromną kulturę- dziękuję za to). Atmosfera robi się ciężka, żeby mogła wyładować się niczym burza, gdy na scenę wchodzą wreszcie Ci wyczekiwani.
W kolejności przypuszczam przypadkowej, ale nie on. On wchodzi ostatni. I wywołuje tyle emocji, krzyków, pisków. Już są gotowi i wszystkie ręce wyciągnięte w jego stronę tyle, że w zaciśniętych dłoniach… telefony… ale o tym później.
Ville zaczyna śpiewać a cała sala razem z nim i tak to wygląda już do końca. Sam wokalista ma świetny humor jest, aż dziwnie nazbyt reaktywny i rozmowny. Śpiewa całkiem nieźle, chociaż unika gór lub maskuje je krzykiem. Zresztą sam mówi pół żartem pół serio, że trochę fałszuje w wysokim H. Nieustannie macha też rękoma w kierunku technicznych i gestami pokazuje żeby nie spluwali w jego stronę, bo to oni ustawiają mu źle odsłuch 🙂 Ville robi wszystko, żeby skupić całą uwagę tłumu na sobie (chociaż nie musiał). Pomimo blasku wokalisty ja poświęciłam swoją uwagę również reszcie chłopaków.
Linde trzymał się trochę na uboczu, regulując klucze gitarowe i wzmacniacze. Solówki były czyste i dokładnie takie jak być powinny. Zmęczenie przebijało się przez jego słaby uśmiech. Nie dawał się również sprowokować zaczepkom Villego i Mige 😉 A jakiś szczęściarz miał okazję złapać jego kostkę. (patrz relacja wyżej XD – C.N)
Mige skupiał się na grze i nieustannych wygłupach z Valo. Przedrzeźnianiem gitarzysty i niekończących się głupich spojrzeniach wymienianych z frontmanem. W bardzo romantycznym geście otrzymał również różę z przypiętą karteczką od Valo, który wcześniej otrzymał ją od fanki. (czy ktoś złapał tę różę na filmiku lub zdjęciu??? – C.N.)
Burton świetnie bawił się na „zapleczu” obserwując wszystko i wszystkich. Jednak i on nie umknął uwadze wokalisty, który zaczepiał go mówiąc coś o prędkości jego klawiszowych popisów. Zresztą to nie pierwszy raz.
W 2001 podczas koncertu Rock Am Ring wytykał Burtonowi jego braki 🙂 (również za tą bezczelność lubię Villego)
Kosmo szczerze powiedziawszy nie był bardzo ważnym elementem mojej obserwacji. Jednak nie mogę pominąć faktu, że dobrze odnalazł się wśród chłopaków i trzymał rytm jak należy. Oczywiście wokalista nie mógł pominąć tak ważnego członka zespołu, który odpowiada za prędkość i rytm więc, wprawdzie nie wprost ale wspomniał o zupełnie zwolnionym tempie w jednym utworze, mówiąc, że to wolniejsza wersja 😉
Z moich bardziej OSOBISTYCH przeżyć z tego wieczoru mogę podzielić się informacją, że mój banner dotarł do rąk Villego. Wprawdzie ostatni, ale chyba nie najgorszy, skoro wywołam szczery śmiech wokalisty, który dość ospale próbował go rozprostować i rozczytać. Rozbawiony napisem, który zostanie moja małą tajemnicą zwrócił się do tłumu z pytaniem” Where did it come from?”. Nie spodziewałam się, że MÓJ własny baner zostanie w jakiś sposób dostrzeżony (w szczególności że nie wyszedł mi tak jak chciałam).
Koncert jako całość był wspaniały. Panowie stanęli na wysokości zadania i przy okazji świetnie się bawili, nawet jeśli Ville musiał przerwać „Right here in my arms” by upomnieć fanów i stwierdzić, że bójki nie są „cool”.
Mam jeszcze małą prośbę dotyczącą wszystkich fanów, nie tylko fanów HIM.
Proszę was ograniczcie UŻYWANIE TELEFONÓW KOMÓRKOWYCH podczas koncertów, przedstawień teatralnych etc., gdyż niektórzy z was nagrywali dosłownie cały koncert zasłaniając mi widok i utrudniając mi aplauzowanie czy poruszanie się, ponieważ byłam otoczona srajfonami, szajsungami i hujawejami z każdej możliwej strony. To przerażające jak przez takie zachowania atmosfera koncertowa robi się nieprzyjemna, wręcz odrażająca. Mam wrażenie, że razem z takim zachowaniem umiera również rockNroll. Zdaję sobie sprawę, że każdy chce mieć pamiątkę, ale wszystko z umiarem ja również zrobiłam kilka zdjęć. Przemyślcie to.
Kończąc, chociaż większość z was nie dotarła pewnie do połowy – Dziękuje HIM za wspaniałe 26 lat nigdy nie gasnących emocji i liczę, że chłopaków zobaczę jeszcze kiedyś – razem lub oddzielnie 🙂
BANG & WHIMPER 2017
Tekst i zdjęcia: GunsOblivion

Thank You Guys and Good Luck! – Farewell Tour Poland 2017

Hello Sweethears!

Na pewno już przebieracie niecierpliwie nóżkami czekając na relacje z koncertu… 😀 Nooo cóż, musicie jeszcze trochę poczekać, bo dziewczyny nie dość że zakochane w Valosie, nadal są pod urokiem, to w dodatku rozemocjonowane. Poganiam je batem ale no… Bądźmy ludzikami, niech trochę odpoczną i zbiorą myśli 🙂

Ja tymczasem przygotowałam dla was skrót z wydarzeń, które miały miejsce wczoraj. Niech to będzie taki wstęp dla tych, których tam nie było i nie mogli śledzić relacji na FB – gdzie wczoraj było moje centrum dowodzenia światem 😀

Wczoraj Stodoła przeżyła małe oblężenie – no ale któż nie chciał zobaczyć chłopaków ostatni raz 😀

Dziwna to była trasa… można się było obawiać o kondycję chłopaków – ich chciejstwo lub niechciejstwo grania i bycia w ogóle w tej trasie. Były wątpliwości co do tego, jak zagrają w Polsce, zważywszy na to, że nie było wielką tajemnicą, iż panowie traktują nasz kraj raczej z rezerwą. Ale wiecie co?

Wczorajszy wieczór był po prostu niesamowity!

Ja tylko mogę teraz pacnąć sama siebie, że nie zrobiłam tego co trzeba aby tam być, no ale…

PoValona ekipa ze znajomymi stawiła się oczywiście na koncercie i jakby było tego mało, to zrobiła o wiele więcej 😀

Trzeba przyznać, że już w Rosji Valo z chłopakami pozytywnie wszystkich zaskoczył. Wokalnie stanął na wysokości zadania. Myślicie, że w Polsce było tak samo? Błąd.

Było lepiej 😀

Filmik autorstwa Marty Kownackiej (LilithVampiriozah)

Powrócił także metalowy Heartagram, co również było zaskoczeniem 😀

Były piski, krzyki, wzruszenia (o tym największym za chwilę), śmiechy i niedowierzania 😀 Cóż za magiczne chwile dla tych, którzy tam byli!

(Pozdrawiam biedną Karolinę, która wylądowała z bandą dziwnych ludzi w samym środku tego szaleństwa XD)

Miałam to szczęście, że moje Himstery zadzwoniły do mnie z koncertu – jeszcze przed występem HIM. Cudownie było zobaczyć ich ryjki oraz scenę – nawet jeśli tylko wirtualnie przez ekran smartfona, ale przez ten moment mogłam poczuć odrobinę tej niesamowitej atmosfery ❤

Filmik autorstwa Marty Kownackiej (LilithVampiriozah)

Piękną niespodzianką było nowe intro do piosenki „It’s All Tears” – niech mi ktoś spróbuje powiedzieć, że to nie było magnetyzujące 🙂

Filmik autorstwa Marty Kownackiej (LilithVampiriozah)


„Dzień dobry Wszystkim,
Chciałabym podziękować za wspólną zabawę. Dziękuję, bo dzięki Wam zrozumiałam, że nie może mnie tam zabraknąć. Z napięciem obserwowałam każdy post, aż wreszcie w poniedziałek cudem udało mi się dorwać bilet. To było jak na razie najwspanialsze doświadczenie w moim 25 letnim życiu.
Koncert rozpierdolił mnie, rozkruszył w proch. Słucham HIMa od ponad 14 lat, jednak teraz można uznać, że jestem słuchaczem spełnionym.
Jeśli chodzi o samego ”Księcia”, to moja miłość do niego nie zna granic. To jest kosmita, nie człowiek, a jego ”doły” wciskały mnie w podłogę. Jeśli głos mógłby zapładniać, to z pewnością spodziewałabym się przynajmniej bliźniaków. 😉
I teraz apel: pomóżcie mi. Nie potrafię się ogarnąć, wrócić do normalności. Od rana płaczę co kilka minut, ale nie, że malutko – to jest szloch!
Jak zaakceptować ziemskie życie, skoro przez dwie godziny byłam w niebie?”


 


„Nie mam słów, żeby opisać to, co się tam wydarzyło 😵


„To był piękny wieczór. Każda piosenka wzbudzała mój zachwyt. Starałam się wszystko śpiewać, choć nie umiem. Ville, szczególnie gdy ,,wył”, ,,wydzierał się” to wywoływał uśmiech na mojej twarzy. Myślałam, co sobie myślą panowie ochroniarze. Czy im się podoba? Ale wow? Ale utalentowani ludzie? No i oczywiście popłakałam się na solówkach przy FUNERAL OF HEARTS i GONE WITH THE SIN. Pierwszy raz byłam w Stodole, ale jestem bardzo zadowolona. Z taką kochaną ekipą chętnie wybrałabym się jeszcze nieraz na koncert. Cały zespół dał z siebie wszystko. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszego eventu.”


„W życiu nie myślałam, że będzie aż tak dobrze. Ville cudownie śpiewał, był kontakt z widownią, były żarty, było cudownie. 💖💖💖💖”


„Koncert nie do opisania BYŁO MEGA MEGA… Najlepszy koncert jego na którym byłam. SZKODA ŻE JUŻ SIĘ NIE POWTÓRZY, ŻE JUŻ GO NIE ZOBACZĘ – NIE USŁYSZĘ. Sądzę, że reszty fanów to się też tyczy. DALI Z SIEBIE WSZYSTKO, JEST WIELKI, JEDYNY W SWOIM RODZAJU KOFFANYM 💖 💖 💖 


„Było pięknie. Ja chcę jeszcze raz 


„No jestem ogólnie zachwycona koncertem😍😍😍😍😍 Buźka dla każdego chłopaka.”


„Kuźwa, jaki on jest atrakcyjny na żywo 😍 Normalnie dopiero teraz tak popatrzałam, że no ma ten urok kuźwa…”


„Niesamowity wieczór. Naładowany emocjami, śmiechem, łzami i przede wszystkim świetną muzyką w niepowtarzalnym gronie. Coś o czym trudno będzie zapomnieć w najbliższej przyszłości”


„Valo był gorący jak kaloryfer w środku zimy i nie mam tu tylko na myśli wyglądu. Był jak miód na serce, poszarpane struny głosowe. I miło mi było jak parę razy odwrócił się w naszą stronę. Chłopaki także dawali z siebie wszystko, nawet niektórzy więcej (Linde) i niestety nie mogłam dojrzeć, czy Mige był w japonkach, czy jak cywilizowany człowiek w butach…Warto było zedrzeć gardło tego wieczoru i prawie zgubić spodnie, bo nie noszę paska” XD


Nie obeszło się też bez jakiegoś ekscesu, na szczęście niezbyt groźnego i sam Valos zainterweniował w tej sytuacji:

To wszystko to jeszcze nic. Chcieliście się wzruszyć? Myśleliście, że nie uronicie łezki a wasze serce nie drgnie widząc ich ostatni raz?

Taki oto zacny transparent przygotowała PoValona Anetka ale chwileeeczkę, to jeszcze nie koniec 😀 Patrzcie na to:

I poleciała flaga od naszej PoValonej Anety wprost w ręce Valosa 😁 Piękna chwila, piękne podziękowanie, nie da się nie wzruszyć 😭
Chciałam podziękować – Anetce –> za przygotowanie tej flagi oraz przejęcie szefostwa pod moją nieobecność 😀 Podziwiam wytrwałość jeśli chodzi o kolejkę i oczekiwanie pod Stodołą 🙂 Marcie  –> za relację na żywo i focisze specjalnie dla mnie 😛 Mel, , Oli, Annie i Milenie czyli moim robaczkom z ekipy (dzięki, że zadzwoniliście do mnie z koncertu 🤗😘) oraz Ewie za wsparcie no i tajemniczej Paulinie XD
ORAZ WAM WSZYSTKIM – ZA TO ŻE JESTEŚCIE I KOCHACIE NASZ ZESPÓŁ! ❣️❣️❣️

Cóż, być może ktoś tam przeczytał panom naszego bloga i w końcu wzięli się za siebie 😀 Patrząc na to, jak się dzisiaj zaprezentowali – choć mnie tam nie było – jestem bardzo zadowolona z formy zespołu oraz jeszcze bardziej z zachowania fanów  Pożegnaliście zespół w sposób godny zapamiętania i myślę, że panowie tak właśnie to odbiorą. Mam nadzieję, że dobrze się bawiliście i teraz czekam na wasze relacje – filmiki, selfiki, zdjęcia i opisy wrażeń 😏😉

Ale to jeszcze nie koniec!

A kto ma setlistę? No kto? I kościcho gitarowe? 🤘😏😎❣️
Dziewczyny nasze PoValone oczywiścieeeee 
Fuck Yeahhh!

 

To by było na tyle z mojej strony – na większą relację musicie poczekać 🙂 Cieszę się, że jesteście z nami tutaj i byliście na FB Wydarzeniu. Teraz poza relacjami, czekamy na kolejne koncert – będzie Praga, będzie Szwajcaria… No i ja… Na szarym końcu, podreptam na koncert w Londynie, pożegnać panów nie z pierwszego rzędu lecz z oddali, rzewnie kiwając głową i myśląc:

Dlatego spędziłam z nimi te wszystkie lata. Było warto. 

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

HIM is Dead! (+ PRZYGODNIK)

Dobry wieczór Robaczki 🙂

Choć w sumie czy dobry czy nie, można spekulować 😛 Ostatnio narzekałam (i żeby nie było, to nie tylko ja 🙂 ) na brak newsów z ostatniej trasy. HIM jest wciąż w Ameryce, ale już coraz bliżej do koncertów europejskich tylko… Co z tego?

No właśnie – żadnych relacji, żadnych wywiadów, nudy, nudy i jeszcze raz nudy. Nic się nie dzieje, wychodzą, grają, schodzą 😀

Być może teraz napiszę coś dość kontrowersyjnego ale niech tam –  może ktoś z was ma podobne odczucia 🙂 Mianowicie im bliżej do koncertu, tym coraz mniej chce mi się na niego iść. Nie mam zbytnio ochoty, żeby oglądać ten sam kolejny występ, który niczym się nie różni od tych automatycznie wykonywanych każdego dnia. Nie ma we mnie ani tej radości co kiedyś, ani żadnej ekscytacji…

Ja jestem już zmęczona i z tego co się orientuję wielu z was również. Tyle lat spędziliśmy z zespołem, kupowaliśmy płyty, wspieraliśmy na dobre i na złe… Nie oczekujemy fajerwerków ale zwykłego ludzkiego podejścia. Pana Valo nic nie kosztuje kilka słów skierowanych do fanów, żeby dać nam poczucie że jesteśmy jednak dla nich ważni…

Kiedy trasa dobiegnie końca, nie wiem co dalej będzie z blogiem – jako kapitan tonącego statku zostanę do samego końca 🙂 Ale jeśli HIM już definitywnie umrze a członkowie usuną się w cień, mniejszy lub większy, nie pozostanie mi nic innego jak również pójście na dno i pożegnanie się z wami 🙂

Wiem, że za chwilę mogą tu paść pod moim adresem nieprzyjemne komentarze jaką to nie jestem „true fanką” XD Uwierzcie mi, nie chciałbym być tak nazywana, bo mnie przynajmniej, kojarzy się to z psychofankami, groupies itp. Jestem z wami szczera i mam nadzieję, że to uszanujecie 🙂 Poza tym, jesteś już w zupełnie innym „miejscu” w moim życiu i HIM jakoś już w nim nie gości – nie musi, nie jest mi potrzebny – poszłam dalej a HIM został w tyle 🙂

Ale żeby nie było tak do końca pesymistycznie to w tej gazetce:

Jest podobno dość długi EKSKLUZYWNY XD wywiad. Nie wiemy jeszcze co tam jest takiego ciekawego, ja tego nie kupię, mam dość wydawania hajsu na Valo 😛 Poczekamy jednak, może w sieci się coś pojawi heh

———————————————————————————————-

Teraz jeszcze Sara, która napisała już dla nas o swojej wycieczce do Pragi pojechała tym razem do Finlandii 😀 Specjalnie dla nas napisała relację z tego wyjazdu, a ponieważ nabazgroliła dość dużo stron podzielę to na części i dzisiaj zaprezentuję wam CZĘŚĆ 1 – HELSINKI TRIP

A obraz Mel dalej wisi w sklepie papy Valo 😀 Miłego czytania 😉

Finlandia 20 – 25.09.2017

Nie wiem dokładnie, kiedy wpadłam na pomysł odwiedzenia Helsinek, ale pewnie było to jakiś rok po tym, jak zaczęłam słuchać HIMu (chyba wiosna 2015). Był to moment gdy z bogów muzyki stali się dla mnie po prostu ludźmi – osobami rzeczywistymi. Do tego ludźmi, którzy mieszkają wcale nie tak daleko, bo po drugiej stronie morza Bałtyckiego. Pamiętam, że najpierw sprawdzałam promy i autobusy jadące przez Petersburg. Wynikało to z moich poprzednich wycieczek do Szwecji czy Petersburga właśnie. Jednak ceny i czas potrzebny do takich przepraw trochę mnie zdemotywowały. Z kolei ceny wycieczek zorganizowanych do Skandynawii należą moim zdaniem do jednych z najdroższych.

Przełom nastąpił dokładnie rok później, gdy Doris dodała swój przygodnik (lipiec 2016). Teraz wiedziałam już, że wycieczka do Helsinek jest jak najbardziej możliwa, a nawet na moją studencką kieszeń. Zmusiłam nawet moją współlokatorkę Karolinę do obietnicy, że pojedzie ze mną. Od teraz zaczęłam po prostu czatować na odpowiedni termin. A ponieważ byłam  w trakcie robienia inżyniera, przypadł on dopiero na ten wrzesień 2017. Sprawdzałam oferty lotów na stronie Skyscanner co dwa dni. W końcu doszłyśmy do zgody z moją towarzyszką podróży, że pasuje nam termin 20-25.09.2017. Nie była to najtańsza oferta, ale i tak korzystna. (Uwaga: strona podaje oferty dla klubowiczów Wizzaira, niedostępnych dla pospolitej ciżby.) W sumie wyszło jakieś 150 zł, ale dokupywałam też bagaż większy podręczny + ok. 70 zł. Stwierdziłyśmy po prostu z Karoliną, że końcówka września będzie zimna i potrzebujemy dużo swetrów. Znalazłam dwa dość tanie hostele: jeden w Turku i jeden w Helsinkach. Za 5 noclegów z śniadaniami dla jednej osoby wyszło jakieś pięć stów polskich. Jeśli chodzi o dotarcie do gdańska z samego dołu Śląska, to udało mi się załatwić z rodzicami – akurat chcieli wybrać się na weekend nad morze i tylko dopasowali sobie termin do mojego wyjazdu. Miałam więc podwózkę pod same lotnisko w dwie strony.

Lot do Turku miałyśmy z Gdańska o 10:00, a planowany przylot o 12:30 czasu Fińskiego. Jednak piloci bardzo się śpieszyli i lot trwał ledwo godzinę. W sumie po pięćdziesięciu minutach ogłosili lądowanie. Dla Karoliny był to pierwszy lot samolotem w życiu i śmiała się bardzo, że był krótszy niż niejedna podróż tramwajem po Krakowie. Na lotnisku powitał nas Muminek! Z którym koniecznie zrobiłam sobie zdjęcie.

Lotnisko wydawało się być małe, ale nie rozglądałyśmy się więcej, tylko wskoczyłyśmy do autobusu nr. 1 za 3 Euro. (dopiero wracając odkryłam, jak bardzo jest małe!) Już z autobusowego okna wiedziałam, że jestem w innym kraju. Szczególnie po architekturze wiedziałam, że jestem w Skandynawii. Te obite drewnianymi panelami domki są po prostu cudowne. Żadnych płotów, sąsiedzi sobie nawzajem nie kradną rowerów. Różnicę było też widać po roślinności i co dziwne, Polska złota jesień była już w Finlandii we wrześniu, a u nas dopiero od połowy października.

Nasz przystanek był przedostatni na trasie, zaraz obok portu – Forum Marinu. Gdyż naszym hotelem w Turku był statek cumujący na rzece – MS Bore/Laivahostel Borea.

Dostałyśmy naszą zarezerwowaną wcześniej kajutę bez okna  z mikrołazienką. (Uwaga: można zapomnieć, ale skoro nie ma okna, to słońce nie obudzi Was rankiem, pamiętajcie o budziku!) Rozpakowałyśmy się i ruszyłyśmy na miasto – głównie w poszukiwaniu sklepu spożywczego. Zaczął padać okropny deszcz, a sklepu szukałyśmy z godzinę. Okazało się, że mieszkałyśmy w centrum przemysłowo-fabrycznym, więc żadnych sklepów w promieniu 2 kilometrów. Wydaje się być blisko, ale byłyśmy strasznie zmęczone, a pogoda tylko nas przybiła. Plus był taki, że miałyśmy Zamek w Turku za rogiem.

I to od niego zaczęłyśmy zwiedzanie drugiego dnia – pogoda była wyśmienita, nie licząc kilku kałuży. (Uwaga: trzeba zarezerwować sobie przynajmniej 4 godziny na zwiedzanie samego zamku.) Naprawdę ma szeroki asortyment i jest wart odwiedzenia, bardziej niż samo miasto. (Ciekawostka: istnieje sala w której można się przebrać za księżniczkę lub rycerza bez ograniczeń wiekowych.)

Na każdym kroku stoją przewodnicy poprzebierani za średniowiecze. Niektórzy cię ignorują, a niektórzy porywają i z entuzjazmem oprowadzają po lochach. Jeśli chodzi o miasto – miałam wcześniej przygotowaną mapkę zwiedzania na jeden dzień. Prowadzi ona od zamku -> wzdłuż rzeki -> na jej drugą stronę (Uwaga: istnieje darmowy „prom” dla pieszych przez rzekę, inaczej nie dostaniecie się na drugi brzeg)  -> w kierunku stadionu Paavo Nurmi -> przez trzy parki -> do Katedry w Turku . Następnie główną ulicą do rynku  -> odbiłyśmy do Muzeum Sztuki  -> bocznymi uliczkami do pięknego kościoła Michała. Z kolei od niego skierowałyśmy się już do portu (gdzie cumuje fińska wersja Daru Pomorza i również fińska wersja Błyskawicy). Przy okazji zwiedziłyśmy więzienie – mój mały błąd – chciałam skrócić nam drogę przez coś, co na mapie wyglądało jak pałacowy park. Pałac okazał się być więzieniem, a park faktycznie był. Jeśli chodzi o samo miasto – od razu da się zauważyć typową skandynawską zabudowę – budynki mieszkalne to takie klasyczne drewniane domki z pocztówek.  Z kolei wszystkie przemysłowe budynki mają elewacje z cegły. Cała reszta jest bardzo nowoczesna, miałam wrażenie jakby połowę budynków wybudowali w ostatnich kilkudziesięciu latach. Wszystko jest zadbane, budynki są po renowacjach. Co tu mówić, gołym okiem widać, że to nie polska.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Trzeciego dnia spakowałyśmy się i wsiadłyśmy do autobusu nr 1. Następnie w McDonaldzie przeczekałyśmy na OnniBusa, ponieważ znowu padało. Przed wyjazdem Karolina „nabazgrała” mały rysunek i notkę w księdze wpisów na naszym stateczku.

Koło 14:30 byłyśmy już w Helsinkach. Tutaj miałyśmy zamęt. Jednym słowem dworzec na Kamppi jest … porąbany. Nie dało się wyjść! A jak już wyszłyśmy, to nie miałyśmy pojęcia gdzie jesteśmy.

Także łaziłam w kółko przyklejona do telefonu z mapą i z walizką skłonną do wywrotek w drugiej ręce. W końcu udało nam się trafić na przystanek… – ale wsiadłyśmy do złego tramwaju. Choć o ile tramwaj był dobry, to po prostu jechał w złym kierunku. Modliłyśmy się, żeby dojechać na miejsce w terminie ważności biletu – który zakupiłyśmy kilkadziesiąt minut wcześniej z automatu na Kamppi. W wyniku pomyłek i złego zmysłu orientacji, straciłyśmy jakieś pół godziny z ważności biletu, a potem musiałyśmy czekać 9 minut na odpowiedni tramwaj. Ale udało się! Po drodze mignęła mi taksówka Papy Valo – jak później się okazało nasz tramwaj jeździł tuż obok sklepu.

Nasz CheapSleep Hostel mieścił się na ulicy Sturenkatu 27 B i naprawdę szczerze go polecam. Co prawda pokoje są osobno z łazienkami, ale jest bardzo czysto i przyjaźnie. Mamy do dyspozycji kuchnię i jej całe wyposażenie – warunkiem jest tylko sprzątanie po sobie. Dostajemy rano śniadanie – wielką kanapkę, jakiś owoc i żeton na kawę z automatu. Dostałyśmy nawet kapcie, a łazienki są lepsze niż w niejednym akademiku. Hostel organizuje „wieczorki zapoznawcze” gdzie można poznać znajomych z całego świata. Jedyna możliwa wada jest taka, że dostałyśmy okno na główną ulicę, a ja mam słaby sen.

Wracając do zwiedzania – najbliżej miałyśmy do parku rozrywki Linnanmäki. Zawsze chciałam mieć w mieście taki lunapark, gdzie jak w amerykańskich filmach można codziennie chodzić na randki czy spacerki XD. Wstęp jest darmowy, więc skorzystałyśmy i się przeszłyśmy wieczorem po prostu pooglądać jak ludzie wrzeszczą – ma to też taki swój klimat – światełka i muzyka. No i oczywiście wszechobecne Muminki. Chciałam sobie kupić jednego na pamiątkę, ale jestem strasznie skąpa i w końcu zrezygnowałam – cena mnie nie zadowalała. Pragnę dodać, że w Finlandii są wszechobecne ciemne, grafitowe głazy. I nie mam na myśli kamieni tylko głazy. Np. idziemy sobie przez park i nagle zamiast chodniczka mamy … kamienie.  Miałam okazję porozmawiać na ich temat z rodowitą finką i potwierdziła, że dopiero gdy turyści zaczęli robić im zdjęcia, kapnęła się, że takie głazy nie występują wszędzie w Europie.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

W sobotę z samego rana zabrałyśmy się za zwiedzanie Helsinek. Zaczęłyśmy od kościoła w dzielnicy Kallion, którego sześćdziesięcio-pięcio metrowa wieża góruje nad całym miastem – można ją dostrzec z prawie któregokolwiek punktu – w architekturze nazywamy to zjawisko dominantą. A ponieważ była sobota, w kościele odbywał się ślub i nie mogłyśmy wejść do środka, bo goście nieprzyjaźnie na nas patrzyli. Stamtąd miałyśmy blisko do sklepu Pana Valo – już z daleka było widać taksówkę. Nie ma co rzuca się w oczy jaskrawym żółtym kolorem, ale też rocznikiem wozu. (Jestem fanką motoryzacji = córeczka tatusia, hehe – więc zwracałam uwagę na to, jakie marki jeżdżą po Helsinkach. Wyliczyłam tylko jednego mustanga, ale były też ze cztery amerykańskie stare wozy. Głównie tylko porsche, jaguary, mercedesy i BMW, więc Finowie bogaci są nie ma co.) Karolina chciała mi zrobić zdjęcie, ale jestem osobą, która nie lubi rzucać się w oczy. Dlatego robię zdjęcia z ukrycia i uciekam. Z resztą i tak miałam wrażenie, że mam na czole wypisane – ona tu jest powodu HIMu!!! Ale to już moje osobiste zdziwaczenia. Także, gdy dotarłyśmy do sklepu, ubłagałam Karolinę, by weszła pierwsza. Za bardzo się wstydziłam. Potem Pan Valo się do nas uśmiechnął, a ja wskazałam na obraz Mel, powołując się na waszą „znajomą” i było po krzyku. Coś tam poopowiadaliśmy sobie po angielsku. Wręczyłam mu przewodnik w języku angielskim po moim rodzinnym mieście i plik pocztówek z ładnym fotografiami najważniejszych zabytków. Pochwaliłam się, że jeden z nich – zabytkowa rotunda – jest na dwudziestozłotówce i zaprezentowałam mu banknot polski (Tak, wydało się, jestem z Cieszyna). Na co Pan Valo stwierdził, że miasto wygląda świetnie, jutro kupuje bilet i tam jedzie! Następnie wręczył nam po pocztówce swojego sklepu, a my poprosiłyśmy go o jakieś bazgroły.

W międzyczasie zauważyłam, że bardzo lubię jego taksówkę. Na co on zauważył, że mam koszulkę z Impalą (Z Supernatural) i zapytał czy to moje auto. Odpowiedziałam, że nie, jeżdżę Fiatem 500, ale Impala to moje wymarzone auto i oboje się roześmialiśmy. Kupiłyśmy jeszcze po koszulce HIM z krucyfiksami za 5 Euro – był to „specjalny pakiet” dla dwóch osób za 10 Euro 😀 Powiedziałyśmy, że teraz będziemy miały co założyć na koncert w listopadzie. Wręczył nam jeszcze stertę przewodników i map, a potem pożegnaliśmy się i ruszyłyśmy do dalszego zwiedzania.

KONIEC CZĘŚCI 1.

Tekst: Sara (Szarratu)


Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!