HIM w Helsinkach 27.12.2007 – pierwszy z pięciu Helldone

Hej 🙂

A mam dzisiaj dla was taką małą niespodziankę 😛 Sama była bardzo pozytywnie zaskoczona, bo myślałam że relacji z Helldone nie będzie żadnej a tu… Paulina była, Paulina widziała i słuchała, no i Paulina postanowiła podzielić się wrażeniami z nami wszystkimi 🙂

Przeczytajcie co na temat Helsinek, a także pierwszego koncertu Heldone, ma ona do powiedzenia (napisania :D)

Miłego czytania.


Witam serdecznie! Pragnę się podzielić tutaj moimi wrażeniami i zdjęciami z wyjazdu na koncert HIM w Helsinkach 27.12.2007 – pierwszy z pięciu Helldone.

Jak wiele ludzi na całym świecie, poniosłam porażkę podczas zakupu biletu na główny show 31.12 i po długim ładowaniu kolejki przywitał mnie komunikat SOLD OUT.  Potem jak było – każdy już wie. Dodano cztery dodatkowe koncerty w Finlandii, w tym jeszcze jeden w Helsinkach.

Strzeliłam focha xD i nie próbowałam kupować biletów na pozostałe daty. Później przeczytałam o dodatkowej puli biletów (dodanych przez ludzi do koszyka i nieopłaconych). Podjęłam próbę zdobycia takiego biletu i po kliknięciu kilkudziesięciu razy F5 na stronie tiketti.fi pokazał się ekran wyboru ilości biletów i tak udało mi się zdobyć wejściówkę na 27 grudnia.

HELSINKI

Była to moja pierwsza wizyta w Helsinkach, planowana od kilku lat. Ponieważ mieszkam w okolicy, gdzie od 10 lat wywieszają te same biedne dekoracje świąteczne, a na przeciwko mojego bloku stoi choinka sąsiada z krzywo zawieszonym łańcuchem – wygląd miasta zrobił na mnie ogromnie wrażenie. Wracając do hotelu po północy, na ulicach było pusto, co tworzyło niesamowity klimat, którego niestety nie udało mi się uchwycić na żadnym zdjęciu ani filmiku. Nawet w dzień panuje tam cisza, spokój, nie czuć pośpiechu – a przecież znajdujemy się w stolicy państwa.

 

KONCERT

Jak wiadomo, na początku koncert 27 grudnia miał się odbyć w innym miejscu, ale ze względu na duże zainteresowanie (serio to było trudne do przewidzenia) został przeniesiony na lodowisko Helsinki Ice Hall. Ponieważ jestem jedną z tych osób, które przychodzą pod klub nawet 4-5 godzin przed otwarciem bram, wyruszyłam  z hotelu po 13.30 i na miejsce dotarłam tramwajem. Około 4 h przed otwarciem bram. Byłam przekonana, że o tej porze zastanę już tłum ludzi i będzie cud, jeśli dostanę choćby trzeci rząd. Dzień wcześniej były ploty, że niektórzy planują kolejkować już od 9. Okazało się jednak, że stoi tam mniej ludzi, niż o tej godzinie w Warszawie oraz Pradze i udało mi się zdobyć barierkę!

Był to jedyny Helldone w tym roku, na którym przed HIM występowały aż dwa zespoły – Jimsonweed i The 69 Eyes. Eyesi wypadli poprawie, Jyrki w pewnym momencie zaczął wykonywać dziwne ruchy i szybko się przemieszczać wzdłuż sceny, na co myślałam tylko: wtf, ok 😀

Na pochwałę zasługiwał gest, który wykonał Jussi – wyszedł przed publikę na koniec koncertu i założył koszulkę z Heartagramem.

 

Chwila ciszy, ostatnie sprawdzanie sprzętu, piosenka BAJUBAJ i w końcu pojawiły się główne gwiazdy wieczoru. Sam koncert wyglądał tak samo jak wszystkie inne na tej trasie.

Skrycie liczyłam na to, że chociaż na bisie zagrają coś innego niż Rebell Yell i When Love and Death Embrace. Bardzo chciałam usłyszeć na żywo Razorblade Kiss (zagrali ją następnego dnia w Oulu zamiast WLADE!) albo jeszcze raz Sleepwalking Past Hope <marzyciel>

Chłopaki za to byli w świetnych nastrojach, pewnie czuli już ulgę związaną z końcem tej długiej trasy – teraz grali u siebie. Na ostatniej piosence hala wypełniła się światełkami, Ville uśmiechał się na ich widok co widać trochę na moim zamieszczonym poniżej filmiku. Potem nastąpił koniec, zostaliśmy z podświetlonym na czerwono Heartagramem i pustką w serduszkach 😦

(to uczucie gdy zdjęcia 69 Eyes wyszły lepiej niż HIM =(…)

AIKUISTEN LELUKAUPPA

Wizyta fana HIM w Helsinkach nie może się odbyć bez odwiedzenia słynnego sklepu taty Kari Valo – Aikuisten Lelukauppa. 26.12 był zamknięty, udało mi się zrobić tylko zdjęcie świątecznej witrynki z plakatem reklamującym koncert 27.12

Następnego dnia sklep był czynny normalnie. Kari powitał nas z uśmiechem na twarzy, spytał się skąd jesteśmy i gdy usłyszał że z Polski – pokazał nam obrazek, który dostał od fana z naszego kraju. Biały, zawieszony nad wejściem – gratuluję i pozdrawiam autora/autorkę 🙂


(Jeśli chodzi o ten, to Kari dostał go od Mel, kiedy byłyśmy we trzy w Helsinkach 😀

Heartagram Poland w Helsinkach

I jeśli to naprawdę ten… Raz, ale to RAZ pojechałyśmy i teraz wszyscy z PL będą z tym kojarzeni hehe Dzięki Kari XD :* – C.N)

 

Łupy zostały zdobyte i wyszłam zadowolona. Po koncercie 28.12 złożyłam tam ponowną wizytę. Chciałam dokupić kajdanki i zdobyć podpis na pocztówce. Moja kartka została ozdobiona z wielką starannością, sam dobór pisaka trwał dłuższą chwilę. Całość została zwieńczona rysunkiem Heartagrama, mewami, kwiatkami i nutkami. Po chwili pan Valo spytał się mnie czy widziałam już w gazecie artykuł na temat wczorajszego koncertu i mi go pokazał – widać było na twarzy dumę z syna.

Ilta-Sanomat to fiński dziennik i rzeczywiście – były tam aż trzy strony poświęcone HIM! Kari powiedział, że mam uważać żeby nie kupić przez przypadek innej gazety – Iltalehti (brzmią podobnie) ale chyba nie przejrzał dokładnie, bo w niej też był jednostronny artykuł 😦

Podczas drugiej wizyty moją uwagę przykuł też obraz podarowany przez fanów dzień wcześniej. Pomysł, staranność wykonania i efekt końcowy robi niesamowite wrażenie. Zdjęcie nie jest moje – znalazłam je po długich poszukiwaniach na stronie Heartagram Sacrament France Street Team na Facebooku!

(source: Heartagram Sacrament France Street Team FB)

CAŁA RESZTA

Nie mogło obyć się również bez pielgrzymki pod klub Tavastia, żeby zobaczyć jak wygląda chociaż z zewnątrz miejsce, gdzie nie udało mi się dostać biletu 😦

Obok znajduje się sklep muzyczny, gdzie udało mi się kupić dwa single na winylach. Pierwszy zawiera utwory The Kiss of Dawn & Passion’s Killing Floor (Herpe Rmx), drugi In Joy And Sorrow (String Version) &  Pretending (Acoustic Version).

Oprócz tego jeszcze kilka płyt – w tym ta, której długo szukałam: zieloną Uneasy Listening Vol. 1 & Vol. 2

W sklepach można znaleźć jeszcze inne perełki. Oto dwie gazety z których chyba najbardziej się cieszę: magazyn Suosikki. Jeden numer z marca 2000 roku, drugi marzec 2003! Jak wiele fanów zbieram wszystko co związane z zespołem, więc posiadanie takich rzeczy w kolekcji to dla mnie  wielka radość :)))

Dziękuję tym, którzy dotarli do końca mojej relacji.

Pozdrawiam czytelników – Trzymajcie się w tych trudnych chwilach 😦


Tekst i zdjęcia: Paulina


I jak się podobało? A może ktoś z was też był w Hellsinkach na jakimś koncercie? Podzielcie się wrażeniami 🙂 Nie musicie być gwiazdami pisarstwa itp. każdy pisze po swojemu tak jak potrafi więc się nie wstydźcie 🙂

Chodzi o podzielenie się swoimi przeżyciami a styl każdy ma swój 🙂

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

Reklamy

World without HIM…

Hello Sweethearts!

Witam was serdecznie w tym nowym roku 🙂 Dla Himsterów to słodko-gorzki początek roku ale nie rozpaczajcie.

Od wielu tygodni trwała trasa pożegnalna, no i w końcu, parę dni temu w Helsinkach Farewell Tour zakończyło się na Helldone. HIM przestał istnieć. Została czarna strona.

Czy aby na pewno…? 🙂

Słuchajcie, wiem jak się niektórzy z was czują – jedni lepiej, inni gorzej.

„Nie powiem: Nie płaczcie, bo nie wszystkie łzy są złe.” – nie, jeśli chcecie to płaczcie, jeśli wzruszyliście się na koncercie to wspaniale, przecież o to w tym wszystkim chodzi prawda? O emocje, o uczucia – to tego szukamy w muzyce 🙂

Trzeba przyznać, że ta trasa była jednak nieregularna a i same opinie o koncertach bywały naprawdę różne 🙂

Chciałam wam bardzo wszystkim podziękować za to, że chcieliście się podzielić swoją opinią oraz wrażeniami z koncertów. Ale także za to, że czytacie, komentujecie a nawet tylko zerkacie cichaczem 😀 Fajnie, że jesteście ❤

Uściski dla was, uściski dla Valosa, uściski dla Linde, Mige, Burtona i Jukki ❤

Jeśli macie jakieś wieści o tym, jak było na ostatnim Helldone to piszcie – ja słyszałam, że jednak po ostatnim koncercie pan Valo jednak się rozczulił i uronił łezkę ale czy to prawda? Być może jest tak —> zacytuję Roxy:

„On taki hardy był…. Tymi mikrofonami tak napieprzał, i fakersy pokazywał, jak zbuntowany dzieciak co się nie chce przyznać że się boi i mu źle, to taką przykrywkę butną robi. A to mięciutkie jest w środku jak pianka z ogniska”

Podczas gdy Ville Valo stawał się na scenie „Drama Queen”

Jego rodzice popijali drinka obserwując syna na scenie 🙂

O ile pana Valo można jeszcze z łatwością spotkać (założę się, że przez ostatnie parę dni miał niezły najazd fanów w sklepie XD) to widok mamy Valo jest dość rzadki. Trzeba jednak przyznać, że obydwoje świetnie wyglądają 😀 To chyba przez ten zimny klimat, nieźle ich konserwuje huheue Tak na marginesie – ciekawe czy Kari podzielił się z nią cukierkami, które z dziewczynami mu dałyśmy będąc w Helsinkach ehehe

Również Jussi z 69 Eyes oddał hołd kończącemu karierę zespołowi – bardzo miły gest 🙂

 

 

 

 

Ostatni gasi światło 😀

Pytanie podstawowe, które sobie teraz wszyscy zadają: CO TERAZ?

Nic 😀 Dajmy panom czas na odpoczynek, zebranie myśli i wtedy się zobaczy. Nie wiem jak tam u reszty chłopaków, ale pan Valo już ma ambitne plany zagrania rólki w „Grze o Tron”… Tak, dobrze czytacie XD

Ciekawostka: kiedy byłam na koncercie w Londynie, tuż przed rozpoczęciem samego koncertu puszczono to właśnie intro XD Wtedy uznałam to za dość zabawne i szybko ten fakt uleciał mi z pamięci, dzisiaj nabrało to dla mnie nowego znaczenia 🙂

Jak zauważyła Lumnezia:

„Udział aktorów którzy grali we wcześniejszych częściach został już potwierdzony, jeśli wierzyć tej stronie http://gameofthrones.wikia.com/wiki/Season_8, a z postaci które pojawią się po raz pierwszy, przewidziano:

New characters:

Northern girl
Boy
Northern farmer
Sassy and attractive girl
Northern sentry
Sailor
Guard #1
Guard #2

Jedna z tych postaci będzie zatem grana przez Ville Valo – ciekawe która… 🙂”

Kogo obstawiacie? Chcielibyście zobaczyć Valczaka jako farmera? XD

No i tymczasem kiedy się Ville wyleguje w chacie, to tutaj trwa głosowanie na najseksowniejszego Fina (gdzie jest Kimi Raikkonen?)

Najseksowniejszy Fin – głosowanie

Ponadto w nowym Kerrangu pojawi się wywiad z Ville – dlatego powtarzam, nie martwy się za dużo i poczekajmy. A może czas przyniesie nam coś więcej, niż tylko powiew chłodu z dalekiej Finlandii… Może Ville już teraz właśnie siedzi i pisze…

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

That’s The Christmas Spirit! :)

Hello Sweethearts!

Ja tylko na chwilę, żeby życzyć wam Spokojnych Świąt w gronie rodziny oraz przyjaciół.

Nie ważne gdzie jesteście, nie ważne kim jesteście i nie ważne z kim je spędzacie, życzę wszystkim Wesołych Świąt! 😀

🎄😊🎄🎁 Dodam jeszcze, że mam przecieki od „reniferzy” Świętego, więc wiem, kto z was był 😇 a kto 😈 (wszyyystko mi wypeplały huehuehue 🤘)

Betty Bombka zdradziła mi także, który z chłopaków z HIM był grzeczny a który dostanie rózgę 😀

Poza tym, śniegu nie ma ale też jest zajeb..ście 😀

MERRY CHRISTMAS EVERYONE!

Tymczasem pan Valo, po ostatnim koncercie w Londynie, postanowił zostać jeszcze przez pewien czas w mieście i zapewne zrobić jakieś świąteczne zakupy 🙂

„Ja i mój brat dajemy sobie na Święta tylko coś małego, a moja mama daje mi skarpetki” – mówi – „To praktycznie nie rozbija twojego banku, a ja jestem zadowolony z każdego prezentu – nieważne co to może być. Prezent reprezentuje osobę, która cię obdarowała. Nawet jeśli jest to stosunkowo nieprzydatna rzecz, to cały czas będzie mi ona przypominała osobę, która mi ją dała. W każdym razie, ludzie mówią że i tak lepiej jest dawać niż otrzymywać.”

Co dziwniejsze (bo niektórym mogłoby się wydawać i wydaje się, że Ville i HIM nosi piętno satanizmu czy innych pierdół – C.N.), sam Ville nie jest przeciwny idei chodzenia do Kościoła, choć ma na to nieco inne, nietradycyjne podejście:

„Dla wielu ludzi chodzenie do Kościoła ma bardziej znaczenie rodzinne niż religijne i myślę, że to bardzo miłe. Ostatecznie, to przecież 30 minut siedzenia w jakimś miejscu i jeśli jesteś dostatecznie przebiegły, możesz podczas tego słuchać na swoim Ipadzie coś w stylu Deicide, kiedy tam jesteś. W ten sposób twoja mama będzie szczęśliwa, ty także będziesz szczęśliwy, bo potajemnie niszczysz to wszystko używając do tego celu Deicide.”

Źródło: Teamrock.com

Dobra, to kto się teraz wybiera na Pasterkę z Deicide w słuchawkach? XD

A kiedy rodzinne Święta już miną, to wtedy życzę wam spędzenia dalszego ciągu Świąąąt w iście rockowym styluu – Pamiętajcie —> Christmas „Spirit” musi być 😀 (tylko nie przesadzajcie XD)

A odliczanie do Helldone trwa…!

Take Care Sweethearts And Have A Nice Christmas!

Bye, Bye Love – Farewell Tour 2017 w Londynie

Cześć Kochani!

Jak wam mówiłam, ja na szarym końcu udałam się na koncert w Londynie. Chcecie wiedzieć jak było? Poniżej parę słów, a jeszcze poniżej wideorelacja 😀 Jednak zanim się za nią weźmiecie:

-Jeśli jesteś przeciwnikiem nagrywania na koncertach – NIE OGLĄDAJ.

-Jeśli jesteś przeciwnikiem mojego ryja – NIE OGLĄDAJ XD Bo się tam pojawiam 😛 A nie jestem ani Angeliną Jolie ani Scarlett Johansson 😀

 


Bye, Bye Love

Znowu zacznę od tego samego —> Jak mi się nie chciało tam jechać XD Naprawdę… Mokro, bo deszcz padał cały dzień (można by się pokusić o stwierdzenie, że Anglia płacze bo HIM kończy karierę.. Phiiii… 😀 ), zimno, no i oczywiście wiatr biednemu w oczy, czyli mnie, tak piz… wiał, że ledwo widziałam w którą stronę iść. Nauczona doświadczeniem –> nie próbuj nawet zrobić jakiejkolwiek fryzury i zapomnij o dotarciu w makijażu bez rozmazania się (tak… dokładnie tak traktuje mnie Londyn za każdym razem, kiedy wybieram się na ważną imprezę :D) to wszystko postanowiłam zrobić już w hotelu.

Także Londyn noo… Mokro, szaro i ponuro. Ale podobnie jak w przypadku wyjazdu do Helsinek, słowo się rzekło, bilety się kupiło. Od razu wzięłam taksówkę ze względu na pogodę, choć zazwyczaj uwielbiam spacerować po Londynie. Kiedy dotarłam do hotelu, zostało mi sporo czasu, jednak gdy już się przebrałam i poprawiłam makijaż, to nie mogłam usiedzieć w miejscu. Musiałam pospacerować po Camden, z którym mam bardzo miłe wspomnienia odnośnie poprzednich koncertów. No i ci ludzie tutaj! Nie można się na nich napatrzeć… Jak piękni potrafią być!

Idąc w deszczu przez Camden zostaję zaczepiona przez jednego konika tuż przy metrze, następny zaczepia mnie tuż przy klubie Roundhouse, gdzie kolejka przybiera rozmiar astronomiczny. Ale mnie to nie obchodzi 😀 Bo ja mam numerowany bilet, więc mogę wejść nawet ostatnia 😛 Dlatego mijam kolejkę i wyszukuję fanów HIM pośród przechodniów, a kiedy mi się to nudzi idę na kawę i frytki do Pakistańczyków 😀 Ale tu, znowu nie mogę usiedzieć, więc ostatecznie uderzam do kolejki, która tymczasem się podwoiła.

No więc – cierpliwości, powtarzam sobie, a w duchu klnę na wszystkie znane mi świętości po kiego grzyba ja stoję w tym zimnie 😀 Odpowiedź jest prosta, bo MUSZE tu być i kropka 🙂

Przy wejściu sprawdzają mi torbę. No i osobista kontrola, rozłożyłam więc ręce jak samolocik i dałam się opikać czy nie wnoszę nic nielegalnego. Ot, znak naszych czasów… Następnie kupuję piwo, do merchu się nie dostanę więc sobie daruję i idę na swoje miejsce.

Kiedy kupowałam bilet myślałam, że pewnie będę mieć jakieś totalnie złe miejsce, za filarem itp. Jako iż bilet kupowałam w ciemno, byleby tylko jakiś był 😀 Okazało się, że miejsce nad wyraz mi pasowało. Widziałam wyraźnie scenę, mogłam popijać piwo i obserwować… Ludzie byli naprawdę świetni – ubrani w HIMowe rzeczy, wszędzie Heartagramy, kolorowe włosy i przepiękna różnorodność osobowości połączona muzyką. Pamiętam jednego chłopaka w świetnym płaszczu z ogromnym Heartagramem na plecach, w spodniach z Heartagramem na lewej nogawce i w dodatku był w świetnym kapeluszu. Chciałam zrobić parę zdjęć, ale generalnie to byłam chora i zmęczona, więc wizja siedzenia na moim miejscu i popijania piwka była znacznie bardziej kusząca niż polowanie na fanów 😀

Ponieważ byłam sama, stworzyłam sobie towarzysza 😀 Możecie zobaczyć Heartagramika na filmiku, trochę rozmyty, bo nie wziął wiadomojakiejtabletki 😛

Kiedy na scenę weszli The Biters świetnie się bawiłam 😀 Lubię takie klimaty amerykańskiego rocka, gdzie można pośpiewać, potańczyć i się napić 😛 O tym zespole zostało już powiedziane wszystko – są dobrzy ale nie są wyjątkowi, wiedzą że ludzie przyszli dla HIM a nie dla nich, choć to nie przeszkadza im robić swego i widać, że chcą być na tej scenie i lubią tam być. Gdybym była w pierwszym rzędzie to pewnie bym skakała z nimi 😀

Po przerwie, na scenę wchodzą gwiazdy wieczoru – wszyscy razem, nie jak zazwyczaj Książe Valczak na samym końcu.

Kiedy zaczynają się pierwsze nuty, o dziwo, zaczynam śpiewać XD Ta ekscytacja utrzymała się krótko, lecz „Heartache Every Moment” prześpiewałam całe. Potem już coś pod nosem nuciłam, mając totalnie polew z „DancingNóżki” Valosa XD Tak się z tego śmiałam, że nie zauważyłam nawet, jak tłum ludzi rozkręcił się na maksa.

Pomijam kwestię śpiewu pana Villeła, było dobrze, bez wpadek lecz bez rewelacji, myślę że tak samo jak w Warszawie, no ale… Do Warszawy to było daleko… Widownia się bawiła, śpiewała jednak… nikt nic nie rzucał na scenę, nie było podziękowań, żadnego transparentu tylko jedna, smętna flaga gdzieś na płycie. Panowie grali taśmowo, piosenka za piosenką, praktycznie nie przerywając na żadne pogadanki. W pewnym momencie pan Villeł „DancingNóżka” Valczak zszedł ze sceny i zniknął na backstage’u – i tu wersje są dwie:

-że poszedł na fajkę XD,

-że poszedł siku XD.

Obie równie naprawdę interesujące i zabawne 😛

Zauważyłam jedynie jeden samotny jakiś prezencik świąteczny dla Valosa, podziękował i również życzył wesołych świąt, potem dodał, że jeszcze jedna piosenką i się stąd wynoszą. Na sam koniec pan Diva, ciepnął mikrofonem i chłopcy zeszli ze sceny. Trochę to trwało nim wyszli na bisa, ale gdyby tego nie zrobili to obawiam się, że Roundhous zostałby rozniesiony, gdyż tupanie fanów, mające na celu ich ponowne wywołanie, rozniosłoby klub. A ja osobiście zatłukłabym ich obcasem (nie miałam trampków :D) gdyby nie wyszli na bisa.

Generalnie koncert był dobry ale bez szału. Porcięta mi z wrażenia nie spadły, serce mi się nie roztopiło, świat nie zadrżał, a dusza moja nie rozpadła się z rozpaczy. Podczas koncertu dopadła mnie nawet senność, dlatego znów cieszyłam się ze swojego miejsca 🙂 Czy koncert był wart mojego przytaszczenia się tam? Hm… Nie straciłabym dużo, gdyby mnie tam nie było, ale dla swojego spokoju jednak cieszę się, że byłam oraz widziałam i słuchałam.

Kiedy wychodziłam z klubu, natknęłam się na chłopaków z The Biters. Nie wiedzieć czemu, nie zrobiłam sobie z nimi fotki (ojagłupiadotejporysiębijęwpierść :C), bo również chętnie postawiłabym im po drinku, fajne chłopaki są (byli akurat przy barze :P).

Opatulona skierowałam się w stronę hotelu, ale moje długie nogi samoistnie skręciły jednak w stronę backstage’u… No więc stoję… Czekam… Mija 15 minut… Szybko stwierdziłam, że nie warto. Poświęciłam im już dużo czasu, więcej nie potrzebuję go marnować stojąc w zimnie, bo i tak pewnie nie wyjdą, a pan Diva to już przecież oczywista oczywistość. Zawróciłam i poszłam do hotelu. Jak się potem okazało całkiem słusznie, bo czytałam że chłopcy tylko minęli czekających na nich fanów, wyjeżdżając z klubu samochodem…

Następnego dnia Londek przywitał mnie świecącym słoneczkiem. Świat się nie skończył, bo HIM kończy karierę. Nic się nie stało, nic się nie zmieniło.

Poszłam na spacer w piękne miejsce, które możecie zobaczyć  w wideo relacji. To było idealne zakończenie.

Moja relacja z HIM jest taka sama jak z Londynem – miłość/nienawiść. Jeśli oczekujecie peanów na ich cześć, to nie do końca trafiliście w dobre miejsce, ale musicie wiedzieć, że jeśli zajdzie potrzeba to pochwał im skąpić nie będę 😀

I tym samym skończyła się moja przygoda kiedy spacerowałam w Regent’s Park, prowadząc wyimaginowaną rozmowę z Thomasem Hiddlestonem, którego to chciałabym spotkać sto razy bardziej niż szanownego pana Paciuloka „DancingNóżkę”, a wtajemniczeni wiedzą, że Tomasz właśnie po tym parku od czasu do czasu biega lub chodzi na spacer ze swoim szczeniakiem 😀

 

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!


A jeśli chcecie porównać sobie koncert z tym w Warszawie zapraszam na zakładkę z relacjami o tutaj:

HIM w Polsce – Farewell Tour 2017

 

 

The sacrament is ALL OF you – relacja z koncertu w Zurychu

Hello Sweethearts 🙂 Komu zimno? XD

Wiecie jak to się mówi –> Psy szczekają, karawana idzie dalej 😀

I tak samo idzie pan Valczak wraz z kolegami, koncert za koncertem, aż do tego ostatniego…

 

Na przystawkę serwuję wam dzisiaj nieznany wywiad, w którym pan Valo wypowiada się o modzie 😀 I nie, nie tylko w stylu – a biorę se czarną koszulkę, jakieś tam spodnie i zarzucam marynarką XD Aha.. no i dodatkowo ubieram się w urok osobisty 😛

Posłuchajcie sami (wywiad po angielsku z niemieckimi napisami)

Zaś na danie główne —> leci relacja z koncertu w Zurychu (jeszcze ciepła 😀 no prawieeee…:P)


« The sacrament is ALL OF you »

HIM  w Zurychu

Oczekiwanie na ten koncert było dla mnie bardzo szczególne. Bilety kupiłam już pierwszego dnia sprzedaży, a że mieszkam we wschodnio-centralnej Francji, to najbliżej miałam na koncert w Zurychu. Dziewięć miesięcy ambiwalentnych uczuć, takich jak radość, smutek, złość, rozczarowanie i nadzieja. Dziewięć miesięcy życia fana na kolejce górskiej. 😀 Jechałam więc na ten koncert trochę niepewna: W jakim humorze będzie Ville? No i jak tam z głosem? Świetny występ w Warszawie i entuzjazm naszych poValonek nastawiły mnie jednak bardzo pozytywnie. Początek koncertu zaplanowano na dwudziestą, otwarcie bramek na dziewiętnastą. Mój ukochany i ja do Zurychu dotarliśmy przed szesnastą. Byłam poddenerwowana i popędzałam go trochę, podczas gdy on krążył, szukając parkingu blisko klubu X-TRA:
Kurczę, Gillou, ja chcę stać z przodu. Już jest czwarta, pewnie już zebrał się tłum ludzi!”.
A zależało mi, żeby być w pierwszym rzędzie, bo na ten koncert przygotowałam specjalny różowy kaszkiet, który zamierzałam rzucić na scenę. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że przed klubem o czwartej było tylko kilka osób! Zajęłam swoje miejsce i powiedziałam stanowczo, że już się stąd nie ruszam.
Kolejka wydłużała się bardzo powoli, ale skutecznie. Ochrona otworzyła bramki punktualnie.
Gillou i ja szybko udaliśmy się do szatni, która okazała się płatna, a nie mieliśmy gotówki, tylko karty… więc klops. Trzeba było jakoś przeżyć ten koncert z jedną kurtką kompletnie sprasowaną w małym plecaku, a drugą między nogami. Jeszcze tylko toaleta i szybciutko po schodach na górę.
O pierwszym rzędzie mogłam sobie pomarzyć! Udało mi się stanąć w czwartym. Nie byłam pewna, czy  kaszkiet doleci na scenę. Koniec końców zrezygnowałam. Mówi się trudno.

Na rozgrzewkę wszedł “The Biters”. Został przyjęty bardzo entuzjastycznie. Wokalista okazał się zabawnym gadułą. Zachęcał ludzi do klaskania i wymachiwania rękami na różne sposoby. Komplementował dziewczyny stojące z przodu, zagadywał też do bardziej oddalonej publiki. Ich około godzinny występ był połączeniem nieco przerysowanego scenicznego aktorstwa z popisami gitarowymi. Słuchało się tego dobrze, ale trochę jak godzinnego jednego utworu. Na pierwszy odsłuch piosenki wydawały mi się bardzo do siebie podobne, nie miały w sobie nic charakterystycznego. Chłopaki są, jak na mój gust, za bardzo wystylizowani i za bardzo chcą udowodnić, że są totalnie rock’n rollowi. Ich żywiołowy występ pozwolił jednak trochę rozładować narastające napięcie.

Nareszcie nadszedł tak długo wyczekiwany moment! Weszli ONI. Valo na końcu, jak ma to w zwyczaju. Nagle poczułam, że tłum wokół mnie się zacieśnia i jego parcie przesunęło mnie delikatnie w prawo. Bycie ściśniętą jak sardynka w puszce nie przeszkodziło mi jednak zauważyć, że od pierwszych chwil koncertu Ville tryskał doskonałym humorem. Rozkosznie było patrzeć na jego uśmiechy, posyłane w stronę publiki gesty, spojrzenia i żarty, a to wszystko z “taką pewną nieśmiałością”. 😀 Cały koncert Ville był czarujący i był też czarusiem.           W pewnym momencie miałam wrażenie, że zauważył mój różowy kaszkiet i napis na daszku (który był swego rodzaju mrugnięciem oka w stronę naszych poValonek i ich transparentu z Warszawy 🙂 ), i że uśmiechnął się do mnie, nawet kilka razy, ale wiecie, jak to jest… każdemu się wydaje, ze wokalista patrzy właśnie na niego. Fajnie jest mieć to przekonanie, ale prawdy się nie dowiemy.

Pomyślałam, że może podaruję Valo ten kaszkiet przez jego tatę, kiedy przyszłego lata zawitam ponownie w Helsinkach i zajdę do sex-shopu, ale mam jeszcze czas, by o tym zadecydować.

 

Ville żartował też trochę z każdym z chłopaków. Między innymi zwrócił się w stronę Mige podczas śpiewania „Wicked Game“, tak jakby adresował słowa tej piosenki do niego. 😀 Swoją drogą basista tego wieczora także był rozbrajający, w kapeluszu à la Włóczykij z „Muminków“. 😀 Linde był bardzo dyskretny, ale raz żartobliwym gestem poprosił publiczność o większy aplauz po jednej ze swoich  solówek. Burton natomiast żegnał się z fanami dłużej niż zwykł to robić przed tą trasą. Zatrzymał się na środku sceny, ukłonił się i pomachał. Ja w każdym razie wyczułam w jego zachowaniu jakąś odświętność, pragnienie zaakcentowania, że to już ostatni raz.

A jeśli wspominamy o prezentach, to z publiki poleciała w stronę Valo malutka książeczka, która przykuła jego uwagę, bo ją chwilę przekartkował i podziękował za nią. Na scenie znalazło się też coś, co z daleka przypominało mokrą pieluchę :D, a co z pewnością było zawiniątkiem z jakimś skarbem w środku. Reakcję Valo na ten tajemniczy prezent możecie zobaczyć na zarejestrowanym przez Gillou filmiku.

 

 

Wiem, że Cat zastanawiała się, jaka będzie szwajcarska publiczność. Muszę powiedzieć, że fani bawili się świetnie i byli bardzo reaktywni. Przynajmniej ci z przodu. Pojawiła się fińska flaga, może też dlatego, że 6 grudnia, w dzień koncertu, Finlandia świętowała stulecie swojej niepodległości. Zdarzył się także mały incydent. W pewnym momencie dziewczyna tuż za mną krzyknęła: „You are fucking asshole!“ Może jest niezadowolona, że zespół się rozpadł. 😀 Valo powiedział tylko, że to bardzo nieładne wyzywać tak ludzi i pogroził jej palcem.

 

Co do nagrywania i robienia zdjęć telefonami, na który to temat rozgorzała tu na blogu dyskusja, to owszem, ludzie ich używali, ale miałam wrażenie, że z tym nie przesadzali. Ja sama chciałam przede wszystkim być Tu i Teraz, a nie uczestniczyć w koncercie przez ekran telefonu. Zrobiłam więc jedynie kilka zdjęć, a Gillou nagrywał fragmenty utworów, kiedy tylko mógł wyciągnąć ręce, „ściśnięty pomiędzy blondynką i brunetką“, jak podsumował swoją niewygodną pozycję. 😀 Nasze zdjęcia są marnej jakości, ale dzielę się z Wami tym, co mam. 🙂

 

 

Miałam wrażenie, że prawie dwugodzinny koncert minął w pięć minut. Nie przejmowałam się tym, że – jak to zwykle z przodu – głos Ville zagłuszony był instrumentami i że często trudno mi było delektować się niuansami w utworach. Najważniejsze, że czułam tę jego niesamowitą energię i mogłam jej troszkę zaczerpnąć. Nie wiem, jak niektórzy z Was to robią, że pamiętają kolejność utworów. 😀 Osobiście mogę wyszczególnić jakie utwory grali, ale kolejności już nie. Zapamiętam kapitalną solówkę Burtona (Zabijcie mnie, ale nie mam pojęcia, w której piosence!), zabawy wokalne Ville i zmianę w tekście „The Sacrament“, bo w pewnym momencie zaśpiewał „The Sacrament is ALL OF you“. Taki mały gest w stronę fanów 🙂

Oczywiście nietrudno było zauważyć, że Ville momentami nie wyciąga góry, więc maskuje to krzykiem, a jego głos nie ma już tej barwy i głębi, jakie miał dwadzieścia czy choćby dziesięć lat temu, ale dla mnie to są tylko szczegóły. Porwała mnie alchemia zaistniała między fanami a zespołem. Na pewno nie zapomnę tego uśmiechu Ville, który zdawał się mówić: “Kurczę, jak one krzyczą! To naprawdę z mojego powodu?“ 😀

 

 

Tekst i zdjęcia: Ewa Włodarczyk

Dzisiaj panowie grają w Luksemburgu. Został już  nieco ponad tydzień do zakończenia tej części trasy. Następny etap, będzie tym końcowym —> koncerty Helldone!

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!

Bardziej lub mniej obiecane relacje z Hamburga :)

Cześć 😀
Ja widzę, że się tu rozpisaliście – ładnie, ładnie 🙂 Można by rzec, że lecicie jak burza 😀
Dzisiaj zapodaję relację z Hamburga – a w tym samym momencie jedna z naszych PoValonek udaje się właśnie na koncert do Zurychu (lub już nawet jest w środku) – jeśli ktoś zobaczy różowy to zapewne to ona 😀 Udanej zabawy i czekamy na słów parę o tym jak było 🙂
W sumie jestem ciekawa – Szwajcarzy to chyba nie ten typ narodu co by szalał na rockowych koncertach… Ale mogę się mylić hm…. Poczekamy, zobaczymy 😀

Hamburg,Docks  29.11.2017 ,środa HIM- dzień pierwszy
Na miejsce dotarłam stosunkowo późno, ok 17:00.Przed klubem stał już pokaźny tłum zmarzniętych fanów.Spodziewałam się,że o tej porze będzie już znacznie więcej ludzi i będę gdzieś na szarym końcu, ale do owego końca było mi jednak daleko.Można powiedzieć, że trochę sobie odpuściłam ten koncert. Jeszcze nie doszłam do siebie po poniedziałkowym koncercie Stone Sour, a wiedziałam, że będę miała drugą szansę na lepsze miejsce na drugi dzień.
Jedna dziewczyna rozdawała fioletowe balony z czarnym logiem HIM, miały zostać nadmuchane i puszczone w czasie koncertu. Miała ich cały worek …ale do tego jeszcze wrócę.
W środku przeżyłam bardzo miłe zaskoczenie. Część osób rozlokowała się przy barze i na siedzeniach po bokach, tak więc zajęłam sobie miejsce w 4 rzędzie, może metr od środka sceny. Ludzie przede mną byli odpowiedniego wzrostu by mi nie zasłaniać ( scena w Docks jest bardzo wysoka). Jak się później okazało było to wprost idealne miejsce, którego nie zamieniłabym na żadne inne.
Punktualnie o 20 na scenę wyszedł support. Jesus. Fucking. Christ… Miałam wrażenie, że oglądam pierwszy lepszy szkolny band. Jak dla mnie byli okropni. I nie chodzi mi tu tylko o ich fryzury. Słuchając bezczelnego dowcipkowania frontmana można by się pomylić i pomyśleć, że ma się przed sobą prawdziwą gwiazdę z ugruntowana pozycją na rynku. A to, że przypominał mi brzydszą, bezbarwną kopię Ville jeszcze pogarszała jego ocenę w moich oczach. Może się czepiam. Nie wiem. Nie podobali mi się. Nie moje klimaty i tyle.

Było dobrze po 21 gdy wśród okrzyków i pisków nasi chłopcy weszli na scenę. Kiedy pojawił się Ville publiczność należała wyłącznie do niego. Ledwo wszedł już nas czarował i hipnotyzował tym seksownym powłóczystym spojrzeniem. Zalała mnie fala gorąca.Ville nie jest w moim typie, ale z jakiegoś powodu jest w mojej top  3 najseksowniejszych stworzeń. Choć czasy szczenięcej miłości dawno mam za sobą, moje serce zatrzepotało. Jestem ciekawa ile z Was, z osób, które szły na koncert bez większego entuzjazmu poczuły się jak rażone piorunem, kiedy Książę wszedł na scenę z tym swoim tajemniczym uśmieszkiem.
Wyglądał świetnie. To był ten sam Ville, którego niemal 10 lat temu dwukrotnie widziałam dokładnie na tej samej scenie. Ku mej ogromnej radości nie miał na głowie tego obrzydłego ustrojstwa, które przez długi czas zdawało się być zrośnięte z jego głową. Miał zwykłą czarną czapkę spod której wyłaniały się niesforne loki. Do tego kubrak, bardzo obcisłe portki uwydatniające jego chudość i fajne ciężkie buty. Prezentował się piekielnie dobrze.
Zaczęli standardowo od Buried Alive By Love. Jest to piosenka, którą kocham. Jest to piosenka, którą już dawno powinni wyrzucić z setlisty razem z Soul on fire. Nie pojmuję dlaczego Ville tak się katuje. Po jego minie widać, że nie jest zadowolony z dźwięków, które wydobywają się z jego gardła. Nie daje już rady przy tych utworach i doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Przecież ma uszy. Ja sama nie potrafię powstrzymać grymasu, kiedy atakuje dźwięki, które są poza jego zasięgiem. Zazwyczaj kończy się to serią karykaturalnych udziwnień, za które mogłabym skopać tę jego chudą dupę. Swoją drogą jego Pani mogłaby go trochę podkarmić…
Na drugim utworze – Heartache Every Moment udało mi się naprawić swój „błąd” sprzed niemal 10 lat. Otóż na koncercie w 2008 Ville zatrzymał na mnie swój hipnotyzujący wzrok i posłał mi jeden ze swoich pięknych uśmiechów. Przechodziłam wówczas dziwny okres w życiu i… zamordowałam go wrednym spojrzeniem – a możecie mi wierzyć, że bazyliszek to przy mnie pikuś.
10 lat później sytuacja się powtórzyła, tym jednak razem odwzajemniłam uśmiech, mało tego, uśmiechnęłam się najpiękniej jak potrafiłam.

Jeśli byliście na koncercie HIMa i mieliście szczęście spotkać wzrokiem spojrzenie Ville to znacie to uczucie. Wiecie, że kiedy Ville Valo na Ciebie patrzy to patrzy NA CIEBIE. Prosto w oczy, jakby w nich tonął, jakby zaglądał w duszę.
W międzyczasie okazało się, że głowa chłopaka obok mnie zasłania mi Linde. Żeby go zobaczyć musiałam się nieznacznie wychylić. Mimo to nadal twierdzę, że miałam najlepsze miejsce ;o)
Na widowni były przynajmniej dwie Finki. Jedna z nich zawołała coś po fińsku,Ville jej odpowiedział i…zaczął śpiewać happy b-day po fińsku, gdy skończył powiedział do tej drugiej – „To było specjalnie dla ciebie sweetheart”
Mówił coś jeszcze, ale bez bicia przyznaję,że zawsze bardzo mało go rozumiem na koncertach, kwestia nagłośnienia i akustyki w połączeniu z jego niskim, mruczącym  głosem. Śmiał się, więc można założyć, że było to coś zabawnego ;o)
Gdy światło na chwilę zgasło skurczyłam się i zaczęłam nadmuchiwać balon, który dostałam w kolejce. Puściłam go, chwilę później dołączył do niego drugi balon… i to by było na tyle jeśli chodzi o balony. Z całego worka tylko dwa dryfowały w powietrzu. Inni zapewne uznali, że to niezła suwenira i zostawili je bezpieczne w swoich kieszeniach.W pewnym momencie jeden z balonów doleciał na scenę, Ville go podniósł i pokazał chłopakom, po czym odłożył do reszty skarbów rzuconych na scenę.
Było standardowe dowcipkowanie z Mige i dokuczanie Lindemu (yyy to się odmienia? ) i Burtonowi. Było migowe narzekanie na odsłuch. Było wszystko. W kilku zwięzłych zdaniach Ville podziękował za przybycie i w następnej chwili już ich nie było.
Podsumowując koncert był dobry, bardzo dobry. Jedynym rozczarowaniem dla mnie był bis. Nie wiem czy to kwestia drętwej niemieckiej publiczności (Niemiecka publiczność ma  opinię drętwych drewnianych kloców w światku muzycznym , nie chodzi tu o żadne moje uprzedzenia),czy po prostu uznali, że mają jeszcze jutrzejszy dzień? Zagrali tylko „Rebel Yell”. A ja tak bardzo liczyłam na moje ukochane „When Love And Death Embrace” ;o((
Pomachali, zeszli ze sceny i … rozbłysły okrutne światła odbierając nadzieję na ciąg dalszy.
Hamburg,Docks 30.11.2017 czwartek, HIM – dzień drugi
Obawiałam się, że tym razem ludzie zaczną się szybciej zbierać, żeby zająć lepsze miejsca – słyszałam to też w kolejce poprzednim razem. Chcąc nie chcąc, przyjechałam godzinę wcześniej, czyli o 16. Pod klubem przeżyłam mały szok – było tylko 10 osób (z czego przynajmniej 4 czekały od 11:00!!!) Było strasznie zimno. Uwielbiam zimę,ale znam ciekawsze i znacznie przyjemniejsze zajęcia niż kilkugodzinne stanie niemal bez ruchu na mrozie. Kiedy ludzie zaczęli się zbierać staliśmy tak blisko siebie jakby łączyła nas nie wiadomo jaka zażyłość, nikt jednak nawet nie pomyślał aby się odsunąć, wręcz przeciwnie : gdy nieznacznie zmieniłam pozycję dziewczyna stojąca przede mną odwróciła się i spojrzała na mnie z wyrzutem i zapytała czy nie wolałabym przytulić się do jej pleców ;o)
O 19:00 wpuszczono nas do środka.Mogłam bez problemu stanąć w pierwszym rzędzie, ale znam ten klub dość dobrze i wiem,że nie jest to najlepszy pomysł.Stanęłam więc w drugim rzędzie za dziewczyną, która miała max 150cm wzrostu ( nos biedaczki znajdował się dokładnie na wysokości włochatej smrodliwej pachy jej towarzyszki ). Widok miałam idealny, nieograniczony i nikt nie miażdżył mi klatki piersiowej barierkami. Nie mogło być lepiej. Kłamię. Mogło. Dzień wcześniej było.
Po pierwsze stałam nieco dalej od sceny, nie musiałam więc wysoko podnosić głowy by obserwować show, a po drugie jak powszechnie wiadomo Ville nie zaszczyca spojrzeniem pierwszych rzędów. Nie żeby mi na tym zależało, ale nie pogardziłabym jeszcze jednym jego uśmiechem. Cóż, tutaj mi to nie groziło.
(…)
Po którejś z piosenek Ville – ubrany dokładnie tak jak dzień wcześniej – zawędrował na tyły sceny i wykrzyknął nagle :”Who the fuck farted?!” i błądził oskarżycielskim wzrokiem od jednego do drugiego. Żaden z chłopaków nie przyznał się do popełnienia czynu.
Rozglądając się po zebranych widziałam ludzi w bardzo różnym wieku. Moją uwagę przyciągnęła kobieta na oko 60letnia, która bardzo obficie się pociła. Zerkałam na nią co jakiś czas z niepokojem. W którymś momencie ochroniarz chciał ją wyciągnąć, ale mówiła, że nic jej nie jest. Dali jej wody. Ville dostrzegł niewielkie zamieszanie jakie to wywołało i…zapytał straszą panią czy chce wody. Chciała. Co zrobił Książę? Poszedł po swoją upitą wodę i rzucił w nią.
Dosłownie.
Trafił ją we włosy, zrobił przy tym minę jak niesforny dzieciak, który niby wie, że źle postąpił, a jednocześnie nie może powstrzymać uśmieszku zadowolenia. W rezultacie kobietę jednak wyciągnięto z tłumu, ale cały czas mocno ściskała swoją wodę święconą od Hermaniego.(Żeby nie było…nie wynieśli jej przez to, że rzucił w nią butelką, powiedzmy, że zaledwie musnął jej włosy ;o) )
Miły gest prawda? Fanka źle się czuje, więc wokalista daje jej swoją wodę. Tiaaaa. Miły gest.

(Nie wiem jak wy ale ja mam ochotę mu tak zrobić – co za menda społeczna… Mój pomysł z bojkotem Valosa chyba nie jest taki chybiony…wrr…. -C.N)

Ville ta menda nie dałby jej nawet kropli wody gdyby nie była w wieku jego matki. Gdyby któraś z nas była na jej miejscu nawet by na nas nie spojrzał. To świetnie pokazuje jak się nami bawi. Nie mówię, że to źle, niech ma chłop trochę zabawy, czyż nie? Pamiętam jak na koncercie 10 lat temu ochroniarz wyłowił z tłumu dziewczynę, która ledwo żyła, ale wciąż rozpaczliwie wołała „Ville,Ville” A co zrobił Ville? Nic. Nawet na nią nie spojrzał.
Niskie dziewczę stojące przede mną rzuciło czapkę na sam brzeg sceny w chwili, w której akurat zgasły światła. Kiedy ponownie rozbłysły Ville zaczął śpiewać i stanął tam gdzie spędzał większość czasu, czyli na brzeżku sceny.(Gdyby się pochylił i wyciągnął rękę,osoby z pierwszego i być może nawet drugiego rzędu z powodzeniem dosięgnęłyby jego kończyny)Bezceremonialnie, nieświadomie zdeptał prezent. Odszedł kawałek i spostrzegł czapkę. Przez chwilę – jeśli uchwyciło się jego wzrok – można było czytać w jego twarzy. Najpierw uświadomił sobie, że to milutkie, mięciutkie coś co tak przyjemnie pieściło jego buciki to prezent od fana.Następnie dotarło do niego, że to podeptał, zbezcześcił. Dalej jego mina mówiła „Co zrobić z tym gównem? Zostawić i udawać,że niczego nie zauważyłem? Podnieść i podziękować?” Bił się z myślami do następnego refrenu. Ostatecznie podniósł czapkę dwoma palcami jakby bał się,że pobrudzi swoje cenne paluszki. (Trzeba było nie podeptać jej brudnymi buciorami!!! ) i rzucił ją koło perkusji. Średnio fajne…
 (Wiem, że pewnie zaraz zostanę zlinczowana – podtrzymuję jednak swoje zdanie, że ktoś powinien spuścić Łilemu porządny wpir…l, żeby się opamiętał, bo jak widać odleciał trochę za bardzo… -C.N)
Byłam na wielu koncertach i jeszcze nigdy nie widziałam, by ktoś tak pajacował z odsłuchem jak Ville. Te ciągłe znaki do techników, grymasy niezadowolenia sprawiają, że czasem odbieram go jak jakąś divę. A robi to na każdym koncercie, praktycznie po każdej piosence. To już jakby część choreografii.
Linde często odwracał się do wzmacniaczy i głośników, tak jakby mówił, że przecież i tak nikt nie zwraca na niego uwagi i może grać choćby plecami do nas. Nic bardziej mylnego. Patrzenie na niego, słuchanie gdy gra to czysta przyjemność.
Pod koniec Ville powiedział, że wszystko dobiega końca i oni są tego najlepszym przykładem. Ogólnie dużo mówił i śmiał się. Obserwując ich żarty i drobne przepychanki zastanawiałam się ile z tego jest prawdziwe, a ile to część wyreżyserowanego show?
Zagrali moje ukochane „Stigmata diaboli”, „Razorblade kiss” i „It`s all tears”. Byłam w siódmym niebie. Cieszyłam się, że setlista nie jest identyczna z wczorajszą.

Gdy rozbrzmiały pierwsze dźwieki bisowego ‚Rebel Yell” pomyślałam, że to nie może się tak skończyć… I nie zawiodłam się. Płynnie przeszli w „When love and death embrace”. Salę przebiegła fala pisków, a następnie szlochów, gdy polały się pierwsze długo powstrzymywane łzy. I moje oczy się spociły. Świadomość, że pewnie już nigdy nie zobaczę, nie usłyszę ich w takim składzie była wyjątkowo dołująca w połączeniu z granym właśnie utworem. Przecież zakończenie kariery jest w pewnym sensie śmiercią.
Tak jak poprzednio pomachali nam i już ich nie było. Światło rozbłysło ponownie zbyt wcześnie. Widząc te wszystkie zapłakane twarze, moje oczy automatycznie wilgotniały.
To był koniec.
Gdybym miała podsumować oba koncerty… mam brzydkie uczucie jakby wcześniejszy gig potraktowali po macoszemu. Jakby KTOŚ uznał, że nie muszą się tak produkować, mają jeszcze jeden koncert by pozostawić super wrażenie. Mam nadzieję, że tak nie było, że to po prostu samo tak wyszło. Nie każdy mógł być obecny na obu koncertach. Dla większości koncert 29.był jedynym. Ostatnim. Nie chcę powiedzieć, że tamten koncert był zły. Nie był! Był bardzo dobry. Ale ten ostatni był SUPER. Chłopcy zdawali się mieć wiele więcej frajdy z grania,Ville dużo więcej gaworzył i żartował.
Żałuję,że nie byłam na koncercie w Stodole…ale przynajmniej mogłam ich zobaczyć dwa razy. Tak się pocieszam…
HIM towarzyszył mi przez ostatnie 17 lat, dorosłam z nimi.W moim życiu zmieniło się właściwie wszystko w tym czasie i mogę szczerze powiedzieć,że byli i są jedynym stałym punktem w moim życiu. Nawet kiedy miałam przerwy, zawsze do nich wracałam. Przynosili mi ukojenie gdy go potrzebowałam. Osuszali łzy lub dawali pretekst by się wypłakać. Muzyki, którą nam dali nikt nam nie odbierze, uczuć, które w nas budzi także nie. Jest smutno, bo to koniec pewnego rozdziału również w naszym życiu, ale ten koniec nie musi oznaczać czegoś złego. Koniec jest zawsze początkiem czegoś innego, jakiejś innej podróży. Jeszcze nie dziś, jeszcze nie jutro…ale wiem,że znów nas w nią zabiorą, ale już nie razem jako zespół. Będę czekać. Gotowa do drogi.
Tekst: Camille de Winter

Take Care Sweethearts And Have A Nice Day!