HIM w Polsce – Farewell Tour 2017

„Soul on fire” czyli … amnezja po koncercie HIM
😉

Zanim przejdę do samej relacji opiszę nieco uczucia jakie towarzyszyły mi podczas obcowania z muzyką HIM przez 26 lat. Tak, tak, przez 26 lat. Tak jak się złożyło,że będąc jeszcze w szkole podstawowej usłyszałam ich cover „Wicked game” i zakochałam się. Urzekła mnie ta aranżacja i pochłonęła bez reszty. A przyznać muszę,że nie lubię oryginału 😉 I tak przez wiele lat towarzyszyli mi Panowie z HIM ze swoją muzyką, tekstami i złotymi myślami. Przez wiele lat obserwowałam też jak toczy się ich kariera, wzloty i upadki poszczególnych członków zespołu, aż wreszcie dochodzi od dziwnych wibracji podczas nagrywania i premiery ostatniego albumu „Tears on tape”. Wielu fanów po ogłoszeniu, w marcu tego roku, zakończenia działalności zespołu otwarcie przyznawało, że brakuje im tej kropki nad „i”, pożegnalnego albumu, który spiąłby w klamrę całą twórczość HIM.
Dla mnie już album „ToT” był takim swoistym pożegnaniem, muzyka jest z jednej strony smutna, cięższa, ale z drugiej są fragmenty, które dla mnie kojarzą się z uczuciem nadziei na lepsze „jutro”.Teksty skupiają się na różnych „końcach”, wprowadzono też krótkie formy muzyczne (że tak je ujmę), coś czego wcześniej nie stosowano. Samo oczekiwanie na album oraz odejście Gas’a były znamienne. Tak, więc gdzieś podskórnie przeczuwałam (jak pewnie wielu fanów) co może się za tym kryć.
Kiedy ogłoszono zakończenie działalności HIM poczułam z jednej strony smutek, że to koniec takiej pięknej historii, może miejscami bolesnej i smutnej, ale mimo to pięknej. Jednak z drugiej strony poczułam żal, że Ville Valo nie ogłosił tego osobiście, a przekazał do odczytania jakiemuś random’owemu spikerowi w radiu BBC, pomiędzy granymi utworami. Zaraz potem szaleństwo z ogłoszoną naprędce trasą koncertową i biletami wzbudziło moją niemałą irytację. Oczywiście w dniu sprzedaży biletów byłam w pracy i nie miałam możliwości kupienia wejściówki, dlatego bardzo ucieszył mnie fakt, że jedna z poValonych zechciała odstąpić mi swój zapasik 😉 (Jeszcze raz bardzo Ci dziękuję 😗 ).
Wreszcie rozpoczęła się trasa w USA i… HIM rusza z mocnym uderzeniem. Na „dzień dobry” grają setlisty po ok.20 utworów. Wszyscy jesteśmy z szokowani liczbą kawałków. Mało tego – Ville brzmi naprawdę dobrze, z koncertu na koncert wręcz coraz lepiej. Powoli odżywają w nas nieśmiałe nadzieje na rewelacyjny koncert w Polsce. Wspólnie szukamy jakichś akcji polskich fanów, Katrina zakłada wydarzenie na fb „PoValonki” i zastanawiamy się w jaki sposób uczcić koncert HIM w PL. Początkowo padają śmieszne, a wręcz absurdalne sugestie jak zbesztać panów z zespołu za to, że tak olewają nasz kraj, by ostatecznie stwierdzić, że jednak podziękujemy. Wstępnie proponuję napis „Thank You guys for this 26 great years and good luck in your new project” 🙂 W blogowym gronie zostaje on zaakceptowany. Ostatecznie Roxy stwierdza, że to Ona wykona transparent, ale skróci napis 😊I wreszcie nadchodzi długo wyczekiwany dzień koncertu … Przed wyjściem z domu sprawdzam jeszcze czy wszystko jest na swoim miejscu np. buty 😉
 I w drogę … pominę fakt,że bladym świtem …
😉
Kiedy docieram późnym popołudniem pod Stodołę, pod klubem stoi już spora kolejka fanów, ludzie żartują, śmieją się, częstują herbatką z termosów i … zastanawiają się o co chodzi z numerkami na rękach (?!). Krótki research i już wiem. Kilka osób, które przyszły najwcześniej numerowało się, aby zaznaczyć pierwszych 40 osób, które wejdą do klubu i będą mogły pobiec pod scenę. Ja sama przyszłam zdecydowanie za późno na „oznakowanie” 😉 Niemniej wiele osób stojących dookoła mnie było zdenerwowanych taką sytuacją. W tym miejscu chciałabym powiedzieć, że doskonale je rozumiem. Czym innym jest, jeśli fani umawiają się na oficjalnym wydarzeniu, blogu, fanpage’u czy w innym miejscu ogólnodostępnym dla wszystkich na takie numerkowanie i jest to powszechnie akceptowane (np. fani w Korei tak robią) , a czym innym jest, gdy grupka samozwańców takie zasady sobie wymyśla i narzuca je innym. Pamiętajmy, że nie każdy może stać od rana, bo część pracuje albo nie ma takiej możliwości. Tutaj podkreślam,że nie wypowiadam się o takim „oznaczaniu” osób przychodzących, ale formie w jakiej zostało to zrobione 🙂
Stojąc w kolejce miałam okazję poznać kilka osób, które czytują naszego bloga albo kojarzą „PoValonki” utworzone przez Katrinę 😉 Stąd przesyłam serdeczne pozdrowienia dla Klaudii – do tej pory pamiętam smak tej nieszczęsnej solonej lukrecji …. 😖 oraz dziewczyn, które stały z nami (niestety nie mam ich fotek 😉 ), a także przed nami, a które również widziałam z transparentem 😊

I wreszcie wchodzimy do Stodoły, zajmujemy miejsca na przeciwko miejsca gitarzysty, a na przeciwko nas usadawia się ochroniarz, który to potem odegra jedną z pozytywnych akcji w mojej relacji 😉
Jako jedna z pierwszych w miejscu dla prasy pojawia się Katarzyna Katia Wichłacz, która zaprasza nas do przeczytania wpisu z koncertu na portalu kulturalnemedia.pl po czym robi nam fotkę …
Po kilku minutach an scenę wchodzą chłopaki z Biters 🙂 Przyznaję szczerze, że grają jak kilkadziesiąt innych amerykańskich kapel, ale moim zdaniem grali dobrze, czysto. I nawet pokuszę się o stwierdzenie, że na żywo brzmią nawet lepiej niż w teledyskach. Do gustu przypadła mi szczególnie ich piosenka „Stone Cold love”.

Panowie kończą swój występ równie dynamicznie jak zaczęli, po czym szybciutko zbierają swój sprzęt, a na scenę wkraczają techniczni zespołu HIM.
Szybko dzwonimy dla Katriny, niech też odczuje te emocje 😉
Wtedy też zauważyłam, że na scenę powrócił … metalowy heartagram, którego wcześniej w tej trasie nie było! Początkowo myślałam, że to jakaś dekoracja z namalowanym sercem. Puszczane co chwila opary dymu i przytłumione światło skutecznie mamiły wzrok.

Tłum coraz bardziej się niecierpliwi, co chwila wybuchają głośne brawa i gwizdy. Wszyscy zamierają w oczekiwaniu na HIM. I wreszcie rozlega się „… bye bye love …” a na scenę wkraczają oni…

Patrzę jak panowie wchodzą na scenę, witają się z publicznością, zaczynają grać. Tłum krzyczy i … uśmiech zamiera mi na ustach. Valo jakkolwiek ugrzeczniony do granic możliwości jest dość daleko od koncertu. Postawa jego ciała pokazuje, że przyszedł tutaj zrobić swoje bez zbędnych czułości i spoufalania się.

Myślę sobie olać to, zobaczymy jak będzie wyglądał koncert dalej. Słucham, VV śpiewa poprawnie, rzeczywiście zmienił nieco technikę, są też delikatne zmiany w aranżacjach – wolniejsze tempo, inna tonacja itd.
Valo co chwilę daje znaki dźwiękowcom, ustawia, poprawia odsłuch, zwraca uwagę. W pewnym momencie jego wzrok pada na nasz transparent. Kończy piosenkę, ale wzrok co chwile ucieka mu w kierunku trzymanej przez nas białej płachty 😉
Zaczynają kolejną piosenkę „Heartache Every Moment”, gdy Valo patrzy na publiczność po prawej stronie, czyli na nas. Już chce się odwrócić, gdy zaczyna czytać co jest na transparencie. Przez ułamek sekundy widać zaskoczenie połączone z zadowoleniem na jego twarzy. Po chwili wraca do swojej nonszalanckiej pozy i w tak charakterystycznym dla siebie stylu kłania się nam, dziękując 🙂 Widać od ok. 5 sek.

Wtedy pomyślałam, że być może nie zmieni to nastawienia VV i zespołu do polskich fanów, ale z pewnością też nie zaszkodzi. Kolejną piosenką na setliście było „Your sweet 666”, które moim zdaniem brzmiało naprawdę dobrze.

Potwierdzeniem dobrej formy wokalnej Ville była następna piosenka czyli „Kiss of dawn”, gdzie zaczynał prezentować tak lubiane przez nas „doły”.

Kolejnym utworem, na którym Valo ewidentnie nie mógł odmówić sobie flirtu i dwuznacznego „żartu” z fanami było „The Sacrament” (ok.0:39 min), gdzie jak to mawia klasyk – nadużywał nieco swojej seksualności 😉

Miło było patrzeć jak Linde prezentuje swoje solówki, Valo porusza się w rytm piosenek, a Mige dostaje nadpobudliwości ciała 😉 Niestety stojąc „pod światło” nie widziałam Jukki, a tylko czasem Burtona, który siedział z pełna powagą za klawiszami.

Kiedy Valo zaczął śpiewać „Tears on tape” przyznaję szczerze, że przestałam podrygiwać, a zaczęłam się z dziewczynami delikatnie kiwać w rytm muzyki. Nie przepadam za tym utworem jakoś szczególnie, ale w moich uszach brzmiał lepiej niż wersja albumowa. Może to dlatego, że Valos nie śpiewał takim nosowym głosem refrenu?

Jednak widać było wyraźnie, że Valo jest odprężony i coraz lepiej się bawi na koncercie. Trema i obojętność tak widoczne podczas pierwszej piosenki umknęły, widać jak macha do smartfona jakiegoś fana 🙂

„Gone with the sin” Ville zapowiada jako wolniejszą wersję „Rip out …”, co wywołuje śmiech na sali.

Chłopaki w tym utworze brzmią naprawdę dobrze. Grają równym, miarowym tempem. Chyba po raz pierwszy tak naprawdę poczułam o czym Valos śpiewa, to coś w jego głosie sprawiło, że miałam wrażenie jakbym pierwszy raz słyszała „Gone with the sin”. Dla mnie czysta magia.
Wreszcie padają słowa, na które czekało z pewnością wielu fanów „Dobrze tu wrócić, najwyższa pora”. Jeszcze drobne uszczypliwości pod adresem Linde „Jak dajesz radę? Jak twoja głowa pracuje? Chcesz coś powiedzieć” – „Nie” (Linde z uśmiechem kiwa głową – „To spoko ha ha Tak właśnie dzieje się kiedy wszyscy mamy 40- stkę i staramy się dawać radę. Niestety nie ma … jeśli chodzi o rock’n’roll” 🙂

Na ten kawałek czekałam 😍 To uderzenie, które towarzyszy zawsze „Soul on fire” wręcz wyrywa mnie spod barierek (nie ukrywam, że mogła to być sprawka nagłośnienia i faktu, że stałam koło głośnika 😉 ). Tłum szaleje, wszyscy krzyczą razem z VV. Każdą komórką ciała czuję energię i drżenie podłogi pod stopami.
Kontynuacją uderzenia mocy jest „Wicked game”. Valo skrupulatnie unikał patrzenia w prawą stronę, więc kiedy w końcu spojrzał i odmachał nam został nagrodzony puszczonym w jego stronę buziakiem (ok. 0:19 min) i widać było, że rozśmieszyła go ta akcja.

Występ ten zapamiętam tez z innego powodu: Valo dał możliwość zaprezentowania swoich solówek Linde oraz Burtonowi. Po swojej solówce Linde rzuca do nas kostkę od gitary. Aneta rzuca się łapać go, a reszta z nas dalej przeżywa występ.

Na następnej piosence z setlisty „Killing loneliness” Valo dostał od fanów różę,którą wręczył … Mige.

„Poison girl” brzmiało tak jak na większości koncertów czyli poprawnie i przewidywalnie. W następnym „Bleed well” Valo zastosował „stary chwyt” i do refrenu dodał „We’ll Bleed Well … in Warsaw”(W Pradze było „in Praha” 😉 ).

Ukochane przez fanów „Join me” dało wszystkim chwilę wytchnienia. Valos mógł dać nieco odpocząć strunom głosowym, podczas gdy publiczność miała okazję „wyśpiewać się”. Śpiewy fanów oraz ich zachowanie ewidentnie spodobały się wokaliście, a na jego twarzy co chwilę gościł uśmiech, cały występ kończąc lakonicznym „Love you”.

Nagle rozbrzmiewa dźwięk przypominający nawoływanie muezzinów na wieczorną modlitwę… Tak zaczyna się „It’s all tears” w bardzo dobrej aranżacji, której nie słyszałam wcześniej. I ten występ był niewątpliwie najmocniejszym punktem całego koncertu. Valo doskonale radził sobie tutaj z dołami i górami, co było o tyle zaskakujące,bo większość nie spodziewała się tego, że da z siebie całkiem sporo podczas tego utworu 🙂

W pewnym momencie Valo przerwał pytając „Czy ktoś jest ranny? Wygląda jakby ktoś był rany. Wszystko w porządku? Przestańcie się bić. To nie jest zabawne. Można kogoś zranić, ok. Czy wszyscy są ok?”. Po czym odwracając się do Jukki powiedział coś w stylu „Nie mogę dalej śpiewać. Może od drugiego refrenu? Nie mam k**a pojęcia. Jestem zbyt podniecony tą bójką. To nie jest miłe, wiecie. To nie jest fajne kiedy możesz stracić zęby albo cokolwiek. To nie jest zabawne. Czuje się chory i to jest dokładnie to co mam do powiedzenia w tej sprawie”. Mimo, że stałam całkiem blisko nie widziałam dokładnie co się stało. Niedawno przeczytałam czyjś wpis, który mnie szczerze rozbawił w związku z tym wystąpieniem Valo. Otóż ktoś napisał, że chciał pobawić się na koncercie, poskakać, potańczyć pogo,a dostał zjebkę za to 😀

Kiedy zespół zszedł ze sceny, oczywiście nie na długo, bo po kilku minutach, w trakcie których dźwiękowcy m.in. stroili gitarę Linde chłopaki powrócili by zagrać bisy. Tym razem Aneta przygotowała się już mocno do rzucenia transparentu na scenę. Poprzedni rzut spełzł na niczym kiedy to Linde … nie zauważył rzuconego na scenę złożonego transparentu. Na szczęście nasz Najlepszy Pod Słońcem Pan Ochroniarz (serdeczne pozdrowienia dla niego 😀 ), który w trakcie koncertu podawał nam wodę w kubeczkach i dbał cobyśmy się nie uszkodziły w tych emocjach ( 😉 ) ściągnął odrzucony na kraj sceny transparent i nam podał. Aneta odczekała swoje po czym rzuciła … jak ta historia się skończyła można zobaczyć tutaj:

Kropką nad „i” i ostatecznym zakończeniem koncertu był utwór „When love and death embrace”, odśpiewane z nutką nostalgii i wyczuwalną melancholią.
Koncert oceniam bardzo pozytywnie. Może nie tyle ze względu na zachowanie Valo (nie sądzę, aby w jakiś sposób zmieniło się jego podejście do polskich fanów czy Polaków w ogóle, niemniej zdecydowanie nasz koncert wyróżnia się jeśli chodzi o to co przygotowali fani 🙂 ), ale reszty chłopaków. Na swój sposób wzruszyła mnie postawa Burtona, który podczas prezentowania transparentu ze sceny wstał i zaczął bić brawo.
Muzyka i wykonanie były na naprawdę dobrym poziomie. Pewnie znajdą się osoby, które powiedzą, że koncert był przeciętny itd. Moim zdaniem nie był, z bardzo prostej przyczyny – to my fani zrobiliśmy atmosferę na tym występie. Śpiewaliśmy, bawiliśmy się (każdy na miarę swoich możliwości), przeżywaliśmy emocje, które wiążemy z poszczególnymi piosenkami, a czasem wręcz spijaliśmy słowa z ust Valo. To my pokazaliśmy (przede wszystkim) Ville, że stereotypy, które wyrobił sobie w głowie wiele lat temu nie mają z nami nic wspólnego, bo doceniamy te wszystkie lata z nimi i ich muzyką.

A na sam koniec dodam jeszcze od siebie, przy okazji dyskusji związanej z nagrywaniem smartfonami występów, że gdyby nie te nagrania to nie miałabym pojęcia co działo się na koncercie, poza skrawkami i przebłyskami wspomnień. Dlaczego? Obawiam się, że moja „soul is on fire” nadal 😉 I tym pozytywnym akcentem zakończę moją relację 🙂
Tekst:  LIV
———————————————————————————————————————————–

Przyznaję bez bicia – minęło kilka dni od koncertu, a ja wciąż nie potrafię zebrać myśli i napisać te kilka słów tytułem relacji. Nie przesadzę, jak powiem, że się zmuszam. Prawdę powiedziawszy, nie czuję się, jakby to był ich ostatni koncert. Albo jeszcze inaczej – nie umiem w ogóle sprecyzować jak się czuję, bo pisząc te słowa gra mi w uszach HIM i wciąż do mnie nie dociera, że byłam na OSTATNIM koncercie. I nie – nie czuję jakiejś wielkiej żałoby z tego powodu. W ramach wstępu powiem jeszcze, że dokładnie pamiętam, jak będąc na pożegnalnym koncercie Black Sabbath, pomyślałam sobie: „Kurczę, upłynie trochę lat i ja – będąc gdzieś po czterdziestce – pójdę na ostatni koncert HIM…”. To ten moment, kiedy życie krzyczy „niespodzianka!”.

W koncertach najlepsze jest to, że przeważnie wiążą się z podróżą i spotkaniami, a wpierw z planowaniem i wyczekiwaniem. Przez pół roku występ HIM majaczył mi gdzieś daleko w kalendarzu, poprzedzający go miesiąc spędziłam w rozjazdach i na intensywnej pracy, więc kiedy w końcu wsiadłam do pociągu w kierunku Warszawy, nadal do mnie nie docierało, że za parę dni będę w Stodole. Najlepsze jednak było to, że wcześniej miałam spotkać w końcu gromadkę moich kochanych PoValonych, bo choć z Cat i Olą miałam przyjemność przemierzać ulice Helsinek, tak reszta pozostawała w światku wirtualnym.

W poniedziałkowe popołudnie byłam już w drodze w kierunku centrum, żeby na dworcu spotkać się z Vixen i wcielić w życie nasze „ambitne plany” szwendania się po stolicy. Wiecie co jest najlepsze w znajomościach internetowych? Moment, kiedy nagle ma się tę osobę przed sobą (i nie mam tutaj na myśli ekranu monitora). No więc chwila, moment, i moje serducho odtańczyło dziki taniec radości, że oto Vixen już przy mnie i… dzieje się! Pierwszym punktem na planie wycieczki był taras widokowy Pałacu Kultury i Nauki, więc ruszyłyśmy w jego stronę w poszukiwaniu wejścia, w ramach czego udało nam się go obejść niemal naokoło. W końcu znalazłyśmy. I choć widok z góry był naprawdę piękny, sam taras okazał się rozmijać z naszym wyobrażeniem. Nie wpadłam na to, że Warszawę będzie można podziwiać zza zakratowanych okien, do których nawet nie szło do końca podejść… Już mogli wstawić tam szyby czy coś.

 

Do Królewskiego Ogrodu Światła w Wilanowie miałyśmy się udać wraz z Martą i Karoliną, które dotarły do nas po drobnych przygodach z komunikacją miejską. Park niekoniecznie powalił nas na kolana, ale co światełka to światełka, co trzy PoValone, to nie dwie, więc i głupawka zaczynała być przednia… (w tym momencie machamy do Karoliny, która dzielnie trwała u naszego boku).

W dzień koncertu proces jednoczenia naszej grupki szedł pełną parą. Jeszcze przed południem złapałyśmy Roxy, która czym prędzej udała się pod Stodołę, i Olę. W trójkę obeszłyśmy Krakowskie Przedmieście i Stare Miasto, kręcąc wszystko i nic. Utwierdziłam się za to w przekonaniu, że zwiedzanie z PoValonymi to świetna sprawa XD

I w tym momencie stawiam gwiazdkę, żeby Was nie zanudzić, a dziewczynom dziękuję za świetnie spędzony czas. Vixen dodatkowo za piękną bombkę ;* (od Vixen: ja dziękuję za kubeczek, daje natchnienie♥)

Na sam koncert dotarłam strasznie późno. Na szczęście zdążyłam zająć miejsce na balkonie w momencie, gdy HIM wyszli na scenę. Kiedy tylko rozbrzmiało Burried Alive By Love, stało się dokładnie to, co podejrzewałam. Włączyły mi się sentymenty, a panowie wydali się dobrymi kumplami, z którymi spotykam się po czasie. Ostatnio HIM pojawiał się na mojej playliście rzadko, nie szłam na koncert w takim samym stanie emocjonalnym, co dwa lata temu, kiedy byłam świeżo zakochana w ich twórczości i świata poza nimi chwilami nie widziałam. Tym razem było zupełnie inaczej, a jednak tak samo. I choć wcześniej porównując inne koncerty i innych artystów, miałam HIM nieco za złe, że ich kontakt z fanami jest kiepski, a sam styl występowania specyficzny, tak w momencie, gdy zobaczyłam Villego Valo stającego znowu tyłem do publiczności i poświęcającego widowni uwagę na swój vallowaty sposób, musiałam stwierdzić, że bez tego, to nie byłby HIM. Innymi słowy – moja obiektywność wzięła jako-taki urlop.

Zdjęcie użytkownika Catherine Noir.

Oczywiście miałam też obawy co do kondycji wokalnej naszego Księcia i bałam się ogólnej fuszerki ze strony zespołu. Na szczęście tutaj zostałam mile zaskoczona. Jasne, nagłośnienie pozostawiało dużo do życzenia – wokal momentami gubił się za ścianą gitar, tony wysokie nie brzmiały za dobrze, przy niskich czasem nie szło rozróżnić w ogóle słów… I w sumie nie wiem, kogo obarczyć winą za to wszystko, ponieważ zaliczyłam w Stodole już lepsze i gorsze koncerty niż ten. Przy okazji relacji z poprzedniego występu HIM, również ze Stodoły, napisałam, że himowych melodii nie obedrze z czaru nawet akustyka rodem z rynsztoku – nie inaczej było i tym razem (oczywiście do rynsztoku jednak daleko). Pal licho, że czasem to i owo zgrzytało, a Valo, choć wyciągał tony całkiem dobrze, nie był tak efektowny jak kiedyś, cudownie było po prostu wrócić do tych piosenek i widzieć zaangażowanie oraz radochę zespołu – bo radochę mieli niezłą. Nawet z balkonu widziałam szczerz Valo. A Linde wycinał swoje solówki w tak charakterystyczny dla siebie sposób, że aż miło. Niektóre riffy brzmiały iście rasowo, że aż wbijały w podłogę (Kiss of Down nigdy nie przestanie mnie rozbrajać pod tym względem).

Zanim się obejrzałam, rozległo się pianino z the „Sacrament”, o czym jeszcze udało mi się napisać Cat, a później nie chciało mi się nawet trzymać telefonu, po prostu musiałam się nasłuchać i napatrzeć. Przy ckliwym „Tears On Tape” zostałam już kompletnie roztopiona, a później płynęłam z typowym himowym prądem – raz wolniej, raz szybciej. Nie jestem w stanie powiedzieć o każdej piosence, wyłączył mi się tryb uważnego obserwatora, wybaczcie. Pamiętam, że absolutnie świetnie zagrało „Gone with the Sin” czy „In Joy in Sorrow”, a przy „Soul on Fire” czy „Right Here in My Arms” publiczność i zespół skorzystali z okazji i nieźle poszaleli. Wcześnie zaskoczyło mnie intro do „It’s All Tears” i ucieszyłam się, że przy tej jeździe między wokalnymi nizinami i wyżynami, wokal Valo wcale nie wypadł groteskowo.

Zdjęcie użytkownika Justyna Mi.Później już grali „Funeral of Hearts” (ach,sentymentyyy…!) i zaraz potem schodzili ze sceny. Na bis nie trzeba było długo czekać. „Rebel Yell” dał niezłego kopa zebranym, by później jedna z moich ulubionych ballad wszechczasów mogła wszystkich znowu roztkliwić. „When Love and Death Embrace” zabrzmiało o niebo lepiej niż dwa lata temu, więc już nawet nie marudzę, że jednak nie usłyszałam również przeze mnie lubianego „Sleepwalking Past Hope”.

Absolutnie rozwalił mnie moment, kiedy Valo rozłożył flagę z napisem „Good Luck and Thank You Guys”, a ja mogłam powiedzieć kompankom, że to od moich dziewczyn. Nie macie pojęcia, jak w tym momencie cieszyłam się dla Was i z Wami.  Żaden koncert nie minął mi jeszcze tak szybko, choć trwał przyzwoity czas. Teraz mogę się zdobyć na obiektywność i powiedzieć, że nie był najlepszym, na jakim miałam okazję być, ale co z tego. Rozum jedno, serce drugie – bawiłam się świetnie. Może to zabrzmi dziwnie, ale cieszę się z ich decyzji i mam nadzieję, że da ona kopa każdemu z członków. Mi zostaną te wszystkie piosenki i wspomnienia, które zawsze będą ze sobą niosły. A ten koncert był naprawdę dobry, jak na HIM.

Po koncercie w końcu mogłam poznać resztę naszej PoValonej ekipy i choć after party niekoniecznie wypadło zgodnie z planem, to i tak zawsze będę je mile wspominać. Nie wpadłabym na to, że będę stała z Olą pod Stodołą i widziała odjeżdżającego busa HIM, a później że jakiś pozytywny szaleniec będzie próbował zatrzymać ciężarówkę ze sprzętem (jak i inne samochody, w których rzekomo siedział Valo XD Pozdrawiam kolegę!), czy wcinać kanapki z Orlena w środku nocy.

I tak kończy się nasza wyprawa. Z PoValonymi pożegnałam się już w nocy po koncercie, nazajutrz udało mi się jeszcze pomachać Vixen na pożegnanie. Chciałabym napisać tu coś super, co wszystkich wyrwałoby z butów, ale niestety nic zadowalającego nie przychodzi mi do głowy. Najbardziej na miejscu będzie po prostu DZIĘKUJĘ.

Tekst: Mel


Siedzę nad tą recenzją i rozmyślam. Czy to normalne, że nie pamiętam prawie wcale samego koncertu? Jednak zacznijmy od początku.

Bardzo dokładnie widzę za to w głowie moment, gdy HIM ogłosiło rozpad. I widzę moją reakcję – płakałam, jak bóbr, a musicie wiedzieć, że ja nie płaczę. Nigdy. Gdy trochę się pozbierałam, kolejny cios – trasa pożegnalna. Cios, bo byłam totalnie bez kasy. Jednak pojawiło się światełko w tunelu, mianowicie moje kochane PoValonki, które od razu zaproponowały wsparcie. Bijąc się z myślami, schowałam dumę do kieszeni i skorzystałam z tej pomocy. Jak okazało się potem, była to chyba najlepsza decyzja w moim życiu.

Miesiące mijały, a do mnie totalnie nie docierało, że jadę do Warszawy. Gdy czasem, do mojego rzadko używanego mózgu, przebijała się ta myśl, ja wciąż nie wiązałam tego z HIM. Filmiki z innych koncertów nie napawały mnie optymizmem, a raczej pobudzały moją wrodzoną złośliwość, więc szalałam z hejterskimi komentarzami na blogu Cat. Cieszyłam się na wyjazd tylko dlatego, bo miałam spotkać moją ekipę – osoby z którymi pisałam już ponad rok i które szczerze polubiłam, mimo dzielących nas poglądów na różne sprawy, czy wieku.

W końcu nastał ten moment, gdy wsiadłam do pociągu do Warszawy, wspierana przez mamę, która machała mi na pożegnanie białą chusteczką (serio tak zrobiła). Po 3 godzinach z hakiem wysiadłam dumna z siebie (że się nie zgubiłam w pociągu) i stanęłam twarzą w twarz z Mel. Przywitałyśmy się i od razu ruszyłyśmy na podbój Warszawy, czyli pod PKiN. A dokładniej wjechałyśmy na 30 piętro. Liczyłam jednak, że tak, jak wspomniała Mel, cały taras nie będzie okratowany. Miałam w planach rzucić się z niego (albo zrzucić kogoś), gdy HIM da dupy, no ale cóż… Mel stwierdziła, że okratowali profilaktycznie, w razie gdyby ktoś też zarzucił takim pomysłem, jak mój.

Kolejnym przystankiem był Ogród Świateł w Wilanowie, gdzie spotkałyśmy się z Martą i Karoliną i gdzie już całkiem mój umysł przeszedł w tryb niejakiego Purdziaka. Nie pytajcie. Dość powiedzieć, że miałam dużo skojarzeń i rzucałam głupimi tekstami, na prawo i lewo, a dziewczyny pokładały się ze śmiechu, wtórując mi. (Biedna Karolina, wzięła mnie pewnie wtedy za totalnie chorą psychicznie). Ogród był całkiem, całkiem, robiłyśmy sobie zdjęcia ze świeżakami i podziwiałyśmy moją przyszłą willę – zamek znaczy.

Następny dzień – dzień koncertu, zaczął się szybko i szybko zleciał. Za szybko. Miałyśmy jeszcze trochę czasu, więc razem z Mel i Olą, która do nas dołączyła, poświęciliśmy je na spacer po Warszawie. Po paru godzinach ja i Olcia pojechałyśmy do naszego hotelu, gdzie zapoznałyśmy się z Panem Pluszem (XD – C.N.), tzn. mężem Roxy, wymieniliśmy żarciki i poszłyśmy się pindrzyć. Godzinę później ruszyliśmy pod Stodołę, gdzie spotkałyśmy resztę PoValonek.

W końcu po dłuższej chwili oczekiwania, zaczęto wpuszczać ludzi do środka. Udało nam się zająć miejsce przy barierkach tam, gdzie miał stać Linde. Już wtedy troszkę nam odwalało i pan z ochrony (nasz bohater♥) patrzył się na nas, hamując śmiech. Czas zleciał błyskawicznie i nastał moment w którym na scenę wyszli The Biters. Całkiem fajny zespół, wywiązał się z postawionego przed nim zadania – rozruszania publiki, doskonale. Wokalista miał niezły głos i biła od niego (zresztą od całego zespołu) fajną energia. Dobrze wiedzieli, że czekamy na HIM, więc nie zgrywali nie wiadomo jakich gwiazd, za to dobrze się bawili i cieszyli na zaangażowanie publiki. Pamiętam jeszcze, że stwierdziłam, że ich basista/gitarzysta mógłby zostać aniołkiem Victoria’s Secret. Anoreksja okropna.

Zdjęcie użytkownika Catherine Noir.

Wreszcie nastała godzina W. Rozpoczynał się koncert HIM. Gdy wychodzili po kolei na scenę nie czułam nie wiadomo jakiej, ekscytacji. Za to się martwiłam. Z Martą cały czas bałyśmy się, czy wokal Valo da radę, czy wyciągnie? Jeśli nie wyciągnie, to mamy po koncercie. Jeśli wyciągnie, no to oszaleję. Bo „Buried Alive By Love”, piosenka, od której zaczynali, jest moją ulubioną. To od niej zaczęła się moja przygoda z HIM laaaaata temu, to dzięki nim w zasadzie polubiłam się z rockiem, a potem metalem. To dzięki nim poznałam parę świetnych osób, a potem PoValonki. W sumie, zawdzięczam im wszystko.

Muzyka zaczęła grać, a ja wstrzymałam oddech. Piosenka, jak to piosenka, zaczęła się niepozornie, ale najlepsze miało nadejść. Tuż przed najważniejszym dla mnie i Marty momentem, złapałyśmy się za ręce, by po chwili usłyszeć, że Valo śpiewa. I to jak. Pamiętam, jak zaczęłyśmy piszczeć i drzeć ryjki: O BOŻE WYCIĄGNĄŁ, DAŁ RADĘ, ON WYCIĄGNĄŁ!!!! Przy okazji Marta prawie złamała mi palce, ale to nic.

I to jest ten moment w relacji, gdzie muszę przeprosić. Jeśli czytaliście relację Roxy (umieszczam ją również poniżej dla zainteresowanych – C.N.), na pewno pamiętacie ten fragment, że niektóre osoby biły się w piersi i klękały na grochu. No. To ja byłam. Hejtowałam Valosa strasznie. Zresztą, komentarze nie są usuwane, można poczytać 🙂 Ale obiecałam, że jeśli da radę, przyznam się do błędu.

Więc przepraszam pana, nasz drogi Książę, że tak Cię krytykowałam i nie wierzyłam w Ciebie. SORRY. (tylko sobie nie myśl, że teraz przestanę nazywać Cię Paciulokiem. To moje ulubione słówko, które idealnie pasuje do Ciebie)

I tu moja Mama każe mi podkreślić, że tylko Ona i Roxy do końca wierzyły w Valo, podczas gdy my – pseudofanki, szukałyśmy już dla niego miejsca na cmentarzu.

Ale ten koncert pokazał tylko, że Ville jak chce, to wciąż potrafi czarować publikę głosem. Tylko właśnie – musi mieć chęci. Jeśli chodzi o resztę koncertu, to szczerze mówiąc, dalej mam zanik pamięci. Gdyby nie setlista, obok mnie, którą pomógł nam załatwić nasz Pan Ochroniarz, nie wiedziałabym nawet, co grali. Za to pamiętam każdy jeden uśmiech Valosa, gdy patrzył na zakochaną w muzyce HIM, publikę. Było widać na jego twarzy, że nie do końca spodziewał się takiego szału. Pamiętam m.in. jego gest, gdy zobaczył nasz transparent (od 3 sekundy)

I pamiętam też jeden, jedyny uśmiech Linde, taki prawdziwy, choć dziewczyny twierdzą, że w ogóle się nie uśmiechał, ani nic. I Mige, który był wg mnie w swoim własnym świecie.

Próbowałam jakoś przypomnieć sobie koncert, żeby poukładać sobie to wszystko w głowie, ale przeglądając wszystkie nagrania, mam wrażenie, że byłam na innym. Filmiki jednak nie oddają możliwości wokalnych Valosa i uczuć, jakie wkładał cały zespół w ten występ. Albo może to ja dopowiadam sobie coś, czego nie było? Nie wiem. W każdym razie z całą pewnością mogę powiedzieć, że było warto i nie żałuję. Każda piosenka była naprawdę dobrze wykonana. Staram się tu być choć trochę obiektywna, bo jednak większość pozycji na setliście, to moje ulubione utwory. Jednak, co najbardziej mnie uderzyło, to to, że pomimo tylu lat na scenie, zespół naprawdę dobrze się bawił. Nawet Valo, który znany jest z tego, że od paru lat ma mały kijek w zadku. Przyznaję, że to miłe zaskoczenie, bo najbardziej bałam się, pomijając wokal Valo, że HIM wyjdzie na scenę, jak za karę. Zagrają swoje, spakują graty i pójdą dalej, nie zaszczycając nas ani jednym spojrzeniem, a my wyjdziemy ze Stodoły jeszcze bardziej przybici, niż gdy do niej wchodziliśmy. Ja miałam jeszcze ten komfort, że byłam z grupą fajnych ludzi i mieliśmy plan B, w razie gdyby koncert się nie udał. Ale co z osobami, które były same? To musi być kijowe uczucie, gdy na szybko kombinujesz kasę, bo twój ulubiony zespół daje ostatni koncert, podporządkowujesz dość mocno swoje życie, pod to jedno, wyjątkowe wydarzenie, a koniec końców, tej wyjątkowości nie ma, za to jest zawód.

Tutaj tak nie było. Magia lovemetalu wciąż działa i ma się dobrze. A relacje pomiędzy członkami tylko umocniły mnie w przekonaniu, że HIM kiedyś wróci. Może tylko na jakiś jubileusz, jeden koncert, ale wróci. Mieli za dużo frajdy z grania razem, żeby mieć tego dość na całe życie.

To był naprawdę udany koncert, który przerósł moje oczekiwania. Wyszłam ze Stodoły w totalnym szoku, nie wierząc w to, co widziałam i w pełni usatysfakcjonowana. Inna sprawa, że musiałam wyrzucić te dwie kartki hejtów i epitetów pod adresem Valosa, które przygotowałam sobie zawczasu do relacji. Ale to nic. Ważne jest to, że się udało. Że byłam tam i czułam się częścią. Częścią HIM.

Nawet udało mi się spotkać z moją internetową koleżanką, moją najważniejszą fanką, Magdą, której dałam swój autograf. Do ostatniej chwili nie było wiadome, czy przyjedzie na koncert, dlatego tym bardziej się cieszę, że mogła uczestniczyć w TAKIM koncercie. Naprawdę, tak już na koniec, każdemu życzę takich emocji podczas i radości po koncercie. Bo zasługujemy na to 🙂

 

 

Tekst: Vixen


Kokieteryjnie zdobywał serca, których nie musi, bo już należą do niego.

Czekałam na ten koncert z niecierpliwością i pewnymi obawami – jak Ville da sobie radę wokalnie. Myślałam też dużo o tym, że niezależnie od wszystkiego Polska powinna pożegnać HIM jakoś wyjątkowo i pięknie. Nie wiem kto z PoValonej ekipy rzucił pomysł, by napisać coś na fladze. Później były propozycje co to powinno być dokładnie. Milena zaproponowała dłuższą wersję, ale ja uznałam, że musi być krótko, zwięźle, czytelnie oraz tylko na białym tle. Myślałam też o tym , że moglibyśmy zaśpiewać „Please don’t let it go”, ale ludzie są jacyś nieśmiali i odzew był słaby. Więc tworzyłam ten szyld z nadzieją, że go chociaż Ville zobaczy, nie mając bladego pojęcia co się jeszcze wydarzy.

Kilka dni przed koncertem emocje zaczęły poważnie narastać. W necie zrobiło się gorąco. Planowanie dojazdu, zgranie się w czasie, hotel i to miłe napięcie, bo przecież po raz pierwszy miałam zobaczyć „moje PoValonki” na żywo. No i się zaczęło: Jak dojedziemy? Kto, kogo skąd odbiera i o której godzinie? Czy do hotelu, czy może od razu pod Stodołę?

Ja nie miałam dylematów, bo wiedziałam że jadę pod klub o 11.00 i twardo czekam na koncert, zajmując kolejkę dziewczynom oraz mężowi, którego wsparcie, jak się okazało, było nieocenione.          O 11.00 znalazłam się pod Stodołą, gdzie na schodkach czekały już 4 osoby. Po ok. 30 minutach okazało się, że należy się ponumerować i zgodnie z numerkiem wchodzić na koncert. No cóż, dałam się ostemplować, ale i tak podczas ustawiania barierek wejściowych Rosjanie stanęli sobie jak im pasowało, a ja wylądowałam nieco dalej wraz z Mileną, która w końcu dotarła ( ooooj… późnooo po 16.30 OCZYWIŚCIE 😉 ) A w kolejeczce, po wstępnych przepychankach zrobiło się ciepło i miło, zwłaszcza gdy już prawie wszystkie PoValonki dotarły.

Okazało się, że ludzie znają bloga Cat, ale jakoś się nie udzielają. Poznałyśmy Klaudię, która wybiera się do Helsinek na koncert 27.12. Poczęstowała nas takimi fajnymi cukierkami lukrecjowymi, które najbardziej smakowały Oli i Milenie (trzeba je zapytać o wrażenia, koniecznie 😀 ).

A gdy już zaczęli nas wpuszczać do klubu to pierwszy wlazł kto…? PLUSZ (mąż autorki relacji – C.N.). I stanął od razu przy barierkach po prawej stronie sceny, tam gdzie zawsze stoi Linde. Boszsze… jak ja marzyłam o kostce do gitary od Linde, ale bardzo cicho marzyłam. Miałam nawet plan by go o nią poprosić. A teraz byłam tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki… Stałyśmy tam z dziewczynami ściśnięte jak sardynki w puszce obmyślając taktykę: czy flagę rzucamy na ostatniej piosence, czy wcześniej? Czy ją w rulon zwinąć, czy w kulkę? Rozejrzałyśmy się nieco, dostrzegając wywieszoną na balkonie polską flagę, właściwie dwie, a my na dole zaprzyjaźniałyśmy się z miłym panem z ochrony, co się bardzo przydało pod koniec  koncertu.

Wszedł suport. Mili chłopcy, chudzi jak Ville lub Mick Jagger i bardzo do niego wszyscy byli podobni. Fajne, wesołe kawałki, no lekko, łatwo i przyjemnie rzekłabym.

Aż w końcu pojawili się ONI.

I tu zaczynają się schody, bo chyba niewiele pamiętam… Chociaż… Chyba przy drugiej piosence Ville spojrzał na naszą flagę, błysk w oku… położył rękę na piersi i ukłonił się nam. I wszystko się zaczęło.

Ville zachwycił nas głosem, było czysto, mocno, z fantazją, zabawnie, lekko i (jak to określił Tymek/Plusz)  kokieteryjnie. Zerkał na nas, Milena posłała mu całusa ,którego „złapał”.

Panowie wyglądali świetnie, wszyscy chyba trochę schudli i kondycja Valo też się wyraźnie poprawiła od koncertu w Barcelonie (na którym również byłam, więc mam porównanie).

Potem, gdy zachwycałyśmy się otwarcie solówką Linde – Milena wskazywała paluchem w jego stronę wołając do mnie: „No patrz, patrz” -Ville pozwolił sobie zażartować i pokazać nam gestem, że „słaaabo gra”. Było dużo krzyku, wspólnego śpiewania, publiczność taka, jakiej każdy muzyk by sobie życzył. Było dobrze.

Nagle Linde rzuca kostkę…Kostka spada na podłogę , gdzieś pod nasze stopy… Nurkuję po nią… Ktoś poświecił mi latarką i znalazłam ją! Nie wierzyłam! Już chyba nie mogło być lepiej (ale teraz to nawet nie wiem czy to było przed, czy po TEJ CHWILI)

Nagle Ville zapowiada ostatni utwór, myślę sobie: „Już? Tak szybko?” I co… Rzucam flagę zwiniętą w rulon, flaga ląduje wprost pod stopami Linde. On tak dziwnie zerka ale … cholera nie podnosi.

Kończą grać, schodzą ze sceny, włażą techniczni i jeden z nich rzuca flagę tuż na skraj sceny. Proszę miłego ochroniarza by mi ją podał. Tak łatwo nie damy się zbyć drodzy Panowie. Ochroniarz podaje nam flagę. Tym razem przesuwam się bliżej Ville, zwijam flagę w kłębek. Ville wychodzi na scenę na bis. „Jak chusteczkę haftowaną rzucę mu pod nogi” – myślę sobie. Milena Mnie wspiera:

-Teraz?

-Nie czekaj, jeszcze nie… no rzucaj!

I zanim zaczął śpiewać… Ale to już wiecie. Rozdarłam się „Thank You” ,bo Ville chyba chciał minąć tego intruza- kawałek szmaty. Bo to nie raz coś fruwało po scenie? Ale chyba usłyszał moje darcie się (no ja na filmie słyszę wyraźnie) i ją podniósł. A potem ludzie skandowali już „dziękujemy”.

Mi się płakać chce, że tak to wyszło i mój plan się powiódł. Właściwie wyszło to nadspodziewanie dobrze. Ale czy to koniec? Otóż nie. Chłopaki zeszli ze sceny, a my rozpoczęłyśmy polowanie na setlistę, w czym pomógł nam „zaprzyjaźniony” już ochroniarz. No i się udało oczywiście – bo nam się wszystko udawało tego wieczoru (no może poza kupieniem czegoś do jedzenia po koncercie, bo okazuje się, że w Warszawie, w środku tygodnia, po 23.00 to już prawie niemożliwe. Na szczęście zawsze jest Orlen).

A potem poszłyśmy do hotelu omawiać, dyskutować, zachwycać się i wzdychać. Co poniektóre osoby biły się w piersi i klękały na grochu, ale to też już pewnie same napiszą. I jeszcze słowo bardzo osobisteHIM zrobił dużo dobrego w moim życiu (i nie mówię o konieczności obsługi srajfoników, które jak wiecie kocham) nie będę jednak wszystkiego wymieniała, bo to długa historia, a już o tym wspominałam.

Przede wszystkim jednak poznałam Was moje kochane PoValonk  i gdyby nie Wy… no cóż. Oczywiście pojechałabym na ten koncert, może nawet stałabym przy barierkach, ale nie miałabym odwagi wyskoczyć z flagą i rzucić ją na scenę. Myślę, że nie tylko ja jestem Wam wdzięczna, ale wszyscy, którzy byli w Stodole tego niezapomnianego wieczoru, a także Ci, którym nie udało się tam przyjechać. Dziękuję całej publiczności, że tak wspaniale podchwyciliście temat i spełniliście tym samym moje (i może nie tylko moje) marzenie pożegnania panów z HIM tak wspaniale.

DZIĘKUJĘ i ŻYCZĘ POWODZENIA.

Tekst: Roxy


8 thoughts on “HIM w Polsce – Farewell Tour 2017

  1. Zazdroszczę koncertu! (szkoda, że w PL był tylko jeden zorganizowany) Do ostatniej chwili liczyłam, że uda mi się dostać bilet, ale cóż … Może zreaktywują się pod inną nazwą xD Fajnie, że Wam udało się tam być, dobrze bawić i posłuchać zespołu na żywo 🙂

  2. Piosenka Gone with the Sin jest poświęcona Jego zmarłej siostrze, która zmarła, gdy był bardzo młody. TO DO POPRZEDNIEGO WPISU TAK DLA CIEKAWOŚCI

  3. A ja budzę się z bezhimowego snu teraz, w 2019 r, po kilkunastu latach, i to od razu ze łzami w oczch.
    Nie spodziewałam się tego absolutnie po sobie: jakoś poukładane życie, pasje, (wiek: Valos + 1😕)
    Przypadkowo youtube podrzuca piosenkę HIM…Czysty przypadek. Słucham jednego kawałka po drugim i wpadam w to, jak bezwolna materia do czarnej dziury☺. Niewytłumaczalne, co On potrafi robić z babami zdalnie i ponadczasowo ☺
    Dzięki za Wasze relacje, lubię gdy się z niego trochę nabijacie, to daje odrobinę ulgi w tym beznadziejnym zauroczeniu. A gapić się mogę na Valosa godzinami, bez jedzenia i picia☺( coś mi mówi, że nie tylko ja☺). Jak to się leczy? Chyba tylko upływającym czasem.
    Pozdrawiam Was gorąco
    Świeża rana w miejscu, gdzie nie było już nawet blizny

      • Jakby kto pytał, to już mi lepiej 😅
        Wybrałam metodę: słuchać i patrzeć jak najwięcej, do upadłego (odstawienie możliwe nie było😉). Także no, ogarnęłam się. W miarę. Tak mi się wydaje 😕. Udało mi się nawet bardzo lekko zobojętnieć na Jego Boskie Oblicze w „Knowing me knowing you” (cóż tam ja, słaba kobieta, jeśli faceci 100% hetero zastanawiają się nad swoją orientacją😉)
        Aha, muszę powiedzieć, że nawet nie na wszystkich zdjęciach już mi się podoba :0).
        Moja historia dziwna. Zaliczyłam koncert w 2000 roku. I podobnie jak Ty Catherino z ostatniego koncertu, niewiele z nigo pamiętam,( oprócz tego, że Ville zjawiskowy😄)
        Ostatnia płyta jaką nabyłam to „Deep Shadows..” Potem wiry i meandry życia sprawiły, żedobre kilkanaście lat nie wracałam do muzyki HIM. Nie dotarły do mnie informacje o płytach i koncertach (a jak się dobrze rozpędzę, to pod Stodołę (tą Stodołę☺) docieram pieszo w niecałą godzinę :0 😉, a dodam, że nie chodzę z prędkością nadświetlną😉). Co więcej, gdyby nawet informacje dotarły, to bym je zlekceważyła :0.
        Nic w ogóle nic: aż nadszedł ten feralny ( czy to słowo nie pochodzi od Infernal☺, wszystko mi się z jednym kojarzy☺) dzień, o którym poinformowałam z patosem na Heartagramie☺
        Nadrabiam zaległości na Twoim blogu: wiem o Agentach (i Christel😈) Powiem tak: oswoiłam się z Agentami ; jak dla mnie, chyba jak sama Catherino pisałaś, jeśli jemu z nimi dobrze, to co nam do tego. (Na marginesie, na pewne znacie nagranie z lat 90-tych, Ville+ Agenci😆) Wolę go widzieć śpiewającego do kotleta, niż zniszczonego alkoholem i nie wiadomo czym jeszcze. No i niech mnie już niczym nie zaskakuje, w sensie b.dobrym muzycznie (i wizerunkowo, a jakże😉), bo to nie na moje nerwy, jak widać😉.
        Niech zostaną piękne wspomnienia i youtube.
        Rozgadałam się, a tu trza ogarnąć zaległe płyty, aż się boję😉
        Pozdrowienia☺

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s