Inne

Logo zespołu

2

Symbolem rozpoznawczym zespołu jest tzw. heartagram.
Heartagram jest znakiem, który rozpozna każdy fan zespołu. Bo to właśnie on reprezentuje to co znajduje się w muzyce zespołu. Powstał z połączenia pentagramu i serca, jakkolwiek absolutnie nie należy utożsamiać go z negatywnym symboliką pentagramu. Jak tłumaczy wokalista zespołu, Ville Valo znak ten jest symbolicznym połączeniem miłości i śmierci a więc motywów przewodnich o których śpiewa i pisze artysta.
„Jest to przedstawienie idealnej równowagi zachowanej pomiędzy miłością a śmiercią” – zwierza się Ville Valo.
Również amerykański skater, Bam Margera przejął logo zespołu od czasu kiedy zaprzyjaźnił się z liderem zespołu. Miało to wpływ na rozpowszechnienie Heartagramu, ponieważ Bam był gwiazdą programów w stacji MTV, takich jak Jackass czy Viva la Bam, które cieszyły się ogromną popularnością. Można nawet powiedzieć, że z tego względu iż Ville podzielił się licencją na znak Heartagramu czasem stał się bardziej kojarzony z Marger’ą a już na pewno, że sam symbol stał się bardziej rozpoznawalny niż muzyka zespołu, który reprezentuje.
 Symbol został stworzony w 20 urodziny Ville Valo. Wielu fanów zespołu posiada także tatuaż zawierający Heartagram czy inne emblematy z w tym logo. Sam Ville również takie posiada.
W jednym z wywiadów lider zespołu wyznał, że Heartagram to taki nowoczesny Yin Yang. Serce stało się Yin a zmodyfikowany pentagram Yang.
Inspiracją do stworzenia tegoż właśnie symbol był również hexagram angielskiego okultysty Aleistera Crowley’a.

Fragmenty książki „Gone with the Sin”- Synnin Viemää

1

 

Oto obszerny fragment książki Synnin Viemää „Gone with the Sin”, który przybliża bardziej osobę Ville Valo:

Ville Hermanni Valo urodził się w Helsinkach, 22-go listopada 1976 roku. W dzieciństwie mieszkał na przedmieściach Oulunkylä. Skład rodziny Valo to: tata Kari, mama Anita i o siedem lat młodszy od Ville’go brat Jesse, miłośnik Thai Boxing’u.

„Moje wyraźne wspomnienia z dzieciństwa, dotyczą stacji benzynowej Kesoil w Oulunkylä. Nie mam żadnych wspomnień z dnia moich narodzin. Myślę, że urodziłem się w szpitalu w Kätilöopisto, a jeśli nie to gdzieś w Helsinkach. Podczas pierwszych miesięcy mojego życia, mieszkaliśmy w starej części Valilla w tych starych domach zbudowanych z drewna. Potem przeprowadziliśmy się do Oulunkylä, gdzie mieszkałem kolejne siedem lat, w normalnym trzy pokojowym mieszkaniu z wysokim poddaszem. Uczęszczałem do szkoły w Oulunkylä.Moje dzieciństwo było normalne. Mój tata miał w zwyczaju grzebać w starych samochodach, a mama wykonywała ten sam zawód przez dwadzieścia lat. Są normalnymi, pracującymi ludźmi. Kiedy byłem mały mieliśmy dużo zwierząt. Mieliśmy psa, który uczył mnie chodzić. Wabił się Sami. Kiedy zdechł przeżyłem pewnego rodzaju uraz: nabawiłem się alergii i astmy. Jestem pewien, że miało to podłoże psychiczne, przynajmniej ja tak sądzę. Mieliśmy również złote rybki, żółwia i inne zwierzaki. Nigdy nie rozumiałem ludzi, którzy twierdzili, że pamiętają swoje dzieciństwo jeszcze z czasów kiedy byli bobasami. Nic z tych czasów nie pamiętam. Opowiadano mi jedynie wiele historii. Jest przyjaciel rodziny, Jallu, który jest zajebistym mistrzem w naśladowaniu Elvisa. Pierwszy wspomnienie dotyczące muzyki z moim udziałem, do którego odwołują się moi rodzice, miał miejsce na jednej z rodzinnych imprez, kiedy to około północy Jallu zaczął grać „Are You Lonesome Tonight”. W chodziku raczkowałem w stronę stoika z bębnami i zacząłem uderzać w rytm utworu Elvisa. Obecnie moi rodzice twierdzą: „To był pierwszy objaw tego, że będziesz muzykiem.” Mój pierwszy horror z dzieciństwa był również związany z Jallu, a dokładniej z jego synem. Syn Jallu był fanatykiem Iron Maiden. Miałem jakieś cztery lata, kiedy po raz pierwszy przekroczyłem próg jego pokoju. Było ciemne popołudnie, a jego pokój wypełniony był plakatami Iron Maiden z potworem Eddie’m i tymi wszystkimi, mrocznymi rzeczami. Przestraszyłem się i uciekłem. Może nawet dziś jestem lekko przerażony Eddie’m, ale tylko trochę. Musiałem zwalczyć strach aby móc później polubić Iron Maiden. Ile to miałem lat, kiedy mój tata naprawiał swój samochód w Oulunkylä, na stacji benzynowej, razem z kolegami? W każdym razie, nadal byłem bardzo mały. Na stacji zobaczyłem swój pierwszy rozbierany kalendarz i natychmiast mnie poraziło (pierwszy wzwód). To jest jedno z moich dziecinnych wspomnień.

Za każdym razem kiedy mój tata uruchamiał auto, wielu ludzi stawało za nim, bo mogli stracić życie. Wtedy tata był taksówkarzem i słuchał najróżniejszej muzyki: Hiski Salomaa, Tuomari Nurmio, Tapio Rautavaara – typowe, fińskie, tradycyjne granie. Nie słuchał popu tylko starego country i normalnych piosenek. Dużo Helismaa i J.J. Cale. Może trochę Elvisa od czasu do czasu. Nadal mam stare płyty moich rodziców: The Rolling Stones, Cat Stevens, trochę reggae Jonh Lee Hooker i Bob Diddley. Większość tych nagrań jest dobra. Dzięki Bogu, moi rodzice nie byli fanami fińskiego popu. Mamy już jednego Danny’ego w zespole (Danny to popularny wokalista muzyki pop w Finlandii) i to wystarczy.

Kiedy byłem dzieckiem i zaczynałem płakać, tata włączał „Paratiisi” zespołu Rauli Badding Somerjoki, kładł mnie na podbrzusze i zaczynał tańczyć, i wtedy przestawałem płakać. Myślę, że wszyscy chłopcy dostają lanie jako dzieci. Nie pamiętam niczego z czasów kiedy byłem dzieckiem, ale w szkole przenosili mnie z jednej klasy do drugiej. Wszczynałem bójki z większymi od siebie i starałem się mieć decydujący głos. Byłem nadpobudliwy i do mojego siódmego roku życia przeprowadzano na mnie różne testy. W końcowym wyniku, lekarz nic nie znajdywał i dostawałem specjalne pozwolenie na szkicowanie w klasie, bo w innym razie nie usiedziałbym na miejscu spokojnie. Nie byłem zły, tylko trochę dziki. Oprócz tego nie działo się nic specjalnego. Jakimś cudem umiałem tłumić całą tą nienawiść i frustracje w sobie.

Były również problemy z młodocianymi gangami w moim sąsiedztwie. Były gangi z Oulunkylä i Patola. Przepłynąłem przez to wszystko, a moje oceny w szkole były pozytywne. Matematyka w liceum to jedna z moich ulubionych dziedzin. Przedtem matma i nauczyciel Ekki Falk byli dla mnie prawdziwym problemem. On był bardzo surowy. Zazwyczaj wzywał mnie do tablicy, zadawał pytania i robił ze mnie durnia. Z jednej strony strawiłem to wszystko i postanowiłem, że muszę się jej nauczyć. Zainwestowałem w matmę dużo czasu i od tamtej pory dostawałem same piątki. Miałem dobry kontakt z nauczycielem i samym sobą. W szkole najfajniejszymi przedmiotami były: plastyka, muzyka i historia. A sumując wszystko uważam, że szkoła to marnowanie czasu, oprócz podstawówki, kiedy uczysz się czytać i pisać, bo jest to bardzo ważne. Szkoła sama w sobie nie posiada żadnej funkcji. Szkoły powinny być dodatkiem dla ludzi, którzy chcą się uczyć i są spragnieni nauki. Szkoła to niepotrzebne zło dla wszystkich młodych ludzi. Uczysz się, wkładasz serce, ale nie uzyskujesz prawdziwego efektu.

Po liceum poszedłem do szkoły wieczorowej w Käpylä. Chodziłem tam półtora roku i przestałem, bo nie mogłem tego dłużej ciągnąć. Nie miałem dość dyscypliny aby kontynuować. Ciągle mieszkałem z rodzicami. Autobus wlókł się tak długo. Gitarzysta Petri Valli z Kingstone Wall Band był w mojej klasie języka angielskiego, w tej szkole wieczorowej w Käpylä.

Kiedy byłem młodszy, dużo szkicowałem i chodziłem jakiś czas do szkoły plastycznej, ale z czasem muzyka pochłonęła cały mój czas. W 1984 roku, kiedy miałem osiem lat, słuchałem „Animalize” Kiss. To była pierwsza, kupiona przeze mnie płyta. Mogę podziękować mojej kuzynce Pii za to. Uzbierałem wystarczająco dużo pieniędzy z kieszonkowego na kupno płyty i poprosiłem ją by mi coś poleciła. Sam nie wiedziałem nic o płytach i sklepach muzycznych. Pia powiedziała, że Kiss są dobrzy, więc poszedłem do sklepu , wziąłem płytę z półki, gdzie widniał napis „from the TV ad”. Nie wiedziałem wiele o Kiss, ale od czasu gdy moja kuzynka powiedziała, że są dobrzy, też tak myślałem. Właściwie to Pia wprowadziła mnie w rock’n’roll. Gdyby poleciła mi przykładowo Schubert’a, rezultat byłby całkiem inny.

Nadal lubię album „Animalize”. Dla mnie jest to najlepsza płyta Kiss. Często zdarza się, że płyta, którą słyszałeś po raz pierwszy w życiu jest ostatnią, która pozostawia po sobie wrażenie. W mojej opinii to jeden z ich najbardziej dzikich i niedocenionych albumów.

Później kupiłem wszystkie ich płyty czy kasety. Nigdy nie polubiłem tej całej maskarady, pewnie dlatego, że poznałem ich bez niej.

W trzeciej klasie, możesz przejść do grupy muzycznej. Zdałem wszystkie egzaminy aby dostać się do klasy muzycznej i musiałem sobie wybrać instrument. Ponieważ uważałem, że Gene Simmons (basista Kiss) był bardzo fajny, czułem, że muszę grać na basie. Potrzebowałam jedynie instrumentu.

Moi rodzice znaleźli gdzieś bas z drugiej ręki. To był wspaniały moment, kiedy mi go dawali. Byłem za niego odpowiedzialny, więc cały czas go trzymałem w rękach. Musiałem go wypróbować. On nadal jest zajebiście dobry i do tej pory na nim grywam. To kopia Dia SG Bass z lat siedemdziesiątych.

Później wymieniałem ten bas kilka razy na lepsze instrumenty, ale nadal pamiętam, że z tym basem przeżyłem więcej bólu niż przyjemności. Moje palce były straszliwie obolałe, ale mama cały czas mówiła: „Teraz ćwicz do cholery!”. Kilka razy rzuciłem przedmiotami o ścianę. Nie wiem czy mama chciała abym stał się muzykiem, ale dobre było to, że namawiała mnie do ćwiczeń. Dzięki temu wiele się nauczyłem, choć ćwiczenia piekielnie mnie nudziły.

Nigdy nie grałem na pianinie i nie posiadam wiedzy o żadnych klasycznych instrumentach. Wolałem grać pop i rock niż jakieś tak wyżej postawione, kulturalne wartości. Mój pierwszy nauczyciel od gitary basowej nazywał się Hannu Talako. Był nauczycielem klasy muzycznej w Oulunkylä.

Uczyliśmy się rzeczy takich jak czytanie muzyki. To zabrało mi piekielnie dużo czasu nim się nauczyłem. Powstał pierwszy zespół. Byłem w czwartej lub piątej klasie. Nazywaliśmy się B.L.O.O.D z kropkami w nazwie między literami, tak jak w W.A.S.P. Nie wiedzieliśmy po co te kropki, ale fajnie wyglądały. Z tym zespołem wystąpiliśmy tylko raz przed klasą. Reszta chłopaków była starsza ode mnie, oni byli prawdopodobnie w szóstej klasie. Graliśmy wersję instrumentalną „Run To The Hills” Iron Maiden. Zespół B.L.O.O.D wyróżniało to, że mieliśmy dwóch perkusistów. Jeden grał podczas prób, ale miał również sceniczną tremę i dlatego nie mógł grać przed publicznością.

Potem zaczęliśmy występować na imprezach szkolnych jako Elovena Boys. Graliśmy utwory U2 i Dire Stratis, wtedy też napisałem swoją, pierwszą piosenkę dla zespołu. Daliśmy razem pięć lub sześć koncertów, co było dobrym wynikiem.

Trenowałem judo przez jakieś dziewięć lat, zacząłem kiedy byłem bardzo młody. Mój tata trenował boks, lubił te waleczne sporty. Kiedy nie chciałem trenować boksu, poszedłem do klasy judo. Zajęcia miałem raz z tygodniu, zdobyłem zielony pas i trzy medale. Później i z tego zrezygnowałem. Nigdy nie brałem udziału w żadnych zawodach. Zacząłem jeździć na łyżwach i zatrzymałem się przy tym na dość długo.

Przestałem już być dzieckiem. Wszedłem a tą gównianą fazę dojrzewania i niezmiennie nazywałem mamę prostytutką. Tata zmuszał mnie bym pisał wyraz „prostytutka” tysiące razy, abym zrozumiał, jak złe jest to słowo. Więc pisałem „prostytutka” tysiące razy, a rodzice trochę się uspokajali.

Byłem w siódmej klasie kiedy po raz pierwszy się upiłem. Miałem trzynaście lat. Byłem prostym dzieciakiem, jeśli porównałbyś mnie do Linde na przykład. On zalał się po raz pierwszy, jak miał zaledwie sześć lat.

Nigdy nie wdawałem się w bójki i w nic o podłożu kryminalnym. Muzyka i łyżwiarstwo były dla mnie najważniejsze. Mieszkanie w Oulunkylä nie było aż tak stresujące. Migé mieszkał w Patola, a Linde w East Pakila. Tam kręciły się różne świry. Ja byłem dzieckiem dorastającym w tzw. „drewnianym kokonie”.

Po raz pierwszy spróbowałem alkoholu, gdy miałem dwa lub trzy lata. Brałem kąpiel z tatą i on, jak zwykle, pił szklankę Whisky w wannie. Ja też chciałem spróbować i rodzice pomyśleli, że można mi na to pozwolić, abym dostał urazu na całe życie i już nigdy nie tknął drinka. Wypiłem mały łyczek Whisky i powiedziałem: „Dobre, mogę dostać więcej?”; zamierzenia rodziców upadły…

Pierwszy raz kiedy porządnie się upiłem, wypiłem siedem butelek piwa i leżałem na placu zabaw w Oulunkylä. Drugi raz był bardziej zabawny, z Linde i innymi kumplami zrzuciliśmy się i kupiliśmy siedem zgrzewek piwa. Oglądaliśmy video „The Song Remains The Same” Led Zeppelin i nadaliśmy mu, mądry, fiński tytuł: „Laulu jää pystyyn” – „Piosenka stoi w miejscu”.

Wtedy miałem też dziewczynę. Zalałem się w trupa, rzygałem gdzie się dało i mdlałem. Pomiędzy tym rzyganiem i mdleniem lądowałem z moją dziewczyną w łóżku i wymiotowałem dookoła niej. Pojawili się gliniarze… Uciekaliśmy między drzewa i tam kontynuowaliśmy picie, a wszystko kończyło się tym, że Linde i jego kumple zanosili mnie do Eat pakila do pokoju takiego gościa zwanego Joonas, którego rodzice spali piętro wyżej. Najpierw szedłem do kibla wymiotować, a później udawałem się na górę i brudziłem tam. Tata Jonnas’a omal mnie nie uderzył. To był mój drugi raz, kiedy zalałem się do nieprzytomności, a kac był równie dokuczliwy.

Moi rodzice byli bardzo zmartwieni moimi eksperymentami z upijaniem się, ale rozumieli również, że muszę wszystkiego spróbować.

Często udawaliśmy się do Lepakko by słuchać muzyki punkowej, raz automatycznie opróżniliśmy dwie butelki Liecfrauenmilch – ciepłego, białego, niemieckiego wina. Przemyciliśmy małe butelki Kosenkorvy między nogami. Pamiętam, że ochrona obudziła mnie, leżącego w rogu w Leppako. Było pusto, a zespół już dawno wystąpił. Leżałem tam w swoich własnych wymiocinach. Jakimś cudem złapałem ostatni autobus i w nim też zwymiotowałem, zemdlałem na podłodze przed ostatnim rzędem siedzeń autobusu. Kierowca nie zorientował się, że nadal tam byłem i jechałem prosto na terminal. Strasznie się wkurzył, wynurzył mnie z moich wymiocin i zaczął pouczać. Znalazłem taksówkę. Kiedy dotarłem do domu z podjazdu wrzeszczałem do rodziców, by rzucili mi trochę kasy na taksówkę. Wszedłem się na łóżko, w zarzyganym ubraniu, trzęsąc się, czułem się zajebiście źle. Nagle otworzyły się drzwi, rodzice zapalili światło i bardzo się ze mnie śmiali. Tyle zachodu o nic. Oczywiście martwili się, że coś mogło mi się stać.

Tak jak powiedziałem, musisz spróbować wszystkiego kiedy jesteś młody.

Dziewczynami interesowałem się już w podstawówce. A moje zainteresowanie nimi pokazywałem obrzucając je kamieniami. W pewnym sensie nawet dziś rzucam w nie kamieniami, intelektualnie. Nigdy nie byłem facetem ze stałymi związkami, a podczas lat szkolnych nie miałem prawdziwej dziewczyny. Czasami z kimś się umówiłem i nic poza tym.

Pierwszy raz kiedy uprawiałem seks, to było tak późno i nie chcę o tym rozmawiać. Jestem pewien, że ludzie myślą o mnie w zupełnie inny sposób i nie chciałbym nikogo rozczarować. Będąc Love Metal’owym głosicielem, jakim jestem. Oczywiście mógłbym udawać, że odbyłem stosunek kiedy miałem dwanaście czy siedem lat – tak jak wszyscy chcą wiedzieć, nawet jeśli trudno w to uwierzyć. Powiedzmy, że byłem wtedy już dostatecznie dorosły. Do tego czasu korzystałem z pomocy swojej prawej ręki.

Powróćmy teraz do czasu popu i jazzu w szkole w Oulunkylä. Więc mój pierwszy zespół to B.L.O.O.D wtedy dużo graliśmy, skupialiśmy się nad muzyką, co było dla nas bardzo ważne. Mam tu na myśli m.in. Iron Maiden.

Z Elovena Boys też dużo grywałem, a potem powstała Aurora. Grałem tam na perkusji, a Linde na gitarze. Zaczęliśmy poważnie pracować nad własnymi utworami.

Byłem w siódmej klasie, kiedy poznałem Linde’go. Chodziłem do szkoły na granicy East Pakila i Oulunkylä. Linde uczęszczał do tej samej szkoły. Ponieważ on był gitarzystą, a ja basistą grywaliśmy czasami razem. Nas dwóch grało zazwyczaj Charlie Parker’a i takie tam. Powoli poznawałem resztę kumpli i szwendaliśmy się razem. Linde był takim samym beznadziejnym kolesiem jakim jest dziś. Może nawet dziś jest jeszcze bardziej spokojny.

W liceum najgorsze było to, że miałem sześć, siedem zespołów w tym samym czasie i przynajmniej jedną próbę dziennie. Wtedy w naszej szkole istniały zespoły jazzowe, Dixieland i Aurora, co zawsze oznaczało piwo w nadmiarze. Olewaliśmy zasrane zakazy i graliśmy coś z klasyki w stylu „Anna pillua” („Pieprz mnie”) Helena Pesola. Napisaliśmy kilka podobnych kawałków i wywołaliśmy publiczny skandal. To było nawet fajne. Nasz wokalista, Erkki, który obecnie gra na organach z Ihmepoika, raz wypił butelkę Kosenkorvy 69%, musieliśmy go wnieść na scenę. Przewrócił sprzęt pod napięciem i wszystko upadło jakieś dwa cale od mojej głowy. Stało się to przed pierwszym utworem. Światła spadły na moją perkusję i wszystko się spieprzyło. Zajęło nam wieki odnawianie sprzętu. To była pierwsza kapela, z którą tak zaszaleliśmy.

Próby Aurory odbywały się przez jakieś pół roku, kiedy zdecydowaliśmy się uzbierać kasę na szkolną wycieczkę poprzez zorganizowanie imprezy hipisowskiej. Byliśmy bardzo zajęci ćwicząc „Smoke On The Water” Deep Purple, „Purple Haze” Jim’a Hendrix’a i „Paranoid” Black Sabbath. Impreza miała się odbyć za tydzień i byliśmy tacy podnieceni, bo wreszcie coś się działo. Wtedy Martti Ilmonen, nasz dyrektor szkoły, dostał ataku, wbiegł do auli wrzeszcząc, że nie ma mowy aby odbyła się w tej szkole jakaś hipisowska impreza, ponieważ wszystko wiąże się z paleniem marihuany. To rozwiało imprezę i od tamtej pory nienawidziliśmy tego faceta. Mieliśmy nawet pozwolenie od naszego nauczyciela na zbieranie kasy, abyśmy mogli zorganizować wycieczkę… na przykład do Amsterdamu by wypalić skręta.

Aby się zemścić napisaliśmy piosenkę zatytułowaną „Martti Ilmonen tunkee kyrpää suoleen” („Martti Ilmonen wkłada fiuta w dupę”). Zagraliśmy ten utwór podczas jesiennego koncertu i wszyscy nasi nauczyciele załamali ręce. Ludzie totalnie oszaleli i zaczęli dookoła rzucać krzesłami. Od tego incydentu mogliśmy zapomnieć o graniu koncertów w szkole w Oulunkylä.

Na zakończenie, pojechaliśmy do Amsterdamu. Zebraliśmy pieniądze w inny sposób, sprzedając pączki od domu do domu. To była wycieczka klasy muzycznej, podróżowaliśmy do Holandii po przed Szwecję, Danię i Niemcy. Mieliśmy występować w lokalnych szkołach. W Holandii mieliśmy trzy czy cztery koncerty, a cała wycieczka trwała dziesięć dni. Amsterdam to była kupa zabawy.

Za granicą byłem tylko raz wcześniej. W 1991 roku pojechałem do Tajlandii z rodzicami i młodszym bratem. Obchodziliśmy tam Święta i Nowy Rok. To były moje pierwsze wakacje i do dziś dnia ostatnie. Wszystkie pozostałe wyjazdy były powiązane w pewien sposób z muzyką, koncertami czy promocją.

Podczas szkolnej wycieczki do Holandii, większość z nas odkryła samych siebie. To był czas, kiedy dorośliśmy. Niektórzy zdali sobie sprawę z tego, że są homoseksualistami, a inni się zdołowali, bo uświadomili sobie, że nauka to nie wszystko w życiu. Ta wycieczka była katastrofą – w dobrym tego słowa znaczeniu, dużo balowaliśmy.

Nocowaliśmy w Utrecht, niedaleko Amsterdamu, w dużym akademiku z barem. Tam ustawiliśmy wszystko w totalnym brudzie grając jakiś pieprzony, progresywny jazz. To było bardzo dziwne. Pierwszy koncert zagraniczny. Ludzie wdrapywali się na dach i robili te wszystkie dziwne rzeczy, jakie robią nastolatki.

Oczywiście zażyłem tam kilku narkotyków. Cóż, próbowałem już paru wcześniej. W Amsterdamie byliśmy tylko kilka godzin i mięliśmy trochę wolnego czasu dla siebie. Nauczyciel dał nam po dwadzieścia guldenów, mówiąc, że to pieniądze na obiad, mieliśmy się spotkać za dwie godziny. Wtedy miałem dready i słuchałem reggae. Kiedy inni poszli do McDonald’s’a, ja poszedłem do kawiarenki o poważnie się naćpałem. Resztę dnia przeżyłem na haju. To był mój pierwszy kontakt z czystymi, zagranicznymi narkotykami. Jestem pewien, że Linde ma podobne przeżycia, ponieważ był na tej samej wycieczce, ale nie Migé. Znałem już wtedy Migé, ale on był dwa lata starszy ode mnie, chodził do szkoły Sibeliusa i zawsze spotykał się z ludźmi w swoim wieku. Poznałem Migé w trzeciej klasie, kiedy zacząłem grać na basie. On był w piątej klasie. Ponieważ Migé również miał bas, spotykaliśmy się od czasu do czasu, ale cały czas graliśmy na gitarach basowych. Migé mieszkał w Tuusula, więc nie widziałem go tak często. Migé był taki jak dziś. Strasznie śmierdział, bo nigdy tak naprawdę się nie mył. Nie mył zębów przez trzynaście lat, szczerze. I nigdy, niczym się nie przejmował, trudno uwierzyć, prawda? Migé pochodził z artystycznej rodziny. Był świrem, który zazwyczaj nosił dwa różne buty, niesamowicie długie, pofalowane włosy i niewiarygodnie brzydkie ciuchy, miał najdziwniejszych znajomych.

Zawsze chciałem być lepszym basistą niż Migé i nie miałem z nim problemu. Migé i ja jesteśmy jak noc i dzień. Jesteśmy bardzo różni, ale niekiedy potrafimy zazdrościć sobie czegoś bez powodu. Oboje jesteśmy zrównoważeni, ale w zupełnie inny, dziwny sposób.

Kiedy wreszcie miałem skończyć osiemnaście lat, wyprowadziłem się z domu. Moi rodzice płacili, więc mogłem przeprowadzić się do centrum.

Stało się tak, kiedy nie pilnowałem zaleceń medycznych. Miałem dość poważną alergię i ostrą astmę. Mam tu na myśli, że nie zażywałem potrzebnych leków, bo nie uważałem by były potrzebne. Wtedy rodzice wzięli psa, który nadal żyje, wabi się Fido. Zastała ocalona, bo jej właściciel chciał ją uśpić. Kopnął ją w głowę. Od tamtego czasu, moja kuzynka Pia, jest wegetarianką. Oczywiście wiedziała, że z psem nie jest źle, tylko z właścicielem. Fido była początkowo nieśmiała, ale z czasem przyzwyczaiła się do każdego członka rodziny. Moi rodzice przyprowadzili psa do domu i wszyscy zdecydowaliśmy, że sprawdzimy czy wywoła to u mnie jakąś reakcję alergiczną. Minęły lata, kiedy nie miałem żadnych problemów, ale wtedy dostałem poważnego ataku astmy, zostałem zabrany karetką do szpitala, gdzie spędziłem dwa tygodnie na oddziale z pacjentami z rakiem płuc. Po tym mój tata wynajął mieszkanie, jako prezent urodzinowy. Przyszedł do szpitala by mi o tym powiedzieć i oczywiście się ucieszyłem. Przeniosłem się prosto ze szpitala do nowego mieszkania, a rodzice mogli zatrzymać psa. Cholera, to był odpowiedni czas. Apartament był w drogiej dzielnicy na południu Bulevardi. Małe miejsce, dwadzieścia trzy metry kwadratowe. Wolałbym nie podawać dokładnego adresu, bo obecnie mieszka tam Migé.

To było niesamowite uczucie, móc wprowadzić się do własnego mieszkania. Nie musiałem się martwić, że drzwi toalety są otwarte podczas masturbowania się. Mogłem spać gdzie chciałem, słuchać muzyki czy ją grać. To była prawdziwa wolność. Dla mnie ukończenie osiemnastu lat było zajebiście dobrym wiekiem do opuszczenia domu. Mogę to tylko polecić.

Moi rodzice byli pewnie zawiedzeni, kiedy rzuciłem szkołę, ale mam przeczucie, że mój tata jest bardziej zawiedziony, że do dziś nie zdałem prawa jazdy.”

hyhy

J.K. Juntunen, Synnin viemää (Gone with the sin) – recenzja
„Synnin viemää” została wydana w Finlandii w 2002 roku i, o ile mi wiadomo, nie doczekała się kolejnych wydań. Nie doczekała się również oficjalnych tłumaczeń. Obecnie można na nią polować w Internecie, gdzie ludzie próbują sprzedać ją za niezłe pieniądze. Kiedy wpadłam na jej fragment jakiś czas temu, myślałam, że to bardzo niechlujnie przetłumaczony wywiad (trafiłam na tłumaczenie polskie), dopiero później dowiedziałam się o istnieniu książki i najpierw przerobiłam parę rozdziałów przetłumaczonych na angielski, które również były marne, więc dałam sobie spokój. Jednak po jakimś czasie wpadłam na pełne tłumaczenie, którego autorka podaje, że otrzymała na nie nawet zgodę autora (znajdziecie je [url=http://sineresi.livejournal.com/tag/synnin%20viem%C3%A4%C3%A4]tu[/url]). Mój angielski nie jest wystarczająco dobry, żebym mogła stwierdzić czy wszystko gra, nie mam też porównania z oryginałem, ale tekst wygląda na tyle dobrze, że muszę pogratulować autorce cierpliwości. Poza tym, uwzględniła strukturę oryginału i dorzuciła wiele dodatkowych informacji od siebie. Kawał dobrej roboty.
Książka przedstawia historię zespołu od założenia aż do roku 2002 – czyli przechodzimy bóle narodzin epki, a następnie trzech albumów studyjnych z wszystkimi ważniejszymi wydarzeniami, które miały miejsce pomiędzy. Biografia kończy się zarysowaniem planów na krążek „Love Metal”. Na tej drodze poznajemy wiele dziwnych ludzi z branży muzycznej, wchodzimy za kulisy pierwszych koncertów i odwiedzamy masę barów. Przeżywamy z zespołem wzloty i upadki, przechodzimy kryzysy. Narrator pojawia się bardzo rzadko, większość rozdziałów opiera się na wypowiedziach członków zespołu lub ludzi, z którymi pracowali. Nie da się ukryć, że objętościowo najwięcej miejsca zajmuje paplanina Villego Valo. Na szczęście, reszta również dochodzi do głosu, co odbieram bardzo pozytywnie. Panowie opowiadają o sobie, opowiadają też swoje przygody, autor dorzuca trochę faktów i momentami poszerza kąt widzenia.

Jaki obraz zespołu rysuje się w tej książce? Dość zasikany. W sumie nie wiem czy tylko moja miłość do tej muzyki trzymała mnie przy książce, czy nie ruszają mnie już takie rzeczy do tego stopnia, co powinny (a może właśnie nie powinny?). Na pewno nie ruszają mnie epizody z czasów nastoletnich – przygody z alkoholem, narkotykami, budzenie się we własnych wymiocinach – da się zrozumieć. Później huczne imprezy po pierwszych sukcesach (no dobra, po prawie każdym koncercie) – to akurat też nic nowego, zresztą nie od dziś wiadomo, że problemy z alkoholem w zespole były. Poza tym, wzmożona konsumpcja alkoholu w Finlandii to niby dość normalna rzecz. Ale ja o sikach miałam… No więc historii z sikaniem jest na pęczki i ciągną się przez wszystkie te lata. Momentami przybierają nawet formę rytuałów – ołtarz sików w pierwszej sali prób, obsikiwanie instrumentów nowych członków zespołu, obsikiwanie prywatnych rzeczy i różne inne akcje.

Oczywiście to jeden obrazek – obrazek pełen głupich szczeniackich żartów . Obok tego HIM rysuje się jako grupa zmotywowana, posiadająca cel i traktująca swoje przedsięwzięcie poważnie, choć nie da się ukryć, że to Ville Valo jest tutaj wizjonerem i ustawia resztę po kątach, kiedy trzeba (czasami mam się wrażenie, a ta książka nieco mnie w nim utwierdziła, że gdyby miał dziesięć rąk, grałby na wszystkim sam).

Abstrahując od dywagacji na temat, ile w tym wszystkim jest prawdy, muszę stwierdzić, że taki obraz jest jednak dość wiarygodny i cieszę się, że książka nie traktuje tylko o wspaniałości zespołu. Dodatkowo pokazuje też w całkiem udany sposób szaleństwo wiążące się z takim przedsięwzięciem. Autor opisuje ciężką pracę, nie wynosząc jej na piedestał – jednocześnie nie pozbawia jej też magii. Tworzenie muzyki jest sztuką, nie da się jednak ukryć, że nie chodzi tylko o romantyczny obrazek artysty, który w przypływie weny chwyta za instrument i – bum! – tworzy dzieło idealne, które sprzedawane jest ot tak. To dalej proces, praca z materiałem, praca z ludźmi oraz samym sobą – i to książka pokazuje w bardzo przyziemny sposób.

Poza tym, w „Gone with the sin” znajdziemy kilka ciekawych wypowiedzi i stosunków do rzeczywistości. Do głosu dochodzi Ville z typową dla niego ujmującą gadaniną o tworzeniu, pomysłach, interpretacjach, ale też o dystansie. I choć otwarcie przyznaje, że kłamie ile wlezie, na mnie działa to tak samo inspirująco, co zawsze.

Mimo kiwania głową z politowaniem, kilka razy podczas lektury udało mi się też uśmiechnąć. Kompletnie nie znam się na branży muzycznej, więc miło było przeczytać, jak to wszystko funkcjonuje. W przypadku HIM jest o tyle śmiesznie, że Finlandia nie jest zbytnio poważana jeśli chodzi o pozycję w branży (z książki wynika, że Polska jeszcze mniej), więc często pojawiały się fragmenty, w których dało się wyczuć zabawne uprzedzenia Anglików i Niemców do Finów i vice versa – a to przepychanki o okładkę płyty, a to marudzenie na teledysk.

Najbardziej ubawiły mnie pomysły Niemców na teledyski – gdyby zespół zgodził się na wcielenie ich w życie, powstałyby niezłe potworki (zresztą, powstała niemiecka wersja „Join me”, choć autorzy już byli dość mocno ograniczeni przez zespół). No i mentalność naszych zachodnich sąsiadów – możemy pokazywać kobiety na golasa, ale wycinamy zbliżenia, w których szpara między zębami za bardzo rzuca się w oczy. Cudowne.

Podsumowując, to była całkiem przyjemna lektura, po którą mogą sięgnąć nie tylko fani zespołu, ale też osoby, które chciałyby trochę pobłądzić w dziwnym świecie branży muzycznej. „Synnin viemää” to z jednej strony przyzwoita kopalnia informacji o HIM, a z drugiej – książka, która naświetla funkcjonowanie pewnych mechanizmów.

Nie jestem zachwycona z faktu, że zostawiam Was z obrazem jednego z moich ulubionych zespołów jako bandy obsikanych szaleńców. Obecnie wyglądają na takich, co już z tego wyrośli XD Zresztą, finalnie i tak chodzi o muzykę.

Mel

him

Marc Halupczok, Die echte, inoffizielle, geheime Biografie von HIM [Prawdziwa, nieoficjalna, tajna biografia HIM]

To jedna z trzech biografii HIM – jedyna niemieckojęzyczna i zarazem najmłodsza, bo powstała w 2012 roku. Słówko o autorze – Marc Halupczok to pseudonim Tilla Burgwächtera, spod którego pióra wyszła również biografia Benedicta Cumberbatcha oraz Louisa de Funèsa, jak również książka pod jakże intrygującym tytułem „111 powodów, by kochać piwo (…)”. Poza tym w jego dorobku znajdziemy pozycje rozprawiające się z przymrużeniem oka z gwiazdami heavy metalu, a także jedną poświęconą festiwalowi w Wacken. Fani piłki nożnej też coś znajdą dla siebie… Poza tym Marc Halupczok pracuje dla niemieckojęzycznego Metal Hammera. Możemy zatem pominąć te sportowe zapędy i przyjąć, że w branży muzycznej autor orientuje się całkiem dobrze.

1345296906_book_cover_back

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy – zaraz po okładce, ale to za chwilę – to tytuł. Nie wiem po co w nim aż trzy przymiotniki, które raczej pracują na kiczowatość niż powagę książki. Jak rozumieć to, że niniejsza biografia jest tajna? Przecież nie znajdziemy w niej informacji z mozołem ukrywanych przed światem. Tajna zatem, ponieważ nieoficjalna? A prawdziwa? Bezsens. Dumałam jeszcze nad opcją przetłumaczenia „geheim” jako „tajemniczy”, ale to również nie ma sensu, poza tym byłoby bardzo naciągane. Od tego znaczenia jest inne słówko.

Na okładce oczywiście nikt inny, jak Ville Valo z czasów promowania szóstego krążka, o ile się nie mylę – i w tym momencie znowu nieco się krzywię – nie dlatego, że facet źle wygląda (to jedno z najbardziej odpicowanych zdjęć jego osoby, jakie istnieją), ale dlatego, że HIM to nie tylko Ville Valo. Niech jednak będzie; pomijając fakt, że taki wybór pewnie przyciągnął większą ilość czytelników, po chwilowym marudzeniu mogę go rozgrzeszyć, ponieważ z tyłu w krótkim streszczeniu pisze biało na szarym, że dużą uwagę w tej książce poświęcono właśnie mózgowi HIM i próbie przybliżenia czytelnikom jego jakże skomplikowanej osobowości.

Poza tym w książce liczącej sobie 190 stron (z których tylko 166 to właściwy tekst) równo pośrodku znajdziemy 16 zdjęć, którychjakość waha się między znośną a beznadziejną. No i tutaj nieco szlag mnie trafił – bo AŻ na jednym widzimy zespół w komplecie, a że jest to zdjęcie z koncertu, to widać tyle, co kot napłakał. Poza tym, brakuje opisów zdjęć, podano tylko źródła. I jeszcze taka drobnostka, która wyszła chyba z przypadku – kiedy wciągniemy się w lekturę i dobijemy do połowy książki, skończymy czytać lewą stronę i chcemy przejść do prawej, naszym oczom ukaże się wyszczerzone oblicze Villego Valo. Efekt jest taki, że szczerzymy się również, a osoby nas obserwujące nie za bardzo wiedzą, dlaczego nam tak wesoło.

1345296887_book_inlay01

Rozmiary tej książeczki są niewielkie – format niemal kieszonkowy. Naprawdę nie wiem, dlaczego mi się ubzdurało, że dostanę coś większego z obwolutą. Chyba ostatnimi czasy za bardzo przyzwyczaiłam się do obwolut i grubych książek…

Przejdźmy zatem do wnętrza, które bądź co bądź jest dość obfite w informacje. Prócz wstępu znajdziemy dziewięć rozdziałów, które chronologicznie opisują proces tworzenia i drogę, jaką odbył HIM i Ville Valo – czyli od momentu jego narodzin, aż do roku 2012, kiedy frontman postanowił opuścić swoją wieżę i ogłosił światu pracę nad ósmym krążkiem. Na końcu znajdziemy jeszcze dyskografię, czyli albumy z HIM, single, teledyski, a także inne projekty, w których Ville maczał palce – wszystko w kolejności chronologicznej. No i jeszcze taka drobnostka bardzo utrudniająca życie czytelnika – książka nie posiada spisu treści (!).

1345296899_book_inlay02Całość napisana jest bardzo lekkim piórem. Narrator stara się zachować obiektywność, choć momentami da się wyczuć nutę ironii, a czasem nawet bezsilności – głównie wtedy, kiedy w przytaczanych wywiadach Ville Valo zaprzecza sobie tak bardzo, że aż można by pomyśleć, że mamy do czynienia z dwoma różnymi osobami. Poza tym Halupczok radzi sobie całkiem dobrze z pełnym zaprzeczeń Villem, jak i całym zespołem, którego twórczość tę cechę z wiadomych względów przejęła. Zresztą, autor już na wstępie podkreśla, że to właśnie tropem tej dwuznaczności podąży, a że zrobił to ze zdrowym dystansem, dawką profesjonalizmu, ale też z przymrużeniem oka, sprawił, że mi osobiście ta książka bardzo przypadła do gustu. Poza tym postać Villego Valo naszkicowana na jej stronach nie odbiega od tej, którą znamy z wywiadów (mówię, zero tajnym informacji). Czyli znowu w pewnym sensie jesteśmy ofiarami jego własnej gry.

Myślę, że nie skłamię, jak stwierdzę, że Halupczok poruszył w tej biografii wszystkie możliwe tematy, na jakie tylko Ville Valo w przeciągu tych nastu lat się wypowiedział. Zatem prócz historii zespołu z jej wzlotami i upadkami, nie zabraknie informacji z czasów „przed HIMem” z obowiązkowym przystankiem przy pracy frontmana w seks shopie ojca i jej wpływie na jego psychikę, a jeszcze wcześniej przytoczeniem wszystkich faktów, które rzekomo świadczą o tym, że z Villego wyrośnie muzyk. Nie zabrakło oczywiście też historii o traumie po stracie psa, początku astmy i grywaniu na ulicy. Dalej w kolejności dowolnej – szkoła, związki, seks, tatuaże, inspiracje muzyczne, alkohol, 666… Jedna znana historia goni drugą – nie chcę przez to powiedzieć, że jest to nudne. Raczej głupio by było, gdyby te rzeczy przemilczano, w końcu to biografia. Kto nigdy nie przedzierał się przez jakiekolwiek wywiady czy artykuły tutaj znajdzie wszystko w pigułce (prócz historii o zasikanych rytuałach!). Kto jednak przebrnął przez nie w stopniu umiarkowanym, jak ja, doszuka się z pewnością też kilku nowości – dla przykładu, nie wiedziałam o przezwisku „Rakohammas” (szpara między zębami). W tym momencie moja znajomość fińskiego skoczyła do sześciu słów!

1345296946_book_inlay08

Co tę książkę zdecydowanie odróżnia od „Synnin viemää”, to dystans, opisywanie wielu faktów jakby z oddali, z zewnątrz, podczas gdy właśnie w fińskiej biografii więcej opisano od środka, ale nie opatrzono z kolei żadnym komentarzem. Nie odczujemy zatem szaleństwa, które towarzyszyło wspinaniu się HIM na szczyt, choć o nim przeczytamy. Zabraknie też wielu niuansów związanych czysto z branżą, różnych problemów, o których tutaj jest cicho, przez co dochodzi do całkiem sporych skrótów. Wyjątkiem będą też wypowiedzi innych osób niż Villego – podczas gdy w fińskiej biografii było ich całkiem sporo.

O ile te szczegóły trudno potraktować jako minus całej biografii, o tyle brak poświęcenia większej uwagi innym członkom zespołu nie może pozostać bez komentarza. Nie jest tak źle, że reszta ekipy nie pojawia się w ogóle, oni cały czas są, ale brakuje szerszych informacji o chłopakach, przez co gubią się w tle nie mniej niż inne przytoczone postaci. Dlatego też zastanawiam się czy trafniejszym tytułem nie byłaby po prostu „Biografia Villego Valo”.

1345296872_book_inlay04W tej pozycji rzeczywiście poznajemy HIM poprzez pryzmat jego osoby. Nie jest to jakąś nowością i największą zbrodnią świata, jednak odczułam brak reszty. Poza tym mankamentem to zgrabny portret frontmana, który na kartach tej książki nadal pozostaje chodzącą zagadką pełną sprzeczności – i choć może nie zawsze budzi tylko bezbrzeżną sympatię, to i tak intryguje. Siłą rzeczy przenosi się to na HIM, który mieści się – jak czytamy – gdzieś między „Goth N’Roses” a „Kelly Family gothic rocka”.
Polecam wszystkim zainteresowanym, władającym językiem niemieckim w stopniu mniej więcej średnio zaawansowanym. Książkę można kupić bez problemu (Amazon, Ebay). Wraz z dostawą do Polski zapłacimy za nią trochę więcej niż by wypadało za taki format i objętość, ale to nic w porównaniu z bajońskimi sumami, za jakie próbuje się sprzedać „Synnin viemää”.

Autorka: Mel

1345296936_book_inlay05

 

1345296924_book_inlay07

 

4 thoughts on “Inne

  1. Ten blog wymiata 😀 Tak się zastanawiam może jako fani powinniśmy trochę podręczyć wydawnictwa takie jak Kagra żeby wydali wkońcu „Gone with the sin” po Polsku? Sama już do nich napisałam i czekam właśnie na odpowiedź aleee gdyby otrzymali więcej takich propozycji ? 😀 Co o tym myślicie Sweethearts?

    • Hehe dziękuję 🙂 Coś ciekawego z tą propozycją 😀 Oczywiście zgaduję, że to wszystko zależy od tego czy by im się finansowo opłacało (wiadomo „piniądze” rządzą światem hehe) W następnej notce poruszę ten temat i zobaczymy co inni powiedzą. Koniecznie napisz jaką dostałaś od nich odpowiedź wtedy bliżej będziemy wiedzieć czy i jak się angażować hehe 😀

  2. odpowiedź była powalająca
    Cytuję:
    „WITAM

    NIESTETY NIE MAMY W PLANACH WYDANIA TEJ KSIAZKI

    POZDRAWIAM”
    ale to nie pierwszy raz kiedy ja się produkuje a Kagra leje na mnie ciekłym moczem XD No tak „piniądz” rządzi światem więc po prostu trzeba im pokazać, że mogą na tym zarobić, zreszta są inne wydawnictwa np. InRock itp

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s